Wirtualna Polonia

“-Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i ojczyźnie podnieśliśmy głowy.”

Tadeusz M. Płużański – Bestie (9)

Posted by redakcjawp w dniu 2008-08-06

Dwóch ukończyło przyspieszone kursy prawnicze, po których trafili do sądownictwa wojskowego. Inny, będąc oficerem śledczym, występował na sali sądowej w roli prokuratora, żądając kary śmierci. Wszyscy, pracując we Wrocławiu, dopuścili się zbrodni sądowych. To tylko fragment wrocławskiej golgoty, której doświadczali „wrogowie ludu” w stalinowskiej Polsce.

Jednym ze straconych (15 września 1949 r.) był 32-letni Czesław Plichta, żołnierz II Korpusu gen. Andersa, który po wojnie wrócił do Polski. W 1949 r. ze stojącego na bocznicy, od dawna nieczynnego parowozu wykręcił kilka części i sprzedał je na złom. Został za to skazany na śmierć w trybie doraźnym. Jego sędzią (a właściwie występującym w tej roli asesorem sądowym, co już w rażący sposób uchybiało nawet ówczesnemu, stalinowskiemu prawu) był kpt. Jerzy Klimczyk. Ten „sędzia” obciążył Plichtę za „wielokrotność [?! – TMP] dokonywanych aktów sabotażu w komunikacji, od której zależy tempo odbudowy kraju oraz wykonanie planu trzyletniego”. W praktyce chodziło o pozbycie się politycznego przeciwnika.

PODPALENIE STOGU
I UPRZEMYSŁOWIENIE

Urodzony w 1926 r. Klimczyk do wybuchu wojny ukończył siedem klas szkoły powszechnej. W czasie niemieckiej okupacji pracował w Hucie Będzin. Politycznie i społecznie awansował po 1945 r. Najpierw znalazł się we władzach ZMP w Będzinie, a następnie w LWP. W 1949 r. (w wieku 23 lat), po ukończeniu Oficerskiej Szkoły Prawniczej w Jeleniej Górze (czyli owych przyspieszonych kursów prawniczych, które produkowały sędziów „nowego typu”), od razu został skierowany do umacniania władzy ludowej w sądownictwie. Trafił do Wojskowego Sądu Rejonowego we Wrocławiu, gdzie był asesorem, p.o. sędziego, a w końcu sędzią.
Jerzy Klimczyk orzekł m.in. karę śmierci wobec Ignacego Marczaka, za „podpalenie stogu w akcie sabotażu z zamiarem spalenia roszarni lnu i konopi oraz składów surowca”. W 1952 r. skończył prawo na Uniwersytecie Wrocławskim, a po 1955 r. przeniesiono go do sądu Śląskiego Okręgu Wojskowego.
W książce wrocławskiego historyka IPN Krzysztofa Szwagrzyka „Winni? Niewinni?” czytamy: „Każdy członek grupy partyjnej działającej przy WSR we Wrocławiu zobowiązany był także do udziału w szkoleniu politycznym”. I tak np. 17 maja 1952 r. por. Sadowski miał prelekcję na temat: „Armia USA – narzędzie grabieżczej polityki imperialistów amerykańskich” (2 godz.), a por. Klimczyk: „Socjalistyczne uprzemysłowienie naszego kraju w oparciu o doświadczenie i pomoc ZSRR” (3 godz.). Za zasługi dla komunistów został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

