Wirtualna Polonia

“-Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i ojczyźnie podnieśliśmy głowy.”

Moja strona życia. Przez trud wędrówek pokonuję słabości

Posted by redakcjawp w dniu 2008-10-31

Musiałem odmawiać wykonania poleceń godzących w interes Polski. Nie mogłem reprezentować takiej polityki MSZ, sprzecznej z żywotnym interesem Polaków w Argentynie. Rozmowa z prof. Zdzisławem Janem Rynem, byłym ambasadorem Polski w krajach Ameryki Południowej.
———————————————————–

Z prof. Zdzisławem Janem Rynem, lekarzem psychiatrą, alpinistą i podróżnikiem, byłym ambasadorem Polski w krajach Ameryki Południowej i biografem Ignacego Domeyki, oraz z jego żoną Grażyną rozmawia Mariusz Bober

Przygotowuje się Pan do niezwykłej wyprawy, której celem jest eksploracja jaskiń na Wyspie Wielkanocnej. Na czym polega ich specyfika?
Zdzisław Jan Ryn: – Między innymi na tym, że niektóre z tych jaskiń nie zostały jeszcze zbadane, a także na tym, że część z nich zawiera szczątki pierwotnych mieszkańców wyspy. Do niektórych jaskiń można dostać się tylko od strony morza, i to schodząc pod wodę, dlatego naszej ekipie będą towarzyszyć płetwonurkowie. Do udziału zaprosiliśmy amerykańskich ekspertów od genetyki, aby ustalić, skąd przybyli pierwsi mieszkańcy wyspy. Do eksploracji podziemnych jaskiń wyspy udało mi się zachęcić najlepszych speleologów, m.in. Andrzeja Ciszewskiego. Ekipa National Geographic zrealizuje film na temat naszych badań. Należąca administracyjnie do Chile Rapa Nui [polinezyjska nazwa Wyspy Wielkanocnej – przyp. red.] uchodzi za wyspę najbardziej odległą od wszystkich kontynentów, leży na środku Pacyfiku. Od brzegów Ameryki Południowej dzieli ją prawie 4 tys. kilometrów. Będzie to moja ósma wyprawa na ten ląd.

Jak udało się Panu połączyć życiową pasję – zamiłowanie do wspinaczek wysokogórskich i podróży – z wykonywanym zawodem, czyli medycyną?
– Urodziłem się w górach, więc było to dla mnie naturalne środowisko. Często opowiadam, że gdy odbyłem pierwszą szkolną wycieczkę do Warszawy, zdziwiłem się, iż świat może być płaski, że są miejsca, w których nie ma gór. Było to tuż po zakończeniu wojny, gdy także młodzież szkolna pomagała w odbudowywaniu stolicy, więc mam poczucie współudziału w tym przedsięwzięciu. Potem zacząłem jeździć na wyprawy w wyższe góry – na Kaukaz, a następnie uczestniczyłem w szóstej polskiej wyprawie w Hindukusz. Pełniłem wówczas funkcję lekarza tych wypraw. Nie miałem wtedy pojęcia, że góry staną się także częścią mojego zawodu. Badaniom zachowania organizmu człowieka w warunkach wysokogórskich poświęciłem wiele czasu, a ich wyniki ogłosiłem w ponad 200 publikacjach. Także moja rozprawa doktorska i habilitacyjna dotyczyły funkcjonowania ludzkiego mózgu w warunkach dużych wysokości. Materiały do nich zbierałem, obserwując uczestników wypraw, a także samego siebie. Ważnym etapem był roczny pobyt w La Paz w Boliwii, gdzie mogłem obserwować stałych mieszkańców Andów i ich niezwykłą adaptację do życia na dużych wysokościach.

Która wyprawa była dla Pana najbardziej fascynująca?
– Myślę, że wyprawa w Andy Patagonii. Zamiast planowanych 4 trwała aż 14 miesięcy, ponieważ tuż przed wyruszeniem z Polski we wrześniu 1973 r. doszło do zamachu stanu w Chile. Cały plan wyprawy wziął w łeb. Zamiast do tego kraju dotarliśmy drogą morską do Peru. Jednak z typowo polskim uporem postanowiliśmy dotrzeć do zamierzonego celu. W efekcie przez Peru, Boliwię, po pokonaniu 9 tys. km dojechaliśmy do Patagonii argentyńskiej w czasie, gdy zgodnie z planem wyprawa powinna właśnie się kończyć. Podczas tej wyprawy wydarzyło się wszystko, co może się zdarzyć w ludzkim życiu: prawdziwe przyjaźnie, ale też konflikty i nienawiść, ślub jednego z uczestników i rozwód innego, a także śmierć w rodzinie jednego z naszych kolegów. Były przykłady heroizmu i poświęcenia, ale też kompromitacji. Było to doświadczenie, którego nie „opracowałem” do tej pory. Podczas tej wyprawy obserwowałem m.in. boliwijskich Indian. Doświadczenia te zostały wykorzystane w książce „Andy i medycyna” (1981), w której pokazałem, jak ludzie przystosowali się do życia na dużych wysokościach. Ta pierwsza przygoda z górami Ameryki Południowej była dla nas tak znacząca, że zdecydowała o mojej przyszłości i przyszłości wielu moich kolegów. Dlatego gdy ktoś mnie pyta, jak można było odbyć tyle podróży na ten kontynent, właściwie nie mam racjonalnego wytłumaczenia. W efekcie w Ameryce Południowej spędziłem prawie 14 lat, najpierw jako członek ekspedycji górskich, potem jako wykładowca na różnych uniwersytetach, a także – przez rok – jako badacz, gdy w boliwijskim Centrum Medycyny Górskiej (IBBA) zbierałem materiały do swojej pracy doktorskiej.

Podobno podczas wyprawy do Patagonii widział Pan jezioro porwane przez cyklon?
– Tak, to było u stóp legendarnego szczytu Fitz Roy. Występują tam niezwykle silne huragany. Bywało tak, że podczas wspinaczki liny unosiły się w poziomie, a nawet w pionie ku górze… Przetrwaliśmy wówczas 53 dni huraganowych ataków w szałasie, w zagłębieniu terenu. Jeden z kolegów nie wytrzymał tego nieustannego huku, oszalał i oddalił się z bazy wyprawy. Na szczęście później odnalazł się w odległej miejscowości. Tam doświadczyłem na własnej skórze, jak wiatr potrafi niszczyć psychikę człowieka. Wspinaliśmy się po lodowcu, wykorzystując krótką chwilę spokoju, gdy nagle zaczął się taki szkwał, że zmiotło nas, na szczęście do płytkiej szczeliny w lodowcu. Operator filmowy nakręcił scenę, jak podmuch huraganu podniósł w górę taflę jeziora Laguna Capri i rozproszył ją w fontannie ulewy. Siła cyklonu była tak duża, że kamienie i drzewa wyrwane z korzeniami fruwały w powietrzu. Oczywiście żadne namioty nie wytrzymują w takich warunkach. Kilka tygodni spędziliśmy w jamach lodowca wykutych przez poprzednie ekipy andynistów. Odbiło się to potem na naszym zdrowiu.

W jaki sposób został Pan „białym bratem Mapuchów”, plemienia Indian zamieszkującego Araukanię chilijską, które oparło się zarówno naporowi Inków, jak i hiszpańskich konkwistadorów?
– Często podążałem śladami Ignacego Domeyki, który 150 lat temu jako jeden z pierwszych Europejczyków badał Araukanię i jej mieszkańców. Działy się wtedy rzeczy trudne do racjonalnego wytłumaczenia…

Na przykład?
– Kiedyś poprosiłem antropologów z Katolickiego Uniwersytetu w Temuco (stolica Araukanii) o spotkanie z kacykami Mapuchów. Gdy po wielu przeciwnościach udało się je zorganizować w Pueblo Rulo, zebrało się tam około 100 przedstawicieli tego plemienia. Powiedziałem im wówczas, że półtora wieku temu był wśród nich mój rodak, Ignacy Domeyko, który napisał książkę o ich zwyczajach, kulturze, zawierającą ponadto rysunki, m.in. portrety ich przodków. Kiedy wręczyłem im egzemplarze książki Domeyki, wywołało to niezwykłe poruszenie. Indianie potraktowali mnie nie tylko jako przybysza z dalekiego kraju, ale także jako „wysłannika” z tamtej epoki. Oni mają odmienną od naszej koncepcję czasu i przestrzeni, dlatego też trudno ich zrozumieć. Okazało się, że wizyta, która w zamierzeniu miała charakter poznawczy, zamieniła się w ceremonię Mari Mari Peni (w języku mapudungun znaczy to „Witaj, bracie”), podczas której uznali mnie za swojego „białego brata”. Do dziś tak mnie traktują. Do tej pory utrzymujemy kontakty. To był szok dla tamtejszych antropologów. Dzięki książce Ignacego Domeyki ci Indianie bardzo nieufni, wręcz agresywni wobec białych, przyjęli mnie za swojego brata. Kończąc misję dyplomatyczną w Chile, powiedziałem, że właśnie to wydarzenie było największym uhonorowaniem mojej osoby, równie ważnym jak odznaczenie Wielkim Krzyżem Orderu Zasługi przez prezydenta Chile. Uświadomiło mi to, że można pokonać bariery kulturowe i językowe, jeśli zachowuje się autentyczną życzliwość do ludzi i zainteresowanie nimi oraz zajmuje się postawę altruistyczną.

Kiedy zaczęła się Pana fascynacja Ignacym Domeyką?
– Jeszcze w liceum wpadły mi w ręce jego pamiętniki „Moje podróże”, które mnie zaciekawiły. Potem było 30 lat przerwy i zainteresowanie nim odżyło, gdy zostałem ambasadorem w Chile. Wówczas poznałem – jeszcze wtedy „młodziutką” (zmarła w wieku 105 lat w kwietniu ubiegłego roku), 90-letnią wnuczkę naszego rodaka, Anitę Domeyko Alamos. Nasza znajomość i przyjaźń przetrwała 16 lat. Kiedy w Chile zawiązała się grupa postulatorów dążących do uznania Ignacego Domeyki za Sługę Bożego, mnie przypadł zaszczyt opracowania jego biografii. Plonem kilkunastu lat pracy są cztery tomy, które wydobywają Domeykę z cienia zapomnienia i ukazują pełnię jego życia i dzieła. Recenzenci tej pracy podkreślają, że było to zadanie dla dużego instytutu, tymczasem wykonałem je samodzielnie, bez żadnego dofinansowania.

Pańskie podróże, a zwłaszcza wspinaczki wysokogórskie wiązały się z ryzykiem utraty życia, co spotkało niektórych Pana towarzyszy. Dlaczego mimo to podejmował Pan, podobnie jak inni alpiniści, to ryzyko?
– Powstało wiele publikacji na ten temat. W skrócie można powiedzieć, że alpiniści mają szczególną konstrukcję psychiczną i cechy osobowości. Są to osoby, które, po pierwsze, aby odczuć tzw. pełnię życia, potrzebują dużej dawki napięcia emocjonalnego. To są ci wspaniali „szaleńcy”, którzy zamiast wejść na szczyt najłatwiejszą drogą, szukają tej najtrudniejszej. Dobrowolnie wybierają trud także po to, by pokonać swoje słabości. Działa tu psychologiczny mechanizm kompensacji – dowodzenia swojej siły czy umiejętności poprzez zmaganie się z przeciwnościami. Dlatego łatwo przekraczają granicę dopuszczalnego i zdroworozsądkowego ryzyka. Na przykład jeden z największych polskich himalaistów, zainteresował się górami, a potem wspinaczką wysokogórską po tym, jak w szkole podstawowej lekarz nie pozwolił mu jako jedynemu z klasy pojechać na wycieczkę na Babią Górę. Lekarz uznał, że ma wadę serca. Przeżył z tego powodu upokorzenie. Pamiętał o tym nawet wtedy, gdy 20 lat później stanął na Noszaku, najwyższym szczycie Hindukuszu.

Ale to chyba nie jedyne motywy?
– Innym ważnym czynnikiem, już na granicy patologii, jest także rodzaj ekstazy wysokościowej. W efekcie skrajnego wysiłku i wyczerpania podczas wspinaczki, a także niedotlenienia mózgu, przeżywa się stany podobne do ekstatycznych. Niektórzy alpiniści, nawet niewierzący, odczuwali w ten sposób bliskość Boga. Mój znajomy, były minister zdrowia Katalonii, jeden z nielicznych lekarzy, którzy zdobyli najwyższą górę świata Mount Everest, napisał książkę pt. „Nie widziałem Bogów na Evereście”. Ale jednocześnie powiedział, że nigdy nie miał takiego poczucia Jego bliskości. Analizując relacje i zapiski alpinistów w momencie zdobywania szczytów, mogę powiedzieć, że mają one często charakter patriotyczny albo religijny. Z własnego doświadczenia wiem, jak niesamowite jest poczucie postawienia stopy na szczycie do tej pory niezdobytym przez nikogo. Raz koledzy pozwolili mi jako pierwszemu wejść na taki szczyt. Oddałby Pan każde pieniądze za takie przeżycie. Na szczęście jest jeszcze wiele takich miejsc na ziemi, których wystarczy dla wielu pokoleń zdobywców…

Dlaczego zainteresował się Pan właśnie badaniem ludzkiej psychiki w warunkach ekstremalnych? Doświadczeniom ludzi w niemieckich obozach koncentracyjnych podczas II wojny światowej poświęcił Pan wydaną ostatnio książkę „Rytm śmierci”.
– Dziwi pewnie Pana, jak można mieć tak różne zainteresowania. Ale to tylko pozorna sprzeczność. Uważam, że jestem dość konsekwentny w doborze przedmiotów swoich badań. Po prostu interesuję się funkcjonowaniem człowieka w ekstremalnych warunkach. Alpinizm jest właśnie takim świetnym eksperymentem, zaś byli więźniowie obozów koncentracyjnych, którzy wiele razy przeżyli swoją śmierć, a jednak ostatecznie wyszli cało z piekła obozu, doświadczyli najbardziej skrajnych stanów, jakie można sobie wyobrazić. Ci ludzie sami zadają sobie pytanie: jak to możliwe, że przeżyłem/am to piekło, przecież obozy były „fabrykami śmierci”. Co prawda sam nie byłem więźniem, ale miałem roczek, gdy wybuchła wojna, i moje dzieciństwo przypadło właśnie na czas okupacji. Moje pierwsze wspomnienia to bombardowania i wybuchy, stosy trupów, krew, a także pożar naszego domu rodzinnego. Omal w nim nie spłonęliśmy. Mama wyniosła nas z bratem z palącego się budynku zimą, w śniegu po pas. Takie było dzieciństwo mojego pokolenia. Także moje badania nad samobójstwami analizują kondycję psychiczną osób w sytuacjach granicznych. Jest cała dziedzina nauki, suicydologia, zajmująca się tą problematyką. Zainteresowała się nią także moja córka, która obroniła niedawno pracę doktorską na ten temat. Również moje badania skoczków narciarskich były ukierunkowane na analizę stanów niezwykłego napięcia psychicznego podczas skoku. Przecież jeśli wyobrazimy sobie, że za pomocą dwóch desek człowiek leci w powietrzu na odległość – już teraz – 249 m, musi to być ekstremalne przeżycie. W badaniach prowadzonych w krakowskiej AWF analizowaliśmy procesy zachodzące w psychice skoczków podczas kilku sekund, w czasie których unoszą się w powietrzu.

Jakie były wnioski?
– Raport, jaki opublikowaliśmy z tych badań, ukazał się w formie niedużej książki. Okazało się, że zmienione jest poczucie upływającego czasu, czas się wydłuża. W miarę treningów uwrażliwia się percepcja organizmu na opór powietrza. Psychologiczne „opracowanie” każdego skoku odbywa się przed startem i ulega pewnej automatyzacji. Badania projekcyjne wykazały, że lęk skoczków przed upadkiem i urazami został zepchnięty do podświadomości.

Badał Pan także Adama Małysza?
– Jego akurat nie, gdyż pojawił się na sportowej scenie znacznie później, ale w jednym z artykułów analizowałem tzw. małyszomanię.

Podróże i wyprawy wysokogórskie pochłaniają znaczne środki i czas. Nie miała Pani oporów przed wypuszczaniem męża na tak długie wyprawy? Jak reagowały na nie dzieci?
Grażyna Ryn: – Jesteśmy już do nich przyzwyczajeni. Uważam, że człowiek, także w rodzinie, powinien być wolny, a mąż ma naprawdę piękną pasję.

Ale to Pani musiała w tym czasie zajmować się dziećmi i domem?
– Tak, ponadto jeszcze pracowałam. Ale dwoje dzieci to nie jest dużo, można sobie jakoś dać radę.

Czy dzieciom też udzieliła się pasja męża? A może częściowo także Pani, bo chyba uczestniczyła Pani w niektórych wyprawach?
– Również dzieci bardzo lubią podróże, i gdy to możliwe, wyjeżdżamy razem. Ponadto mąż zaraził swoją pasją naszego już 18-letniego wnuka. Czasami jeździłam z mężem na łatwiejsze wyprawy, ale ja również mam swoją pasję – żeglarstwo, i nieraz to mąż pomagał mi, abym mogła je uprawiać. Ponadto dopinguje mnie do malowania, gdy sama nie mogę się na to zdobyć.

Ameryka Południowa to nie tylko teren Pana górskich i podróżniczych przygód. Pełnił Pan tam również funkcję ambasadora Polski, i to w kilku krajach…
Z.J.R.: – Rzeczywiście, na początku lat 90., w sposób nieoczekiwany, otrzymałem propozycję podjęcia misji dyplomatycznej w Chile. Po rocznym przygotowaniu w MSZ, spędziłem tam niemal 6 lat. Musiałem budować stosunki dyplomatyczne od zera, ponieważ od czasu przewrotu wojskowego w tym kraju w latach 70. władze PRL nie utrzymywały z Chile stosunków. Myślę, że dzięki temu, iż oparłem misję na spuściźnie Ignacego Domeyki, doszło do zetknięcia z tymi kierunkami naukowymi, które nasz rodak zostawił w Chile. Domeyko swoją postawą i pracą stworzył tam nieco wyidealizowany obraz Polaków, był bowiem naukowcem, intelektualistą, altruistą i człowiekiem głębokiej wiary. Wszystkie te wartości utrwaliły się w pamięci Chilijczyków i przypisywali je wszystkim Polakom. Ignacy Domeyko miał ogromne zasługi dla tego kraju, był wieloletnim rektorem Uniwersytetu Chilijskiego, a także ojcem tamtejszego górnictwa, dlatego też nazwali go apostołem nauki i kultury.
Właśnie w czasie pełnienia tej misji miałem okazję – jako pierwszy polski ambasador – złożyć oficjalną wizytę na Wyspie Wielkanocnej. Wkrótce potem, również jako pierwszy polski ambasador, składałem oficjalną wizytę na Antarktydzie. Miałem okazję spędzić kilka dni w polskiej stacji badawczej im. Henryka Arctowskiego. Dzięki podróżom po tym pięknym kraju podpisaliśmy kilka umów o partnerstwie miast w Polsce i w Chile. Był to znakomity okres, w którym udało się również zawrzeć korzystne dla obu stron porozumienia gospodarcze, np. Stocznia Szczecińska zbudowała statki-kontenerowce dla chilijskiego armatora.

Ostatnia misja dyplomatyczna w Argentynie przebiegała jednak zupełnie inaczej…
– Po 10 latach przerwy premier Jarosław Kaczyński zaproponował mi podjęcie misji dyplomatycznej w Argentynie. Ta decyzja dojrzewała w bólach już w fazie wyjściowej, ze względu na konflikty polityczne, zwłaszcza po ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych. Zaczęły się brutalne ataki, nie tylko podczas przesłuchań przed Komisją Spraw Zagranicznych, ale także ze strony MSZ.

Po artykułach w „Gazecie Wyborczej”?
– Kulminacja konfliktu nastąpiła podczas misji specjalnej z okazji przejęcia prezydentury w Argentynie przez panią Cristinę Fernandez, żonę byłego prezydenta Nestora Kirchnera. Na czele polskiej delegacji miała stać pani prezydentowa Maria Kaczyńska. Przygotowania były zapięte na ostatni guzik i pewnie nie byłoby całego konfliktu, gdyby nie nastąpiła zmiana szefa polskiej delegacji. Na jej czele stanął marszałek Senatu Bogdan Borusewicz. Dosłownie kilka dni przed przyjazdem delegacji otrzymałem informację z MSZ, że na polecenie marszałka moi przełożeni wycofują mnie z udziału w delegacji. Poczułem się tak, jakby własny rząd wbił mi nóż w plecy. Było to wydarzenie bezprecedensowe, którego nikt w Argentynie nie mógł zrozumieć.

Jak marszałek Borusewicz motywował swoje żądanie?
– Tłumaczył, iż nie chce narazić się na niezręczną sytuację, w której będzie w towarzystwie ambasadora związanego z Unią Stowarzyszeń i Organizacji Polskich w Ameryce Łacińskiej, czyli największą organizacją polonijną na tym kontynencie. Chodzi oczywiście o to, że jej prezesem jest Jan Kobylański. Temu byłemu więźniowi obozów koncentracyjnych zarzucono antysemityzm. Taki zarzut postawiono mu po tym, jak na jednym ze zjazdów Polonii powiedział, że jeśli wszyscy ambasadorzy Polski w Ameryce Łacińskiej są Żydami, to ma wątpliwości, kogo oni reprezentują. Fakty były takie, że prawdopodobnie byłem wtedy jedynym ambasadorem Polski na tym kontynencie o formacji katolickiej. Polonia skupiona wokół USOPAŁ krytykowała i protestowała przeciwko nagannym zachowaniom niektórych polskich dyplomatów. Wyciągnięto na światło dzienne różne dyplomatyczne „grzechy”.
Tymczasem tak widzą kraj, jak postrzegają ambasadora. Więc gdy nadużywa on alkoholu albo zadaje się z kobietami lekkich obyczajów, cierpi na tym przede wszystkim wizerunek państwa, które reprezentuje.
W ciągu kilku lat przed objęciem placówki w Buenos Aires większość imprez kulturalnych czy artystycznych organizowanych przez ambasadę odbywało się z udziałem osób żydowskiego pochodzenia. Gdy na Święto Niepodległości 11 listopada zorganizowałem własnymi siłami wystawienie musicalu o św. Maksymilianie Kolbe pt. „Tylko miłość tworzy”, z udziałem znakomitych argentyńskich artystów, udało się uniknąć kolejnej wojny tylko dlatego, że imprezie patronował ks. kard. Stanisław Dziwisz. Agenci w Buenos Aires aż trzęśli się ze złości. To pokazuje, o co w tym wszystkim chodzi, i skąd ten konflikt. Niestety, stałem się jedną z ofiar w wojnie na górze, jaką toczą ze sobą kancelarie premiera i prezydenta.

A stawką jest interes Polski?
– Stawką jest przede wszystkim wizerunek naszego kraju, szargany przez takie działania, jak te, których ostatnio doświadczyłem. Trzeba będzie kilku lat, aby odbudować prestiż Polski w Argentynie, zwłaszcza po latach bardzo dobrych stosunków, jakie mieliśmy z tym krajem. W Argentynie żyje ok. pół miliona Polaków i osób polskiego pochodzenia. Gdy składałem listy uwierzytelniające najpierw ministrowi spraw zagranicznych, a potem wiceprezydentowi (prezydent nie ma zwyczaju przyjmować ambasadorów), obaj na moje ręce składali podziękowania za to wszystko, co pokolenia Polaków uczyniły dla społeczeństwa argentyńskiego, dla rozwoju gospodarczego, kulturalnego, i – na co obaj zwrócili uwagę – rozwoju duchowego tego społeczeństwa. Te ostatnie słowa niewątpliwie odnosiły się do pracy naszych misjonarzy. Obecnie w Argentynie pracuje 96 polskich księży i zakonników. To chyba największy dar, jaki Polacy dają temu krajowi. Znaczenie tego wkładu dla wizerunku naszego kraju jest niweczone przez wspomniane działania MSZ. Chodzi także o niedawne decyzje tego ministerstwa dotyczące likwidacji niektórych placówek dyplomatycznych. Można się zgodzić, że ambasady w Panamie czy niektórych krajach afrykańskich nie są konieczne, ale w Urugwaju? Tamtejsza Polonia uważa, że MSZ poleciło likwidację tej placówki tylko dlatego, że w tym kraju mieści się siedziba USOPAŁ, i tam urzęduje pan Kobylański, który notabene był wcześniej konsulem honorowym RP. Pozbawiono go tego tytułu z powodu zarzutów o antysemityzm i krytykę polskiej polityki zagranicznej, zwłaszcza wobec Polonii.
Po wspomnianej wcześniej wypowiedzi prezesa USOPAŁ kierownictwo MSZ zaczęło się mścić, a nie mogąc nic zrobić panu Kobylańskiemu, ataki skierowano na osoby współpracujące, także na mnie i ambasadora RP w Urugwaju. Rozpętano kampanię w prasie, radiu i telewizji, zarzucając mi antysemityzm. Zarzut o tyle absurdalny, że od 40 lat jako lekarz zajmuję się ofiarami obozów koncentracyjnych, także pochodzenia żydowskiego. Znaczna część moich publikacji, choćby wspomniana książka „Rytm śmierci”, dotyczy ofiar holokaustu. Zarzucano mi również, że jestem ambasadorem ojca Tadeusza Rydzyka i Radia Maryja. Podobne zarzuty mnożono, a co jeden – to bardziej absurdalny. Osaczono mnie do tego stopnia, że centrala utrzymywała kontakty z pracownikami ambasady poza moimi plecami, a w ostatnim okresie przysyłała „kontrole” co kilka tygodni! Dziwnym trafem korespondencja depeszowa trafiała następnego dnia do prasy codziennej! Nie było wątpliwości, że moja misja została sparaliżowana od wewnątrz, straciła sens. W efekcie nie wytrzymałem tego napięcia, zawiodło mnie własne serce, podałem się do dymisji. Prezydent jej nie przyjął i nie odpowiedział na kolejne wnioski ministra spraw zagranicznych i premiera o odwołanie mnie z urzędu.

Więc formalnie nadal jest Pan ambasadorem Polski w Argentynie?
– Ale urzędującym w Krakowie. Takiej paranoi jeszcze nie było. Co prawda MSZ rozwiązało ze mną umowę z końcem września, ale prezydent mnie nie odwołał, a to on mianuje i odwołuje ambasadorów. Dzisiaj odczuwam satysfakcję, iż nie uległem zaciekłym atakom i zachowałem własną hierarchię wartości. Przez ostatnie miesiące dochodziło do otwartych konfliktów z Ministerstwem Spraw Zagranicznych, musiałem odmawiać wykonania poleceń, godzących w interes Polski. Upominano mnie wtedy, że ambasador nie jest od tego, żeby pouczać ministra, co leży w interesie Polski.

Może Pan podać przykłady takich niekorzystnych dla interesów kraju poleceń?
– Choćby zakaz kontaktowania się z USOPAŁ wydany pracownikom polskich ambasad. Choćby usilne domaganie się sporządzenia „czarnej listy” Polaków współpracujących z tą organizacją. Obłędna prywata rewanżu wzięła górę nad interesem naszego kraju. A przecież ambasador jest m.in. od tego, aby dbał o Polonię. Przecież to władze komunistyczne robiły wszystko, aby nasi rodacy na obczyźnie nie byli zjednoczeni. Nie mogłem reprezentować takiej polityki MSZ, sprzecznej z żywotnym interesem Polaków w Argentynie. Dlatego minister Sikorski wezwał mnie w trybie natychmiastowym na dywanik. Miałem stawić się w ciągu 9 dni w Warszawie, prawdopodobnie po to, by odebrać mi paszport, i bym nie mógł pełnić funkcji dyplomaty, wbrew stanowisku prezydenta. Jednak nie zdążyłem przylecieć do Warszawy, ponieważ trafiłem do szpitala. Diagnoza kardiologa była jasna: albo zrezygnuję z tej pracy, albo grozi mi zawał serca!
Wybitny ekspert prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego zastanawiał się nawet, czy nie wystąpić na drogę sądową, bowiem szef MSZ, szkalując mnie jako ambasadora, działał pośrednio na szkodę mojego uniwersytetu.

Jak w Argentynie odebrano tę sytuację?
– Nikt nie mógł jej pojąć. Kiedy żegnałem się z korpusem dyplomatycznym w Nuncjaturze Apostolskiej w Buenos Aires, dyplomaci nie mogli zrozumieć, co się dzieje z polskim rządem, dlaczego atakuje on własnego ambasadora. Nuncjusz apostolski powiedział mi, że w jego 40-letniej karierze nie zdarzyło się, by usunięto ambasadora z misji specjalnej, bowiem to ambasador powinienem być gospodarzem delegacji z marszałkiem Senatu na czele. Przyglądałem się i nadal się przyglądam temu konfliktowi także z punktu widzenia mojej profesji, bo zajmuję się także psychopatologią w polityce. Jednak tym razem wyzwanie przerosło mnie i z eksperta od stresu stałem się jego ofiarą.

A jak zareagowała Polonia?
– Była zdezorientowana i przerażona. Po roku mojego urzędowania wzbudziliśmy wśród Polonii nadzieje na podjęcie wspólnych działań. Przyjęto mnie jako ambasadora nowej rzeczywistości Polski, i jako swojego. Utrzymuję bowiem kontakty z Polonią Ameryki Łacińskiej od 30 lat, od mojej pierwszej wyprawy do Patagonii. Jestem członkiem honorowym organizacji polonijnych w Chile i w Argentynie, obywatelem honorowym kilkunastu miast, profesorem honorowym kilku uniwersytetów, a także doktorem honoris causa jednego z uniwersytetów w Limie (Peru). Dlatego rodacy przyjęli moją dymisję jak cios, bo znów zostali bez ambasadora. Dopóki nie jestem formalnie odwołany przez prezydenta, nie może zostać wysłany mój następca, a bardzo wątpię, czy strona argentyńska przyjęłaby nowego szefa naszej placówki w randze charge d`affaires.

Czy z powodu tej sytuacji zastanawiał się Pan nad opuszczeniem Polski i osiedleniem się na stałe w Argentynie?
– Taką fałszywkę upowszechniała nieżyczliwa mi gazeta w paszkwilu o „zbuntowanym ambasadorze”. Doskonale pan wie, że nigdy nie rozważałem wyjazdu z Polski na stałe, wręcz przeciwnie – moje miejsce jest w kraju, zwłaszcza w Krakowie, na Uniwersytecie Jagiellońskim, w pracy z młodzieżą akademicką. Chociaż jestem podróżnikiem sześciu kontynentów, członkiem The Explorers Club, chociaż w Ameryce Łacińskiej spędziłem około 14 fascynujących lat, moje serce należy do Polski. W tej kwestii mam radykalne stanowisko: wyjazd na stałe byłby formą zdrady Ojczyzny.

Dziękuję za rozmowę.

www.naszdziennik.pl

Reklamy

Komentarzy 12 to “Moja strona życia. Przez trud wędrówek pokonuję słabości”

  1. Winszuję Panu ambasadorowi uporu ,także końcowego zdania – wyjazd na stałe byłby zdradą Ojczyzny. I co na to Polonusi?

  2. JPD said

    do Pana Baranskiego:

    Czy zgodnie z doktryną prlu uważa Pan za zdrajców wszystkich ludzi pochodzenia polskiego i będących obywatelami innych krajów?

    Pozdrawiam

  3. Polonus said

    Zapraszam Panstwa na strone http://www.polpatriot.com
    gdzie w Biuletynie PRP nr 204 mozna znalezc ciekawy artykul
    prof. J.Nowaka o atakach na Kobylanskiego i USOPAL pt.
    „Brudne oszczerstwa i przemilczenia.”

  4. gupota said

    hmmm… mam nadzieje ze nie spotkam tego typka gdzies w gorach Ameryki Pld. Na uwagi typu: ’emigranci to zdrajcy’ mam bardzo radykalna reakcje. Chce tylko zauwazyc iz czlowiek ten jezdzil sobie wygodnie po swiecie kiedy wiekszosc polskiego spoleczenstwa mogla ogladac zagranice na zdjeciach czasopism typu ‚Dookola Swiata’ gdzie ‚wybrancy PRL-u’ opisywali swoje podroze. Dla zwyklych szarakow w PRL-u to bylo tylko lizanie cukierka przez szybe. Facet spedzil w Ameryce Pld. ponad 14 lat jak sam pisze, wiec jezeli jest tak wielkim patriota to dlaczego nie siedzi w Polsce u mamy za piecem, tylko bezsensownie stroi sie w bogoojczyzniane piorka.

  5. Artur said

    Nie widze tutaj problemu. Autor nie ekstrapoluje swoich wartosci na calosc polskiej emigracji, lecz wyraza sie o swojej postawie w stosunku do Ojczyzny. Kazdy z nas moze miec odmienne elementy tozsamosci narodowej i spojrzenia na swoja role w pielegnacji polskiego patriotyzmu.

  6. Lubomir said

    Psychopatologia w polityce?. Zbliżenia telewizyjne często pokazują takich warczących psychopatów. Tyle, że dla zmyłki czerwone krawaty pozamieniali na błękitne. Jakość ich patriotyzmu jest katastrofalna. Zżera ich jad nienawiści do autentycznej polskości.

  7. Artur said

    Lubomirze, Narod jest wspolnota pochodzenia, historii i ducha (Kardynal Wyszynski)zas panstwo i jego wladza powinny miec funkcje sluzebna wobec narodu. A jaki to moze byc w ogole patriotyzm, jesli wiekszosc tych „politykow” pozbawiona byla kontaktu z bogactwem tradycji narodowej i polskosci? Czyli wlasnie mamy psychopatyczna postawe wobec wszystkiego co rdzennie i odwiecznie polskie. Nalezy zauwazyc, iz psychopatie sa zaburzeniem osobowosci (a nie choroba), wiec nie sa uleczalne czy modyfikowalne.
    Wlasnie powrocilem z podrozy do Polski, i ciagle nie moge zaakceptowac zachowania ministra MSZ oraz premiera wobec prezydenta Polski. Tak, to jest psychopatologia, ktora niestety staje sie norma funkcjonowania „polskich politykow”, a to jest przygnebiajace.
    Wszystkich ich chcialbym zmusic do przeczytania wielokrotnie w te i w tamta strone „Pamietnikow” J.I. Paderewskiego. Tam jest zawarte, czym powinien byc maz stanu. Ale to chyba moja wierutna i paranoidalna idea nie do spelnienia.

  8. Matt said

    D0 pana Gupota
    Mysle ze dobrze pan dobral swoja ksywe , nic dodac nic ujac. Jezeli pisze pan sluzbowo to rozumie te bzdury ktore pan pisze natomiast sadze ,ze nigdy pan nie spotka zadnego alpinisty w zadnych gorach bo pana wyprany mozg nasiakniety jadem nie pozwoli panu na uprawianie sportu dla ludzi wybranych o szerokich horyzontach

  9. jurek K - Polonus said

    Do Pana Baranskiego – a ja uwazam, ze glosowanie w roku 93 na SLD, w roku 95 i 2000 na Stolzmana (Kwasniewski), w roku 2001 na SLD i w roku 2007 na PO – to to jest wlasnie zdrada Ojczyzny

  10. Gniew said

    Teraz juz chyba nikt nie ma watpliwosci kim sa rozni Sikorscy czy Borusewicze z rzadu ich szefa Tuska.

    Profesor Ryn jasno “zeznal” w tym artykule, ze oni:
    – zakazywali kontaktowania się z USOPAŁ pracownikom polskich ambasad
    – domagali się sporządzenia “czarnej listy” Polaków współpracujących z tą organizacją

    Nic dodac – nic ujac. To jest szowinistyczna, antypolska, pelna nienawisci postawa do wszystkiego co polskie i do prawdy, ktora powiedzial p. Kobylanski. Oczywistym jest dla kazdego, ze nie Polacy zasiadajacy w strukturach obecnego „panstwa polskiego” a w tym i tacy ambasadorzy – reprezentuja i beda reprezentowac nie polskie interesy!

    Jak przyjdzie czas to w/w panowie skoncza przed Trybunalem Stanu za antypolska dzialalnosc, a jak nie beda miec szczescia to skoncza jak Mussolini.

  11. hendryxen said

    Gniew, wydaje mi się że jesteś zbytnim optymistą. 2ydostwo obsiadło wszystkie kluczowe pozycje i nie dopuszcza Polaków do udziału w decydowaniu o losach kraju. Trybunał Stanu też zajmują, i jeśli ktoś przed nim stanie to tylko jakiś Polak oskarżony o antysemityzm. Taki stan rzeczy nie zmienimy nawet przez większy udział w wyborach parlamentarnych gdyż stopień ogłupienia polskiego społeczeństwa jet tak daleko posunięty że 2ydzi będą tu rządzić chyba już zawsze. Zmienić mogła by to jakaś rewolucja, ale z powodów wyżej wymienionych nierealna.

  12. Kalina49 said

    Panie Ryn, śledzę pana karierę nie od dziś. Takiego makiawelizmu i zakłamania próżno by szukać. Wszyscy wiedzą i pan to wie świetnie, jak wyglądała i skąd się wzięła pańska nominacja: Kobylański do Rydzyka, Rydzyk do Gosiewskiego, Gosiewski do Fotygi, a tej pozostało jedynie wykonać: bez opinii departamentów, bez akceptacji komisji sejmowej mianować pana ambasadorem w Buenos Aires za wszelką cenę. I wykonano jak w wojsku. Był i jest pan nielojalnym współpracownikiem MSZ, afiszował się pan z sympatią do „szmalcownika”, współpracownika gestapo Kobylańskiego, więc niech się pan nie dziwi. Taki jest panski koniec. Miejmy nadzieję, że ostateczny.

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: