Wirtualna Polonia

“-Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i ojczyźnie podnieśliśmy głowy.”

Ks. prof. Czesław S. Bartnik: Ekumenizm prawdziwy i błędny

Posted by redakcjawp w dniu 2008-11-15

“Ekumenizm” z języka greckiego oznacza dziś dążenie do zjednoczenia całego świata. W znaczeniu szerokim może w nim chodzić o powszechne zjednoczenie duchowe: kultur, narodów, państw, religii. W znaczeniu węższym, właściwym chodzi o ruch dążący do zjednoczenia wszystkim odłamów chrześcijaństwa. Przy czym co do judaizmu, islamu, hinduizmu, buddyzmu i innych religii afrykańskich mówimy raczej o dialogu, a nie o ekumenizmie.

Idea ekumenizmu religijnego bardzo długo była porywająca i szczytna. Dziś jednak szybko słabnie, gdyż nie dostaje nam prawdziwej miłości społecznej i religijnej, a do tej wielkiej idei wdarły się błędy liberalizmu i postmodernizmu.

Ekumenizm chrześcijański
Teoretyczny i praktyczny ruch nazwany “ekumenizmem” powstał wewnątrz chrześcijaństwa pod koniec XIX wieku, najpierw w Kościele anglikańskim i w niektórych wspólnotach protestanckich, a w XX wieku zaczął się rozwijać i w Kościele katolickim. Został on mocno poparty przez Papieża Jana XXIII i przez Sobór Watykański II, który zresztą według zamierzenia Jana XXIII miał być “soborem ekumenicznym”, choć takim się ostatecznie nie stał w całości, gdyż nie udało się pokonać olbrzymich trudności. Jednak Sobór oparł się na idei, że Kościół katolicki powinien przewodzić ewangelicznym dążeniom do jedności wszystkich chrześcijan. Ekumenizm, według Soboru, polega na dogłębnym badaniu i wyjaśnianiu przez każde wyznanie swojej doktryny i tradycji, ukazywaniu swoich znamiennych rysów i bogactw duchowych, badaniu genezy wyznania, poznawaniu nauk i życia innych wyznań, na bezstronnym ocenianiu poglądów wzajemnych, na współpracy w kreowaniu życia religijnego, także w świecie misyjnym, na wspólnych braterskich spotkaniach i modlitwach oraz na odradzaniu i doskonaleniu własnej społeczności religijnej.
Ekumenizm katolicki uległ po Soborze pewnej ewolucji. Najpierw rozumiano ekumenizm jako nawracanie się wszystkich innych wyznań na katolicyzm, czyli jako powrót na łono Kościoła Matki (konwertyzm). Nieco później różne wyznania, zwłaszcza największe, niejako równouprawniono, szanując odrębność i autonomię innych. Ale Kościół katolicki nie zaniechał przyjmowania do siebie poszczególnych jednostek czy całych grup konwertytów. Przyjmuje m.in. prawosławnych, protestantów i anglikanów. Zresztą zdarza się także, choć rzadziej, że katolicy przechodzą na prawosławie lub na protestantyzm. To drugie nawet się nieco nasila dziś w Ameryce Łacińskiej.
Najwięcej przejść z prawosławia na katolicyzm ma miejsce w Rosji po roku 1991. Powracają do wiary ojców przede wszystkim dawni katolicy, zwłaszcza polscy, a także wszyscy inni, w tym ludzie niejako o religijności osobistej, jaką mieli za komuny. A prawosławie rosyjskie jest duchowo i społecznie bardzo słabe. Władze Cerkwi rosyjskiej jednak bardzo się denerwują i atakują Kościół katolicki i Papieża za rzekomy prozelityzm, czyli jakieś nieuprawnione, jej zdaniem, zdobywanie sobie nowych wyznawców. Cerkiew w zasadzie zakłada, że na teren Rosji nie ma wstępu katolicyzm, bo to ma być teren kanonicznie prawosławny.
Najwięcej nawróceń indywidualnych i zbiorowych ma dziś miejsce w Wielkiej Brytanii po dopuszczeniu przez wszystkie nurty anglikańskie kobiet do święceń kapłańskich, prezbiteratu, a zwłaszcza episkopatu. Anglikanizm jako katolicyzm sprotestantyzowany w XVI wieku przez króla Henryka VIII, Edwarda VI i Elżbietę I jest dziś jednym z najsłabszych wyznań chrześcijańskich. Toteż przechodzą dziś do Kościoła katolickiego bardzo liczni świeccy anglikanie, a także prezbiterzy i biskupi, niekiedy z całymi wspólnotami. Duchowni ci zachowują żony i rodziny, ale powtarzane są ich święcenia, nieuznawane przez Stolicę Apostolską. Ciekawe, że na ogół są oni niezwykle gorliwi, nieraz bardziej niż duchowni od początku katoliccy.
Jednak przyjmowanie do Kościoła jednostek i grup niejako “prywatnie” jest ostro krytykowane przez braci rozłączonych. Toteż dziś Stolica Apostolska preferuje ten rodzaj ekumenizmu, który polega na dążeniu do “obopólnego” zjednoczenia z jakimś wyznaniem w całości. A zatem i co do anglikanizmu Watykan zdaje się raczej czekać, żeby nawiązać ścisłą komunię z całym tym Kościołem anglikańskim, który odrzuca święcenia kobiet, a może nawet liczy, że i cały anglikanizm wycofa się z praktyki święcenia kobiet. Podobno też śp. bratu Rogerowi z Taizé, który chciał przejść na katolicyzm, Jan Paweł II zasugerował, by pozostał protestantem w celu przygotowania klimatu komunijnego dla całej Wspólnoty z Taizé, a może i dla szerszych społeczności protestanckich. Wcześniej oficjalnie przeszedł na katolicyzm inny protestant z Taizé, a mianowicie śp. brat Max Thurian, którego przywiódł do Kościoła głównie kult Matki Bożej. Stanowisko Stolicy Apostolskiej opiera się na prawdzie ekumenicznej, że wierni innych wyznań, mający czyste sumienie, mogą osiągać zbawienie nie mimo przynależności do swoich wspólnot, lecz dzięki tymże wspólnotom. W perspektywie powszechnej Kościół katolicki stawia na to, że całościowym procesem komunii wewnątrzchrześcijańskiej kieruje Duch Święty, który reżyseruje historię świata według swoich zamysłów.