NIELICZNYM UDAŁO SIĘ PRZEŻYĆ

Kary śmierci wobec Czesława Plichty żądał por. Stanisław Michta (choć nie był wówczas prokuratorem, ale oficerem śledczym wrocławskiej prokuratury wojskowej; to kolejne rażące naruszenie stalinowskiego prawa). We Wrocławiu pracował od listopada 1947 do maja 1951 r., by później przenieść się do Prokuratury Wojskowej w Krośnie Odrzańskim.
Wspomniany Krzysztof Szwagrzyk przytacza protokół pokontrolny z lustracji więzienia nr 2 przy ul. Świebodzkiej we Wrocławiu, przeprowadzonej 13 sierpnia 1948 r., w której brał udział por. Michta: „1822 więźniów, w tym 1564 mężczyzn i 258 kobiet umieszczonych w 275 celach. Na oddziale męskim [w celach] obliczonych na 2-3 więźniów, a w praktyce umieszczono po 6-10 więźniów. Na jedno łóżko przypada po 3 więźniów. Lepsza sytuacja przedstawia się na oddziale kobiecym, gdzie jedno łóżko przypada na 1-2 kobiety. Jedzą w pozycji stojącej lub siedzą na łóżkach… Jeśli chodzi o środki lecznicze to ograniczają się do kilku rodzajów proszków, maści, plastrów i jodyny…”. Z tych więźniów tylko nielicznym udało się przeżyć, nie tylko ze względu na panujące warunki, ale koszmar śledztwa i wiele wyroków śmierci. Czy por. Stanisław Michta nie zdawał sobie z tego wszystkiego sprawy?
Prócz Czesława Plichty oskarżał przynajmniej osiem innych osób (wszyscy zostali straceni między listopadem 1948 r. a kwietniem 1950 r.): Jerzego Siweckiego, lat 38, Kazimierza Pawłowskiego, lat 26, Jana Fiuta, lat 25, Antoniego Tomiałojcia, lat 26, Stefana Lange, lat 24, Mariana Sikorskiego, lat 24, Jana Czechowskiego, lat 21, Cypriana Dawidowicza, lat 19. Szczególnie zwraca uwagę młody wiek zamordowanych antykomunistów.
Kto jeszcze brał udział w sprawie Czesława Plichty? Akt oskarżenia przygotował mjr Jan Orliński (właściwie Jan Unterweiser). Jego zdaniem, Plichta – jako złodziej parowozowych części – był szpiegiem sił reakcji, której zadaniem było „niszczenie i szkodzenie na każdym odcinku wytężonej pracy mas pracujących przy budowie zrębów socjalizmu”. Do Wojskowej Prokuratury Rejonowej we Wrocławiu Unterweiser (vel Orliński) trafił w październiku 1947 r. i został wiceprokuratorem. Prócz Czesława Plichty ma na koncie wiele innych wyroków śmierci. W 1950 r. awansował do Naczelnej Prokuratury Wojskowej w Warszawie.
Rozprawie przewodniczył mjr Roman Różański (nie mylić z dyrektorem Departamentu Śledczego MBP Jackiem Różańskim – Józefem Goldbergiem!). Od marca 1949 r. Różański był sędzią i zastępcą szefa wrocławskiego WSR, potem przeniesiony do Zielonej Góry i Warszawy. Według ustaleń historyków, skazał na śmierć co najmniej dziewięciu „wrogów ludu” (wszystkie wyroki wykonano).

„ŁOWIENIE USPOKAJA”

