Andrzej Kumor: Nauczmy sie odmawiac ludziom
Posted by redakcjawp w dniu 2009-07-07
Jedną z najbardziej tajemniczych cech Boga jest Jego miłość do własnego stworzenia; czyli umiłowanie nas wszystkich, nie w kupie, tylko indywidualnie i po imieniu; miłość stworzenia przejawia się przede wszystkim tym, że otrzymujemy w darze wolność; że w tym jednym aspekcie naszej doczesności jesteśmy “jak Bóg”; jesteśmy “na obraz i podobieństwo”.
Zatem jedną najważniejszych cech boskich jest dopuszczenie wolności. Jest w tym również przesłanie, abyśmy szanowali wolność drugiego; abyśmy przestrzegali praw, którymi nas obdarza, i nie nastawali na wolność innych.
Tymczasem większość ludzi postrzega Boga przede wszystkim przez pryzmat Jego mocy i usiłuje być “jak Bóg”, nie przez miłość do stworzenia, lecz kombinowanie, jak by tu wykraść nieco Boskiej mocy i przetestować Pana Boga w jego pozwoleniu na człowieczą wolność, przetestować jak dziecko rodziców przez zaprzeczenie prawom Boskim i kwestionowanie Bożych zakazów.
W ten sposób rodzi się pycha ludzka i sny o ludzkiej potędze, ludzkim ubóstwieniu – zaczynamy w Boskim świecie ustawiać klocki na własną modłę – zaczynamy zabijać, przycinać “materiał ludzki” w imię własnego widzimisię i zastanawiać się po prometejsku, w jaki sposób ukraść Boży ogień – konstruujemy bomby atomowe, zabijamy dzieci, by ich komórki wstawiać w umierających starców, traktujemy gromady ludzi, jak bydło, hodujemy od przedszkola “nowego człowieka” – wszystko, aby być jak Bóg.
Tymczasem Pan w swej miłości dał nam możliwość powiedzenia mu “nie”, możliwość zanegowania jego praw – prócz jednej rzeczy – stwarzania. Mimo największych wysiłków współczesnej nauki, możemy jedynie przetwarzać to, co już stworzone; energię, która wylęgła się już w kosmosie z Boskiego “fiat”, ale nie stwarzać z niczego, jak Bóg. Nawet szatan tego nie może…
Żyjemy więc w świecie, w którym nastawanie na cudzą wolność jest popularną zabawą, z którą zetknąć się można już w piaskownicy. Zamiast kochać i pozwalać innym chodzić po ścieżkach Bożych, chcemy sami wytyczyć im, gdzie i jak mają chodzić; chcemy uczynić z nich niewolników wymyślonej przez nas drogi.
Dlatego też jednym z podstawowych zadań współczesnego człowieka jest walka o siebie, o obronę własnej wolności, o ocalenie w nas samych Bożego daru, który chce podeptać drugi człowiek.
Dlatego tak ważnym zadaniem jest nauczenie się mówić “nie”. Nie Bogu, lecz drugiemu człowiekowi. Dzisiaj mówienie Bogu “nie” jest tanie, na każdym kroku jesteśmy świadkami takiej negacji, za to z mówieniem “nie” innym ludziom coraz gorzej.
Żyjemy w czasach politycznie poprawnej urawniłowki, kiedy źli ludzie podburzają nas do buntowania się przeciwko prawom Bożym, po to by nie przyszło nam do głowy buntować się przeciwko ich bezbożnym poleceniom i ich zrodzonym z pychy prawom.
Rozpościerają przed nami – wydawałoby się – rajskie ogrody człowieczego wyzwolenia – jednocześnie zakuwając w dybach zniewolenia.
Dopiero po jakimś czasie, gdy już odrzucimy Boże prawo i propozycję Bożej wolności, zdajemy sobie sprawę, że coś jest nie tak – że ktoś zabetonował nam nogi w wiaderku.
Dzisiaj walka o indywidualną wolność to coraz częściej nie tylko
walka z widzimisię poszczególnych ludzi, ale też z instytucjami
państwowymi, które tym ludziom służą. Dlatego głównym przykazaniem
wychowania, głównym przykazaniem ludzkiego zachowania, jest nauczyć się odmawiać innym ludziom, nauczyć się sztuki buntu.
I nie idzie tutaj o przekorne testowanie granic zakazów przez
rozpuszczonego dzieciaka, któremu wydaje się, że wszystko można
wywrzeszczeć, idzie o bunt wykalkulowany, którego cena i konsekwencje potrafią zachwiać naszym życiem. Obrona Bożego daru wolności ważniejsza jest od zachowania własnego życia. Czasem konsekwencją buntu jest śmierć – ta doczesna.
Nasza cywilizacja od niepamiętnych czasów zasadza się bowiem na obietnicy życia wiecznego. To ta perspektywa jest na stałe spleciona z obroną daru wolności. Wszak wiemy, że kto będzie się starał zachować swoje życie, ten je straci, zaś kto straci, zachowa je…
Poważnego buntu nie nauczy nas dzisiaj politycznie poprawna szkoła, gdzie – pozwala się buntować w wyznaczonym “bezpiecznym” korytku, tak by broń Boże nie zakwestionować bezbożnych instytucji współczesności; nie nauczymy się tego od rówieśników w większości ogarniętych epidemią stadnego naśladownictwa, według wzorów pokazywanych w telewizji; takiego buntu może nas jedynie nauczyć rodzina – ojciec i matka, własnym przykładem.
Jesteśmy spadkobiercami cywilizacji Zachodu – kultury wolności osobistej, która ukształtowała instytucje państwa i społeczeństwa. Dzisiaj nicuje się znaczenie tych instytucji, wplatając je w plan globalnego zniewalania.
Starajmy się być podobnym do Boga, nie w łaknieniu Bożej mocy, lecz w zrozumieniu Bożej miłości do stworzenia, w szacunku dla życia.
Bóg daje nam wolność – zdolność, by Mu pokazać “wała” i iść na przekór. Jakże nieprawdopodobnie musi nas kochać, by na to pozwalać. Jakże pyszni musimy być my sami, kiedy usiłujemy tę wolność odbierać innym ludziom, zamiast starać się “być, jak Bóg” – właśnie w miłości do stworzenia, i to nawet za cenę własnego życia.
Andrzej Kumor, Mississauga



Wojwit powiedział/a
Szkoła współczesna, o której pisze autor, jest nie tyle politpoprawna ale przede wszystkim celowo demoralizująca
i ogłupiająca. Jest to wpisane przez unych w samą jej istotę.
A politpoprawnosc jest jednym z narzędzi, środkiem do celu, jakim jest bezmyślny i posłuszny niewolnik, który jeszcze będzie sie cieszył z tego, że zamiast być wolnym człowiekiem, stworzonym przez Boga na obraz i podobieństwo, będzie miał zaszczyt lizać stopy narodowi koszernemu wyznania handlowego.