Czy odłamy chrześcijańskie są sobie równe zbawczo?
Nauka ekumeniczna natknęła się przede wszystkim na ogromny problem: czy zbawienie jest tylko w jednym, własnym Kościele, czy w kilku wielkich i starodawnych odłamach chrześcijaństwa, czy też we wszystkich odłamach na równi. Kiedyś było stanowisko proste: właściwą drogą zwyczajną do zbawienia jest tylko Kościół katolicki (monosoteryzm), a członkowie innych społeczności religijnych, jeśli się oderwali od Kościoła, idą na potępienie. Zresztą Cerkiew prawosławna uważa na ogół nawet Kościół katolicki za herezję prowadzącą do zguby. Dziś jednak liczni ekumeniści, nawet i katoliccy, idąc za liberalizmem, głoszą, że zwyczajną drogą zbawienia są wszystkie odłamy chrześcijańskie lub przynajmniej te główne: katolicyzm, prawosławie i protestantyzm, a nawet zbawienie niosą wszystkie religie w ogóle, nie mówiąc już o judaizmie, który niekiedy sami katolicy uważają za ważniejszy od Kościoła katolickiego (np. bp B. Dembowski). Byłby to pluralizm zbawczy (polisoteryzm).
Z pluralizmu soteryjnego wynika jednak wielkie spłycenie ekumenizmu, a mianowicie: po co dążyć do zjednoczenia odłamów chrześcijańskich, skoro wszystkie są równoważne, wystarczy samo pokojowe i przyjazne współżycie (irenizm). Stajemy jednak przed wielkim problemem, jak przyznać moc zbawczą niezliczonym dziś, idącym w tysiące, odłamom i sektom, niekiedy antyludzkim, synkretystycznym, patologicznym, wysoce niemoralnym, szalonym czy nawet wprost demonicznym. Nie można mówić, że przez wszystkie te odłamy działa Chrystus, bo albo popierałby On niemoralność, albo po prostu żadna religia nie byłaby potrzebna.
W tej sytuacji niektórzy błądzący ekumeniści katoliccy zaczęli radzić, żeby Kościół poszedł na pewne kompromisy w stosunku do innych wyznań.
Prostą formą kompromisu miałoby być po prostu przyjęcie pewnych elementów z protestantyzmu, który wydaje się bardziej “nowoczesny” od starożytnego Kościoła katolickiego, a więc powinien dopuścić kobiety do święceń, odrzucić spowiedź uszną, znieść prymat Biskupa Rzymu, pozwolić sprawować Eucharystię świeckim wydelegowanym przez wspólnotę, odrzucić prawdę o istnieniu piekła, zaniechać kultu Matki Bożej i świętych itp.
Bardziej subtelną formą kompromisu miałoby być wyrzeczenie się przekonania o absolutnej pewności i pełni swojej wiary i nauki, a także nienaruszonej tożsamości mimo upływu wieków. Prawda absolutna ma być dopiero w eschatologii, tzn. w Królestwie Bożym. Na ziemi Kościoły i wyznania mają tylko swoje względne aspekty, które zespolą się w pełną prawdę dopiero po końcu świata. Kościół powinien zdawać sobie sprawę, że przemawia jedynie językiem nadziei, a nie językiem stwierdzania prawd, czyli katolik ma jedynie żywić nadzieję na to, że wierzy w jakąś prawdę. Prawda będzie prawdą dopiero w eschatologii. Objawienie, które ludzkość otrzymała od Chrystusa, również nie jest absolutne, bo zostało przekazane tylko przez ludzką świadomość Jezusa, nie przez wiedzę Boską. Toteż w religii nie jesteśmy pewni niczego w sposób absolutny, nawet faktu swojej wiary.
Każde więc wyznanie posiada swoje własne poznanie cząstkowe, ma swoje prawdy i swoje ich uzasadnienie. Zbawiciel jest “polifoniczny”, tzn. dokonuje zbawienia jednakowo przez różne wyznania i na różne sposoby.
Tymczasem takie poglądy to kompletny bełkot intelektualny i językowy, kładący w efekcie cały ekumenizm. Jaka może być wspólnota wiary, kiedy jeden mówi, że Jezus Chrystus był Bogiem, a drugi, że tylko człowiekiem, według jednego, jest On obecny realnie, choć na sposób misterium w Eucharystii, a według drugiego, Eucharystia jest tylko materialną pamiątką Jezusa ukrzyżowanego, albo kiedy jedno wyznanie mówi, że Jezus umarł i zmartwychwstał, a drugie, że zstąpił z krzyża i udał się do Ameryki, gdzie założył rodzinę, czy też kiedy według jednych i Kaina dał Ewie Bóg, a według drugich, Kain miał się narodzić ze stosunku Ewy z szatanem itd.? Chyba już nie ma żadnej niedorzeczności, w którą by jakaś sekta, także chrześcijańska czy synkretystyczna, nie uwierzyła.
W rezultacie przyjmowanie równoważności sprzecznych poglądów religijnych byłoby ruiną nie tylko Kościoła katolickiego, ale i każdej gałęzi chrześcijańskiego drzewa życia. Prawdy religijne nie byłyby żadnymi prawdami, nawet relatywnymi, a jedynie uczuciami lub majaczeniami.

Jedyność Kościoła Chrystusowego
Zbawczą rolę Kościoła katolickiego Sobór Watykański II określił w ten sposób, że sama substancja Kościoła Chrystusowego istnieje tylko w Kościele katolickim (KK 8), a inne wyznania mają tylko pewne większe lub mniejsze elementy Kościoła Chrystusowego, jak Pismo Święte, niektóre sakramenty, zwłaszcza chrzest, kapłaństwo i Eucharystia. Naukę Soboru dookreślił i pogłębił najpierw jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary kard. Józef Ratzinger w deklaracji “Dominus Iesus – o jedyności i powszechności zbawczej Jezusa Chrystusa i Kościoła” (Watykan 2000), a następnie jako Benedykt XVI, zatwierdzając dokument drugi Kongregacji Nauki Wiary “O niektórych aspektach nauki o Kościele” (Watykan, 29 czerwca 2007 r.). Według tej nauki tylko Jezus Chrystus jest zbawcą w całej historii ludzkiej, a założony przez Niego Kościół jest jeden i jedyny w powszechnej historii zbawienia. Nie było i nie będzie w istocie rzeczy żadnego innego Zbawiciela ludzkości ani innego Kościoła zbawienia. Właśnie jeden jedyny Chrystus założył jeden jedyny Kościół, a inne Kościoły i wspólnoty chrześcijańskie wywodzą się ostatecznie z Kościoła katolickiego i pozostają w istotnej do niego relacji i zbawiają na tyle, na ile przejęły – w dobrej wierze – elementy Kościoła Chrystusowego. Jak nie ma wielu Chrystusów Zbawicieli, tak nie ma w istocie rzeczy wielu Kościołów prawdziwych i pełnych.
Nauka o jedyności Kościoła nie oznacza, że nie ma zbawienia poza widzialnymi granicami Kościoła. Poprzez Chrystusa i Jego Kościół uniwersalny, choćby i częściowo niewidzialny, Bóg w swej ekonomii zbawczej daje pewne środki zbawcze i innym wyznaniom i religiom, a nawet i ateistom, jeśli żyją zgodnie z prawym sumieniem.
Ale wszystkie te inne środki zbawienia dawał Bóg od początku świata i będzie dawał do końca świata ze względu na Chrystusa i Jego Kościół, Mistyczne Ciało, choć obdarowywani tymi darami Bożymi pod różnymi znakami widzialnymi mogą o tym nawet nie wiedzieć. Owi inni chrześcijanie mogą osiągać zbawienie nie mimo swoich Kościołów i wspólnot, ale dzięki nim. Przy czym pierwsze pokolenie, tworzące rozłam w złej wierze w postaci buntu, popełnia bardzo ciężki grzech, następne pokolenia już nie dziedziczą tego grzechu, choć są poddane nieubłaganym prawom degeneracji w historii.

Kościół i wspólnota
Wszystkie odłamy chrześcijaństwa chciałyby się nazywać w swej pysze Kościołami Chrystusowymi w pełnym znaczeniu. Według nauki katolickiej jednak Kościołami są tylko te, które mają sukcesję apostolską, episkopat i prezbiterat, czyli prawowite kapłaństwo, a w konsekwencji ważną Eucharystię, oraz przyjmują całość Pism Nowego Testamentu. Te odłamy, które nie mają tych elementów, nie zasługują na miano Kościołów. Na miano Kościoła zasługują zatem: prawosławie, Kościoły przedchalcedońskie, wschodnie (koptyjski, łącznie z etiopskim, jakobicki, nestoriański, ormiański, syro-malabarski i maronicki), niektóre niesprotestantyzowane Kościoły narodowe i różne Kościoły znajdujące się tylko w konflikcie ze Stolicą Apostolską. Bracia odłączeni, a za nimi niektórzy i nasi ekumeniści, chcą Kościołami nazywać także wszystkie trzy nurty anglikanizmu, protestantyzm poreformacyjny, a wreszcie owe kilkaset odłamów protestanckich na całym świecie.
Może być problem co do anglikanów, którzy mają kapłaństwo i Eucharystię, jednakże nie mają ciągłości tradycji apostolskiej i przez to ich święcenia i Eucharystia nie są uznawane przez Stolicę Apostolską. Toteż niektórzy anglikanów zaliczają do protestantów. Boli jednak ich martwota religijna. W roku 1971 poszedłem raz na sumę do kościoła anglikańskiego. O godz. 11.00 wyszli tylko ksiądz i kościelny. Rozpoznali po stroju, że jestem księdzem katolickim, i grzecznie wyprosili. Prawdopodobnie wstydzili się. Katolikowi trudno jest nazywać anglikanizm Kościołem. Jego słabość płynie głównie z odrzucenia prymatu Biskupa Rzymu.
Na pewno Kościołami w naszym znaczeniu nie są wspólnoty protestanckie, gdyż nie mają sukcesji apostolskiej, kapłaństwa sakramentalnego i ważnej Eucharystii. Zresztą i sami protestanci przyjmują niewidzialność Kościoła na ziemi ujmowanego przez Lutra w kategorii wspólnoty wierzących z daru Bożego, przez U. Zwingliego w kategorii wspólnoty wybranych (ecclesia electorum), a przez J. Kalwina w kategorii wspólnoty predestynowanych do zbawienia (ecclesia praedestinatorum, S.C. Napiórkowski). Kościół widzialny natomiast, według protestantów, jest tworem czysto ludzkim na bazie lektury Pisma Świętego. Tym bardziej Kościołami nie można nazywać całych setek odłamów protestanckich, nieraz mających mało wspólnego z tradycją chrześcijańską. Na przykład w latach 70. ubiegłego wieku na pewnym uniwersytecie polskim grupa 16 studentów, rozpalona pobożnością Ruchu Odnowy w Duchu Świętym, wystąpiła z Kościoła i założyła wspólnotę osobną Pojednanie. Czy mogą być nazywani Kościołem?
Poza tym Kościół katolicki odnosi się z wielkim pietyzmem do protestantów: do ich teologii, mądrości, biblijności, moralności i pobożności, choć dziś i ich wiara bardzo słabnie. Jeżeli chodzi o communicatio in sacris, to wprawdzie katolikowi nie wolno przystępować do Komunii Świętej w kirsze protestanckiej, to jednak Kościół dopuszcza protestantów do Komunii u siebie, jeśli tylko przystępujący ma wiarę w realną obecność Chrystusa w Eucharystii, choć, oczywiście, na sposób misterium sakramentalnego.

Czy rozbicie chrześcijaństwa może być czymś pozytywnym?
Jezus prosił Ojca Niebieskiego: “Proszę Cię, Ojcze, nie tylko za nimi [Apostołami], lecz także za tymi, którzy uwierzą we mnie dzięki ich nauczaniu, aby wszyscy byli jedno” (J 17, 20-21). Tak więc jedność chrześcijan jest wolą samego Boga. Tymczasem niektórzy błędni ekumeniści, jakby zmęczeni nieskutecznością starań o jedność, zaczynają dziś mówić, że wielość odłamów chrześcijańskich i religii jest rodzajem błogosławieństwa hojnego Boga. Przy czym chcą pominąć sprawę doktryn, a ograniczyć się do czystych emocji religijnych. Powiadają, że ekumenizm powinien zrezygnować z troski o czystość, zwartość i tożsamość doktryny i zaniechać sporów o prawdy religijne. Podstawowym celem religii ma być, według nich, nie doktryna i prawda, lecz jedynie “zaufanie człowieka do Boga” (W. Hryniewicz). Jednakże taki irracjonalizm należy bezwzględnie odrzucić. Dla zdrowej teologii religia nie jest tylko sprawą jakiegoś bezmyślnego uczucia. Jest ona sprawą odniesienia się do Istoty Najwyższej całą osobą człowieka, a więc najpierw rozumem. Żeby zaufać komuś, trzeba mieć najpierw jakieś intelektualne pojmowanie tego Kogoś oraz kategorię prawdy.
Odmienności prawd religijnych różnych wyznań i religii nie wolno zamazywać uczuciem, natomiast prawdy te należy zgłębiać, rozwijać, doskonalić i oceniać w świetle Ewangelii. Prawdziwy ekumenizm polega na wierności prawdzie i na miłości najpierw swego własnego Kościoła, a następnie na rodzinnej miłości do innych. Dopiero wtedy zaistnieje prawdziwa atmosfera ekumeniczna. W każdym razie jest słuszne, że uzgadnianie prawd między wyznaniami zarówno wzmaga animozje między wyznaniami, jak i rozbija wnętrze własnego wyznania. Różnorodność ludzkich dróg ku Bogu jest błogosławieństwem tylko o tyle, że ukazuje Miłosierdzie Boże nad nami, ale i obnaża nasze słabości i uczy nas coraz głębszego pojmowania Tajemnicy Boga. I tak Bóg prowadzi do siebie ludzi różnych wyznań nie dlatego, że są rozłamowe i rozbite, lecz z miłosierdzia i mimo podziałów.

Skąd ta nienawiść do matki?
Istnieje niewytłumaczalne zjawisko, że niektórzy ekumeniści katoliccy rodzą się jakby z krytyki i nienawiści do swego Kościoła, z krytyki własnego Kościoła i z niechęci do niego żyją i budują swoją teologię oraz zmierzają do krytycyzmu i rozbicia Kościoła. Do tego w czasach liberalizmu uchodzą za najwybitniejszych teologów i stają się sławni także w życiu świeckim. I niekiedy w swojej wyniosłości uważają, że cały Kościół się myli i błądzi, tylko oni się nie mylą. Pewien krytycyzm ludzkiej strony Kościoła jest postulatem samego Soboru, ale ma to być krytycyzm z miłości i nieposuwający się do kwestionowania dogmatów. Niektórzy twierdzą, że Kościół katolicki sam przyznaje się, że błądził, bo w roku 2000 sam Papież Jan Paweł II przeprosił cały świat za błędy i winy Kościoła. Jednak trzeba pamiętać, że Papież nie przepraszał za dogmaty, lecz za złe zachowanie się wielu katolików i za ich wypaczanie ducha Ewangelii. Dziwne też, że wielu katolików, świeckich i duchownych nie docenia wiedzy religijnej i teologii. Często też ludzie uważani potocznie za “pobożnych” negują wartość nauki i rozumu w religii. Tymczasem jakże wspaniale wychodzi u nas znaczenie 90-letniego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, który przez swoją naukę religijną i świecką wniósł nieocenione wartości do skarbca Kościoła i Narodu. A Jan Paweł II jako profesor KUL zaniósł myśl swoją i uniwersytecką na cały świat, oświecając wszystkie państwa, narody i religie. Toteż bardzo boli, kiedy czasami słyszy się głosy małoduszne, że nie powinno się KUL wspierać duchowo i materialnie.
Nas, Polaków, boli to, że mimo naszego ekumenicznego nastawienia do sąsiadów, ludów i krajów, a także religii, jakieś liczne ośrodki wewnętrzne i zagraniczne odpłacają nam ciągle wielkim złem. Profesor Jerzy Robert Nowak obnaża po mistrzowsku ataki, paszkwile i obelgi miotane ciągle na Polskę ze strony wielu krajów w zakresie życia społecznego, politycznego, kulturalnego i obyczajowego. Ja do tego chcę dorzucić jeszcze jedno: bardzo wiele tych ataków nieprawdy i nienawiści jest kierowanych dlatego, że Polska jest krajem katolickim i że ten katolicyzm jest silny, zdrowy i apelujący do sumień. Jest charakterystyczne, że nawet niemiecki teolog katolicki Hans Kung w niecały rok po wyborze Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową lżył publicznie Jana Pawła II, że jest nieekumeniczny, zacofany, tradycjonalistyczny, nacjonalistyczny, że wynosi wysoko Kościół katolicki, że nie rezygnuje z prymatu rzymskiego, no i że ma mentalność katolicyzmu polskiego. Także nasza inteligencja ma często jakiś kompleks z racji katolickości. To jakiś obłęd. Przecież Jan Paweł II wyprowadził cały Kościół, wraz z niemieckim, na publiczną scenę świata, a Niemiec Benedykt XVI umacnia dziś tożsamość Wojtyłowej wizji Kościoła i świata.
Często z mediów odnosi się wrażenie, że Kościół polski przeżywa kryzys m.in. i dlatego, że nie rozwija ekumenizmu. Tymczasem wydaje się, że to raczej dzisiaj na całym świecie ekumenizm przeżywa kryzys. Ta wspaniała z założenia idea nie zbudowała sobie mocnych i właściwych podstaw. Przerodziła się w “poprawność polityczną”, w lewactwo, krytykanctwo, walki na słowa i rywalizację różnych szukających sławy osobistości. Myślę, że pod względem rzeczowym błędem były próby uzgodnień doktrynalnych między Kościołami i wyznaniami, co tylko osłabiało właściwie samą religijność, czyniło ją niejako marketingową i zaostrzało spory, które w takich dysputach nie mogą się nigdy zakończyć. Następnie rozbudziły się i złe ambicje między wyznaniami i nastąpił wzrost ambicji i samouwielbienia także pośród różnych odłamów naprawdę niezasługujących na uczestnictwo we wspólnocie ekumenicznej. A wreszcie na niepowodzeniach ekumenizmu zaważyło ogólne obniżenie kultury, moralności, odpowiedzialności, godności i miłości społecznej, no i dosyć ogólne osłabienie zmysłu religijnego.
Można chyba zauważyć taki paradoks, że spory bywają tym bardziej ostre i zawistne, im bardziej dotyczą bliższej rodziny. Oto i dialogi z judaizmem i islamem, jakkolwiek i one są raczej bezowocne, to jednak są dużo mniej męczące niż dialogi Kościoła katolickiego z bliskimi sobie Kościołami. Weźmy np. prawosławie greckie, rosyjskie, gruzińskie i niektóre inne. Na początku wieku XX, kiedy jeszcze ekumenizm nie był rozwinięty, gdy pewien dygnitarz watykański pojawił się w patriarchacie bizantyjskim w celach naukowych, to był przyjmowany bardzo kulturalnie i z honorami. Dziś prawosławni już prawie nie tolerują i samego Papieża, jak to było w Grecji i Gruzji w czasie wizyt Jana Pawła II, a Cerkiew rosyjska wyraźnie mu ciągle ubliżała, nie pozwalając mu odwiedzić katolików w Rosji, kiedyś tak okrutnie prześladowanych. Dlatego jeszcze raz powtarzam: do ekumenizmu chrześcijanie muszą się przede wszystkim odradzać moralnie.
Z pewnych krytycznych uwag pod adresem ekumenizmu nie wolno wyciągać wniosku, jakobyśmy w Polsce nie mieli mądrych, wybitnych i charyzmatycznych ekumenistów. Mieliśmy takich ekumenistów, przeważnie profesorów, jak ks. Jan Zieja, bp Władysław Miziołek, ks. Wincenty Dudek, o. Bogusław Waczyński, ks. Andrzej Bardecki i inni. A także mamy wybitnych teologów profesorów, jak abp Alfons Nossol, o. Jan Sergiusz Gajek, ks. Alfons Skowronek, ks. Lucjan Balter, ks. Wojciech Hanc, ks. Leonard Górka, o. Wiesław Szymona itd., nie mówiąc już o regionalnych charyzmatycznych działaczach ekumenicznych, duchownych i świeckich. Tylko że o tych wszystkich postaciach jest raczej cicho, bo nie poniewierają Kościoła katolickiego ani Stolicy Apostolskiej. Milczą też na ich temat media katolickie, bo ludzie, którzy nie krytykują Kościoła, nie są ani modni, ani atrakcyjni.
Ruch ekumeniczny był i będzie owocem prawdziwej i wielkiej miłości do własnego Kościoła. Zachodzi tu pewna analogia: kto prawdziwie kocha i szanuje swoich rodziców, ten podobne uczucia przenosi i na wszystkich innych rodziców; kto kocha swoje wyznanie, ten szanuje też wszystkie inne, a kto nie kocha swojego Kościoła, nie kocha też żadnego innego.
www.naszdziennik.pl

Odpowiedzi: 4 to “Ks. prof. Czesław S. Bartnik: Ekumenizm prawdziwy i błędny”

  1. Ryziel powiedział/a

    A co żydki mają z ekumenizmem -nic!

  2. Antek powiedział/a

    Cenię ks. prof. Bartnika, mąrdze pisze, ale

  3. Antek powiedział/a

    ale dlaczego zatrzymuje się w pewnym miejscu i nie powie całej prawdy,że drugi Sobór to herezja,który zamiast zapowiadanej wiosny przyniósł upadek Kościoła, dyscypliny wśród duchowieństwa, zanik wymagań wobec wiernych. Kościołem rządzi masoneria, TW SB zob. “Filozof” z KUL, Czajkowski,i in. Katolicyzm musi wrócić do tradycji,musi byc czytelny, na świętość załuguje Lefebr a nie JPII, który doprowadził do dzisiejszej anarchii

  4. wet3 powiedział/a

    re: Antek
    Niestety, ale masz 100% racji. Rozumiem jednak, ze ks. Bartnik musi sie w pewnym miejscu zatrzymac i na razie musimy sie z tym pogodzic. Osobiscie jestem przekonany, ze ekumenizm (zaczety przez JanaXXIII)nie powinien mic miejsca w KK. Ewangelia bowiem wyraznie mowi: Idac NAUCZAJCIE wszystkie narody …
    Zgodnie z Tradycja do smierci PiusaXII ekumenzm nie byl uprawiany w KK.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Gravatar
WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 89 other followers