Kpt. Jerzy Klimczyk musiał spotkać we Wrocławiu por. Jerzego Milczanowskiego. Rok młodszy od Klimczyka (urodzony w 1927 r. we Lwowie), w 1947 r. ukończył Gimnazjum Ogólnokształcące we Wrocławiu. Tak jak Klimczyk – absolwent Oficerskiej Szkoły Prawniczej w Jeleniej Górze – został asesorem Wojskowego Sądu Rejonowego we Wrocławiu, by trafić później do sądu Śląskiego Okręgu Wojskowego. Do 1985 r. Milczanowski pracował również w sądownictwie wojskowym w Szczecinie i w Zielonej Górze, a także w Sądzie Marynarki Wojennej. Po tej długiej karierze wojskowej został adwokatem w Ostrowie Wielkopolskim.
Według ustaleń Krzysztofa Szwagrzyka, Jerzy Milczanowski przewodniczył (bagatela!) 197 stalinowskim procesom. Aby postawić mu akt oskarżenia, IPN-owi wystarczyło udokumentowanie jego przestępstw w trzech przypadkach. Do sprawy odniosła się „Gazeta Wyborcza”. Jej historyk Piotr Lipiński napisał: „Jerzy M. ma 74 lata. Często chodzi na ryby – łowienie uspokaja. Jerzy M. nie boi się wtedy aresztowania [przez prokuratora wolnej Polski – TMP]. Jest pierwszym sędzią, którego oskarżono [ci źli, mściwi ludzie z IPN – TMP] o popełnienie przestępstw podczas rozpraw sądowych w okresie stalinowskim. Chce rozmawiać, bo dziś czuje się ofiarą”. „Wyborcza” po raz kolejny z kata zrobiła ofiarę, w duchu relatywizowania win, „lepszego zrozumienia tamtych skomplikowanych czasów i trudnych ludzkich wyborów”. Cel był jasny: zamazanie różnic między dobrem i złem oraz wybielenie okresu stalinowskiego.

Z INFORMACJI DO WSW

Dzięki powołaniu Instytutu Pamięci Narodowej można było wznowić śledztwa przeciwko wrocławskim funkcjonariuszom aparatu represji. Jednak tylko nielicznych – jak byłego, okrutnego śledczego UB Józefa Nowickiego – udało się skazać.
Kiedy na początku 1999 r. we Wrocławiu otwarto wystawę „Winni? Niewinni?” (jej pokłosiem była książka Szwagrzyka o tym samym tytule), prezentującej skompromitowanych funkcjonariuszy komunistycznego aparatu terroru, publicznie zaprotestował Edward Gomulski, stalinowski prokurator (którego portret – jako mordercy sądowego – też zawisł we wrocławskim Arsenale). Efekt był taki, że Okręgowa Rada Adwokacka we Wrocławiu skreśliła go ze swojej listy. „Nie był to osąd historii ani ocena PRL. Podstawą naszej decyzji było zachowanie Edwarda G. jako prawnika” – komentował Wojciech Krzysztoporski, dziekan tamtejszej rady.
Od prześladowania wrocławskich patriotów swoją karierę zaczynał późniejszy generał Edmund Buła. W Informacji Wojskowej służył od 1945 r., dochodząc do stanowiska szefa Informacji Wojsk Lotniczych. W latach 1955-56 szkolił się w ZSRR. Od 1957 do 1990 r. pracował w Wojskowej Służbie Wewnętrznej – jako ostatni szef tej „służby” u progu wolnej Polski polecił zniszczyć akta WSW, a ich fotokopie zostały przekazane radzieckiemu wywiadowi GRU. W połowie lat 90. Buła dostał za to symboliczny wyrok kilku lat więzienia w zawieszeniu.
Jednym z podwładnych Buły we Wrocławiu był Edmund Czekała. W organach Informacji pracował w latach 1946-57 (szef wydziału śledczego Zarządu Informacji Wrocławskiego, a potem Warszawskiego Okręgu Wojskowego, następnie szef wydziału śledczego Zarządu Informacji Wojsk Lotniczych). Po 1957 r., podobnie jak Buła, przeszedł do WSW.

KIERUNEK OJCZYZNA

W raporcie zastępcy prokuratora generalnego PRL Mariana Mazura z 1957 r., będącym próbą rozliczenia „błędów i wypaczeń” stalinizmu, czytamy, że Edmund Czekała prowadził śledztwa przeciw oficerom oskarżonym o tzw. spisek w wojsku, wobec których „stosowano w śledztwie konwejer, groźby pozbawienia życia, karcer. Na podstawie wyników śledztwa [po trwających bez przerwy, przez wiele tygodni przesłuchaniach przyznawali się do absurdalnych zarzutów prowadzenia działalności szpiegowskiej w Wojsku Polskim na rzecz „imperialistów” – TMP] zostali oni wszyscy skazani [sąd, zgodnie z ówczesnymi praktykami, był tylko formalnością – TMP]: płk Rode i płk Michałowski na kary śmierci (wyroki wykonano), ppłk Adamkiewicz i ppłk Wiloch na kary długoterminowego więzienia. Obecnie zostali całkowicie zrehabilitowani”.
Przechodząc do konkretnych zbrodni. W latach 1949 – 1950 ppłk Edmund Czekała, razem z oficerami śledczymi – mjr. Mieczysławem Wojdą i kpt. Anatolem Borelem „bestialsko maltretował aresztowanego pchor. Witczaka, który na skutek maltretowania i stwarzanych mu celowo warunków w areszcie, jak np. nalewanie do karceru wody i przetrzymywanie go w tym karcerze, niedopuszczenie do lekarza mimo silnej gorączki – zapadł na gruźlicę i zmarł. (…) Obecnie, po zbadaniu sprawy Witczaka, stwierdzono brak dowodów, by był on winien zarzuconego mu przestępstwa”.
Edmund Czekała należał do nielicznej grupy ludowych „oficerów” śledczych, którzy ukończyli gimnazjum i liceum. Do powojennej Polski wrócił ze Zgrupowaniem Piechoty Polskiej przy 1. Armii Francuskiej, walczył w Wogezach, Alpach i na terenie Niemiec, odznaczony Krzyżem Walecznych. W 1975 r. w Wydawnictwie Obrony Narodowej Czekała wydał książkę: „Kierunek Ojczyzna. Wspomnienia o 315 Polskim Batalionie Partyzanckim im. Tadeusza Kościuszki we Francji”.
Anatol Borel – absolwent szkoły NKWD – przed przeniesieniem do Wrocławia pracował w Lublinie. Komisja Mazura: „B. skazany Urbanowicz (…) po zatrzymaniu go latem 1948 r. na terenie OZI w Lublinie przez pięć kolejnych dni i nocy był bez przerwy przesłuchiwany przez kilku oficerów Informacji, m.in. kpt. Borela i por. Packa. W trakcie tego przesłuchania zmuszony był stać w pozycji na baczność, świecono mu lampami w oczy, a kiedy padał ze zmęczenia, oblewano go wodą. (…) Wg zeznań b. skazanego Krupy kpt. Borel wraz z innymi oficerami na terenie GZI w Lublinie stosował względem niego nieustanny konwejer przez cztery doby z rzędu, zmuszając go w ten sposób do przyznania się do czynów niedopełnionych”.
Mieczysław Wojda – były szef wydziału w Głównym Zarządzie Informacji – „wraz z kpt. Borelem w lecie 1949 r. bili Domasiewicza rękami po twarzy, kazali mu się rozebrać, po czym bili go żelaznym prętem i deską po całym ciele. Ponadto kazali mu kłaść ręce na skraj biurka i bili go linijką po palcach”. Niezależnie od tego Wojda osadził Domasiewicza na 10 dni do karceru.

BEZKARNI

Przełożonym „oficerów” był szef Wydziału Specjalnego GZI, płk Mateusz Frydman, który – zdaniem komisji Mazura – za stosowanie w latach 1947-51 „przestępczych metod śledztwa” powinien stanąć przed sądem: „Obecnie szereg osób skazanych, przeciwko którym śledztwo prowadzili oficerowie organów informacji pod nadzorem ppłk Frydmana, skarży się, że ppłk Frydman stosował względem nich szczególnie ostry przymus fizyczny i psychiczny. W wyniku tegoż przymusu składali oni żądane od nich fałszywe zeznania, na podstawie których zostali skazani na długoterminowe więzienia”.
Oto przykłady: „b. aresztowany Klimaszewski Hieronim. Frydman obiecywał mu, że jeśli będzie składał żądane od niego zeznania, to niebawem »wyjdzie na wolność i włos mu z głowy nie spadnie«. Przed rozprawą [w sądzie – TMP] Frydman uprzedził go, że jeśli będzie zeznawał inaczej jak w śledztwie, to zostanie skazany na karę śmierci i nie będzie mógł korzystać z żadnej łaski;
kpt., b. aresztowany Tracz Władysław. Frydman 8 maja 1948 r. wspólnie z pięcioma oficerami pobił go nieludzko pałkami gumowymi. Przed rozprawą Frydman dawał mu do zrozumienia, że w wypadku odwołania zeznań będzie znów torturowany;
por., b. aresztowany Mieczkowski Tadeusz. Frydman bił go pałką gumową po całym ciele i straszył, że może zostać zastrzelony i nikt się o tym nie dowie;
b. aresztowany kpr. Roszycki Edward. Frydman w obecności płk Fejgina [Anatol Fejgin, zastępca szefa GZI, później dyrektor X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego – TMP] polecał mu wykonywać niezliczone ilości przysiadów, kazał mu się rozebrać i polecił oficerom śledczym bić go pałką gumową po całym ciele. Gdy był osadzony w karcu, gdzie musiał załatwiać swe potrzeby fizjologiczne, na polecenie Frydmana wynosił z celi karca kał rękami;
kpt., b. aresztowany Sitek Edmund. (…) Frydman przy pomocy dwóch oficerów umocował mu głowę w oparciu krzesła, skuł kajdanami ręce pod siedzeniem krzesła, po czym bito go gumowymi pałkami do utraty przytomności. Gdy zemdlał, ocucono go wodą i dalej bito. W trakcie tego bicia Frydman żądał od niego podpisania protokołu przesłuchania;
por., b. aresztowany Długołęski Stefan. Frydman groził mu, że jeśli odwoła zeznania na rozprawie, to wznowi przeciwko niemu śledztwo z torturami i wykończy go;
Płk Frydman, składając w toku tych spraw zeznania, nie zaprzecza stosowaniu względem aresztowanych przymusu w formie bicia. Twierdził jednak, że bicie to miało miejsce w mniejszych rozmiarach, niż podają skazani, oraz że stosowali je na polecenie płk. Kuhla i Fejgina;
płk, b. aresztowany Kryska Jan. Frydman, kierujący w jego sprawie śledztwem, wielokrotnie osobiście bił go pałką gumową, zezwalał oficerom śledczym na torturowanie go w różny sposób, wielokrotnie osadził go w karcu zalanym wodą, groził zastrzeleniem, groził aresztowaniem żony i osadzeniem jej w karcu; raz złapał go za gardło i bił jego głową o ścianę, deptał go nogami. Gdy zachorował, zabronił felczerowi leczyć go. Śledztwo prowadzono przeważnie nocą, a w dzień nie zezwalano spać;
ppłk, b. aresztowany Krzysik Kazimierz. Frydman obiecywał mu, że jeśli będzie zeznawał, to otrzyma niski wyrok albo w ogóle zostanie zwolniony z więzienia, że Informacja stoi ponad prawem, może zamknąć nawet Żymierskiego, sąd jest tylko »przedstawieniem teatralnym«, a wyroki wydaje Informacja. Groził, że jeśli odwoła zeznania, to zginie w areszcie;
Cisek Adam w prośbie o rehabilitację podaje, że Frydman w nieludzki sposób torturował go w czasie śledztwa. W szczególności z prośby tej wynika, że Frydman wielokrotnie bił Ciska pięściami, kijem, gumą, kopał go, osadzał w karcu z wodą, lżył wulgarnymi wyzwiskami, straszył, że aresztuje jego matkę – staruszkę”.
Naczelna Prokuratura Wojskowa w 1958 r. umorzyła jednak sprawę płk Mateusza Frydmana… na mocy amnestii. Mimo dowodów „przestępczych metod śledztwa” żadna kara nie spotkała też ppłk. Edmunda Czekały, kpt. Anatola Borela, mjr. Mieczysława Wojdy i wielu innych morderców.
Generał Edmund Buła, mimo, że zajmował kierownicze stanowisko w Informacji Wojskowej (a może właśnie dlatego), nie figuruje w raporcie Mazura. Nigdy nie poniósł odpowiedzialności za zbrodnie okresu stalinowskiego.

NIELEGALNE POSIADANIE
TRZECH SIEKIER

Wojciech Raj złożył do IPN wniosek o wszczęcie śledztwa w sprawie fizycznego i psychicznego znęcania się w latach 1946-47 nad jego ojcem Stanisławem Rajem – członkiem Polskiego Stronnictwa Ludowego przez funkcjonariusza wrocławskiego WUBP Władysława Ciastonia.
Kim był Stanisław Raj? Urodził się w 1913 r. we wsi Węglowice (woj. łódzkie), jako syn Szczepana i Marianny. Po wojnie działał w PSL w Łódzkiem. Kiedy zaczął się nim interesować UB, wyjechał razem z rodziną na Dolny Śląsk. Po tym, jak powiatowa organizacja PSL wystawiła jego kandydaturę do Sejmu, ostatecznie wpadł w ręce UB. Przewieziono go do Wrocławia, na ul. Dąbrowskiego. Z akt IPN wynika, że zatrzymanie nastąpiło 12 grudnia 1946 r. W więzieniu dowiedział się, że bezpieka organizowała na niego obławy, które miały doprowadzić do jego likwidacji.
Ze wspomnień Stanisława Raja: „Umieszczono mnie w celi 5×2 m, nieogrzewanej, z oszronionymi ścianami. (…) Przesłuchiwali mnie czasem jeden, czasem czterech, pytali się o błahe, nieistotne rzeczy. W pokoju przesłuchań było ciepło, więc natychmiast zasypiałem. Budzono mnie i znów zadawano pytania, tak bez końca. Moje odpowiedzi były bzdurne, bo i pytania były idiotyczne. Ten, co miał nade mną opiekę, był w stopniu porucznika i jak mi później powiedzieli inni współwięźniowie, miał na nazwisko Ciastoń. Grubo później nazwisko to zobaczyłem w gazetach. Ich pytania dotyczyły, gdzie mam schowaną broń, przeważnie odpowiadałem, że mam w domu trzy siekiery. Wtedy padało sakramentalne: »Mówcie, bo my wszystko wiemy«. Odpowiadałem im, że skoro wszystko wiedzą, to ja tu jestem niepotrzebny. Tak trwało przez dwa i pół miesiąca”.
W aktach śledztwa (w posiadaniu IPN), w rubryce: „uzasadnione zarzuty, podejrzenia”, czytamy: „posiad. nieleg. broń i należy do nieleg. organizacji”.
Podczas wizji lokalnej w jego gospodarstwie, wskutek interwencji świadków, ubekom nie udało się podrzucić mu broni.

ZMIAŻDŻONE PALCE,
WYBITE ZĘBY

Stanisław Raj wspominał dalej: „Po Świętach w więzieniu zrobił się wielki ruch, zaczęto zwozić coraz więcej aresztowanych, gdyż zbliżały się wybory. W mojej celi znalazło się kilku takich, których znałem. Od nich dowiedziałem się, że zostałem bandytą, który Niemcom wydawał Polaków i mam być rozstrzelany, bo UB ma na mnie niezbite dowody”.
Z akt IPN: „do winy nie przyznaje się”.
Stanisław Raj: „W następny wieczór następne przesłuchanie. »Mikołajczyk to złodziej, bandyta i współpracował z Niemcami – przekonywał mnie przesłuchujący, i ty w niego wierzysz«. Moja odpowiedź: »Skoro złodziej i bandyta i kolaborant, to dlaczego zrobiliście go wicepremierem«. Nie było odpowiedzi, za to było »a na ciebie też mamy dowody«. Pokażcie – odpowiedziałem. W tym momencie przesłuchujący nerwowo nie wytrzymał. Z całej siły skoczył mi obcasem na prawą stopę, miażdżąc mi palce u nogi. Gdy upadłem na podłogę, kopnął mnie w twarz, w wyniku czego straciłem siedem zębów”.
W celi dowiedział się o ucieczce Mikołajczyka na Zachód. Krótko potem znów został wywołany z celi. Zamiast „rutynowego” znęcania usłyszał, że jest wolny. Stanisław Raj tak zapamiętał ten moment: „Zaprowadzono mnie do gabinetu przesłuchań, gdzie bardzo uprzejmy funkcjonariusz zaczął mi wyjaśniać, że zostałem zamknięty przez pomyłkę. Było to już pod wieczór. Wściekły, rozgoryczony zrobiłem mu potężną awanturę, co spowodowało przetrzymanie mnie do rana”. Taka była reakcja więźnia, który jeszcze niedawno słyszał, że zostanie rozstrzelany.

NOTORYCZNY WYZYSKIWACZ

Po wyjściu z więzienia Stanisław Raj nadal pozostawał pod ścisłą kontrolą „Spółdzielni Ucho”. Jednym z dowodów stałej inwigilacji był artykuł, który ukazał się 5 października 1948 r. w „Trybunie Dolnośląskiej”, pt. „Wielkopańskie fortuny dolnośląskich bogaczy-ogrodników”. Warto zacytować większy fragment: „Kiedy niesławnej pamięci p. Mikołajczyk zaczął oglądać się w końcu 1946 r. za kandydatem do Sejmu z ziemi dolnośląskiej, natrafił od razu na właściwego człowieka. Że jednak chłopi tutejsi nie chcieli głosować na tego notorycznego wyzyskiwacza, więc kariera polityczna p. Raja szybko się skończyła [oczywiście ani słowa o tym, że ową »karierę« przerwało aresztowanie, pobyt w więzieniu i tortury Ciastonia – TMP]. Ale nie skończyła się jego władza ekonomiczna. Nie skończyła się, bo p. Raj nadal zgarniał miliony. Otóż miał on w roku bieżącym dochodów tylko z samej uprawy cebuli, którą osiał 8 ha i którą eksportował za granicę – ok. 3,5 milionów złotych, nie mówiąc już o dochodach z pozostałego obszaru [z artykułu wynika, że w sumie miał ok. 45 ha – TMP], które znawcy miejscowi szacują globalnie na 8 milionów złotych rocznie. P. Raj jest notorycznym wyzyskiwaczem. Normalnie zatrudnia u siebie 13 parobczan, którym płaci za prace od świtu do nocy po 2 tys. złotych miesięcznie (…) a w sezonie zatrudnia jeszcze ze 20. (…) Tyle o p. Raju, niedoszłym »reprezentancie narodu« z powołania mikołajczykowskiego i prawdziwym magnacie-wyzyskiwaczu na Dolnym Śląsku”.
Stanisławowi Rajowi zabrano gospodarstwo. Nadal jednak – przynajmniej do początku lat 60. – był śledzony i prześladowany przez SB. Zmarł w 1996 r. w Łodzi.

KLIENT JAKO ZWYRODNIALEC

Kilkanaście lat temu, podczas procesu przed stołecznym Sądem Okręgowym w sprawie zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki, w którym Władysław Ciastoń („gen.” dywizji MO, wiceminister spraw wewnętrznych PRL, szef Służby Bezpieczeństwa w latach 1981-86) oskarżony był o podżeganie, przygotowanie i kierowanie zbrodnią razem z Zenonem Płatkiem (b. dyrektorem departamentu IV MSW, zajmującym się inwigilacją księży), pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych Edward Wende wnosił o zbadanie jeszcze jednej sprawy. Chciał, aby sąd zwrócił się do Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu we Wrocławiu z pytaniem, czy nie toczy się tam inne śledztwo przeciwko Ciastoniowi. Chodziło właśnie o wyjaśnienie jego roli w powojennych prześladowaniach działaczy PSL. Wende powoływał się na słowa… Stanisława Raja, opublikowane w 1992 r. „Gazecie Dolnośląskiej”, a oparte na zeznaniach, które złożył przed wrocławską OKBZPNP.
Przeciwko wnioskowi zaprotestowała obrona, twierdząc, że są to oskarżenia i pomówienia „mające służyć podgrzewaniu atmosfery i przedstawianiu naszego klienta jako zwyrodnialca”, a ponadto domagała się sprawdzenia, czy takie śledztwo w ogóle jest prowadzone, „bo słowu dziennikarskiemu nie należy wierzyć”. Z kolei Ciastoń utrzymywał, że nigdy nikogo nie uderzył, nikomu nie urągał, a Stanisława Raja nie zna. Jego obrońcy zapowiadali nawet, że sprawa zakończy się procesem o ochronę dóbr osobistych Ciastonia.
W toku procesu o zabójstwo ks. Popiełuszki Wende zamierzał dowieść, że Władysław Ciastoń, jako starszy oficer śledczy Miejskiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego we Wrocławiu znęcał się nad aresztowanymi ludowcami. Nic z tego jednak nie wyszło, gdyż w 1994 r. cały proces zakończył się uniewinnieniem Ciastonia i Płatka. Po odwołaniu się oskarżycieli do drugiej instancji, sprawę wznowiono, ale już bez udziału Płatka, który… zachorował.

A CO Z KAŻĄCĄ RĘKĄ?

Proces Ciastonia był kontynuowany w… 2002 r. Wówczas sąd postanowił włączyć do przewodu drugi zarzut oskarżenia – czyli znęcanie się w 1947 r. we Wrocławiu nad więźniem politycznym Stanisławem Rajem. Przez tych kilka lat udało się bowiem „ustalić”, że wrocławska komisja jednak prowadziła śledztwo w sprawie zabójstw, torturowania i bezprawnych aresztowań członków PSL w latach 1944-56.
Koniec procesu był jednak łatwy do przewidzenia. Powołany do sprawy biegły sądowy orzekł, że badając Raja w 1992 r., nic nie wskazywało na to, żeby kiedyś miał wybite zęby oraz trwale uszkodzoną stopę.
Po kolejnych dwóch latach, w grudniu 2004 r. Władysław Ciastoń został uniewinniony od wszystkich zarzutów.
„Skazano miecz, ale nie każącą rękę” – tak Leopold Przemyk, ojciec zamordowanego w 1983 r. Grzegorza Przemyka skomentował zapadły w maju br. wyrok warszawskiego sądu skazujący (nieprawomocnie) oprawcę jego syna – zomowca Ireneusza K. – na cztery lata więzienia. Przemyk miał na myśli Władysława Ciastonia i Zenona Płatka.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME : www.asme.pl/pluzanski.shtml

Reklamy

Komentarze 4 to “Tadeusz M. Płużański – Bestie (9)”

  1. NC said

    Oby nadszedł dzień, kiedy tę swołocz wywlecze się z domów i powiesi na najbliższej latarni.

  2. lesiu said

    niestety żyjemy w państwie, w którym przy każdej okazji mówi się o praworządności, sprawiedliwości czy jakiś zasadach, ale nie robi się nic by ukarać komunistycznych zbrodniarzy, którzy żyją za wysokie emeryturki.

    http://pawellesiak.blog.onet.pl/

  3. amen said

    nIE WIEM CZY TU CHODZI O mACIEJA pLARZYNSKIEGO OBECNEGO PARLAMENTARZYSTY?

  4. Jacek said

    Moze w koncu dojdzie do poslkich glow kto nimi do dzis rzadzi. Zaczac trzeba od propagatorow „grubej kreski”.

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: