Wirtualna Polonia

“-Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i ojczyźnie podnieśliśmy głowy.”

Jak walczono z polskością

Posted by redakcjawp w dniu 2009-08-22

Prof. Jerzy Robert Nowak: Publikowany w „Naszym Dzienniku” z 14-16 sierpnia tekst profesora Witolda Kieżuna „Czas bronić polskiego dziedzictwa” nader wymownie zilustrował dzisiejsze zagrożenia dla polskości. Idąc jego śladem, chciałbym szerzej przedstawić obecne tak wielostronne zagrożenia dla polskiej tożsamości narodowej i patriotyzmu oraz ich źródła. Równocześnie zaś pragnę zaproponować zestaw działań niezbędnych do skutecznej obrony polskości i patriotyzmu.

Represje niemieckiego i sowieckiego okupanta doprowadziły do zdziesiątkowania wspaniałych pokoleń Polski Niepodległej. Zapłaciliśmy wielką daninę krwi, „strzelając do wroga z brylantów” – jak pisano o śmierci słynnego poety powstańczego Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Do tego doszły wielkie straty intelektualne wynikłe z tak dużych rozmiarów emigracji wojennej. Po 1944 r. Polskę poddano brutalnej sowietyzacji i rusyfikacji. Ton nadawali stalinowscy targowiczanie, tacy jak marionetkowy przywódca komunistyczny Bolesław Bierut. Winston Churchill odnotował w swych pamiętnikach szokującą wypowiedź „Polaka” Bieruta, który w czasie rozmów 13 października 1944 r. powiedział: „Przybyliśmy tu, by zażądać w imieniu Polski, żeby Lwów należał do Rosji. Taka jest wola narodu polskiego”.

Gdy deptano polską godność
Krwawej rozprawie z siłami niepodległościowymi takimi, jak Armia Krajowa, towarzyszyło deptanie tradycji narodowych, począwszy od symbolicznego usunięcia korony nad orłem. Zdziesiątkowaną inteligencję polską poddano przymusowej sowieckiej indoktrynacji. Ton nadawali tacy zajadli wrogowie polskiego patriotyzmu jak filozof z żydokomuny Tadeusz Kroński, który w liście do Czesława Miłosza z 7 grudnia 1948 r. zapowiadał: „My sowieckimi kolbami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie (…)”. Stalinowską politykę depolonizacji realizowano z całą bezwzględnością. Usunięto z pracy na uniwersytetach dziesiątki wybitnych patriotycznych naukowców, takich jak profesorowie: Władysław Tatarkiewicz, Kazimierz Ajdukiewicz, Władysław Konopczyński, Juliusz Kleiner czy Adam Krzyżanowski. Z zajadłością deptano najwspanialsze nawet osiągnięcia polskiej tradycji narodowej w dziedzinie kultury. Dość przypomnieć choćby skutki stalinowskiej polityki kulturalnej w odniesieniu do narodowej klasyki teatralnej. Ofiarami kolejnych zakazów ówczesnych rządców kultury padli Krasiński, Słowacki, Mickiewicz, Norwid i Wyspiański, nie mówiąc o dziesiątkach pomniejszych twórców. Oskarżane o antyrosyjskość „Dziady” Mickiewicza musiały czekać na wystawienie aż do 1956 roku. Dopiero w lipcu 1955 r. doszło, po siedmioletniej przerwie, do pierwszej po wojnie premiery „Wesela”, a w styczniu 1956 r. wystawiono „Noc listopadową”. Potępiano jako rzekomo „reakcyjne” dzieła Henryka Sienkiewicza na czele z „Ogniem i mieczem”. Na ogromną skalę zaczęto uprawiać antypatriotyczną interpretację dziejów Polski. Słynny polski historyk prof. Tadeusz Manteuffel napisał kiedyś, że wszystkie powstałe u nas w latach stalinowskich zarysy dziejów Polski czynią wrażenie, jak gdyby były pisane w stolicach nieprzyjaznych nam państw zaborczych. Dość przypomnieć antypolskie brechty zawarte w książkach takich ówczesnych „historyków” jak Żanna Kormanowa, Helena Michnik czy Maria Turlejska. Zmarły w latach 90. publicysta, dramaturg i eseista Jerzy Mikke pisał 8 czerwca 1990 r. na łamach „Tygodnika Solidarność”, iż „edukacja komunistyczna uczyniła wszystko, aby kolejnym rocznikom maturzystów wpoić przekonanie, że od czasów jagiellońskich niemal całe nasze dzieje były kalekie i niegodne szacunku (…)”.
W miejsce masowo usuwanych postaci ze starej patriotycznej inteligencji usadawiano prostalinowskie komunistyczne łże-elity na czele z serwilistycznymi pisarzami i poetami – komunistycznymi „inżynierami dusz”. Świetny obraz ich kłamstw znajdujemy w książkach: Jacka Trznadla „Hańba domowa”, Bohdana Urbankowskiego „Czerwona msza” i Stanisława Murzańskiego „Między kompromisem a zdradą”. Jakże ostro napiętnował po latach rolę tych stalinowskich łże-autorytetów ks. abp Józef Michalik, pisząc we wrześniu 1997 roku w „Powściągliwości i Pracy”: „Trzy opasłe tomy ‚Pamiętników’ Marii Dąbrowskiej pokazują, jak elity intelektualistów zgubiły Polskę powojenną. Przecież oni na kolanach biegali do Belwederu. Dziś z tej lichoty moralnej nie wolno robić bohaterów. Trzeba oczyścić idee. Pokazać: tu były wasze błędy i teraz usiłujcie je naprawić. Naród był gnębiony najbardziej nie przez wroga, lecz przez swoje elity, od przed wojny socjalizujące, zauroczone komuną, może nie do końca świadome ogromu zła, jaki fundował system przez ich ręce. Dziś potrzebne są elity wielkich mędrców (ale moralnych), twórczych i odważnych umysłów”.

Wysługiwali się kłamstwu
W opluwaniu narodowej historii szczególnie dużą rolę odgrywała kinematografia, dyrygowana przez takich zajadłych wrogów Polski jak pupil Jakuba Bermana Aleksander Ford. Znany ze skrajnej wręcz niechęci do prawdziwie patriotycznych polskich twórców, Ford osobiście uczestniczył w zaszczuciu jednego z największych talentów polskiego kina – reżysera Jerzego Gabrielskiego, byłego asystenta Jeana Renoira i René Claira, autora zrealizowanego w Paryżu filmu „Les Bottes” („Buty”). Gabrielski nakręcił tuż po wojnie filmy o obronie Warszawy i Powstaniu Warszawskim. Został zadenuncjowany przez Forda władzom NKWD w 1946 roku i spędził trzy miesiące w więzieniu z etykietką „czarnego reakcjonisty” i „antysemity”, był bity i maltretowany. Zniszczono świetnie zapowiadający się talent młodego reżysera.
Ford nadawał ton, kierując kinematografią polską w duchu jak najskrajniejszego deptania tradycji narodowych. Przerażający jest jednak fakt, że znalazł tak wielu naśladowców inicjowanej przez siebie w kinematografii walki z polską historią i patriotyzmem. W dziedzinie ówczesnego filmu polskiego nie ma niemal żadnego wybitniejszego polskiego reżysera, który chcąc debiutować w owych stalinowskich czasach, nie był umoczony maksymalnie w bagnie kłamstw, jakie współtworzył. Począwszy od Andrzeja Wajdy z jego filmem „Pokolenie”, nakręconym w 1955 roku na podstawie szkalującej akowców powieści Bohdana Czeszki. Nawet Adam Michnik, tak zaprzyjaźniony z Wajdą (przypomnijmy, że w 1990 roku Wajda wraz z Michnikiem należeli do odłamu skrajnej lewicy postsolidarnościowej – ROAD) nie mógł ukryć prawdy o jakże potwornym zafałszowaniu historii Polski w „Pokoleniu”. W bardzo entuzjastycznym skądinąd szkicu o twórczości Wajdy: „Popiół, ułan, polonez” („Magazyn” „Gazety Wyborczej” z 13 maja 1994 r.) Michnik pisał o Wajdzie: „Zaczynał tyleż typowo, co paskudnie. ‚Pokolenie’, film według powieści Bogdana Czeszki, nie różni się niczym od reszty produkcji artystycznej socrealizmu: historyczne kłamstwo i bolszewicki moralizm, sentymentalizm i artystyczna tandeta. Film przedstawia wyjątkowo wprost zakłamany obraz okupacji i antyhitlerowskiego ruchu oporu. Polak-fabrykant współpracuje z AK i kolaboruje na potęgę z Niemcami. Armia Krajowa to jakieś paskudne typy, które wzbudzają odrazę i powtarzają o staniu z bronią u nogi. Religia to opium dla mas, odwodzące od walki o wyzwolenie. Jedynymi sprawiedliwymi są naturalnie komuniści”.
Czegóż się nie robiło dla kariery. Można tylko zdumiewać się, do jakiego stopnia młodzi, nawet ogromnie utalentowani, reżyserzy filmowi godzili się oczerniać najnowszą historię swego Narodu, zgodnie z reżimową polityką. Typowym przykładem pod tym względem był antyakowski film „Cień” nakręcony w 1956 roku przez 34-letniego wówczas Jerzego Kawalerowicza. Co mówił jego film? Oddajmy na ten temat głos Andrzejowi Osęce, redaktorowi „Gazety Wyborczej”, a więc dziennika trudnego do posądzenia o nadmierną idealizację antykomunistycznego podziemia niepodległościowego. Krytycznie oceniając emisję takiego właśnie filmu w telewizji w początkach 1995 roku, Osęka tak pisał o jego wymowie: „Dowiadujemy się, że walczące z komunistami podziemie tworzyli w powojennej Polsce osobnicy diaboliczni, którzy w czasie niemieckiej okupacji jakimś cudem sprawiali, że patrioci strzelali do siebie nawzajem, którzy w dniach referendum obcinali ręce chłopom głosującym ‚3 razy tak’, zaś milicjantów polewali benzyną, podpalali, rozkoszując się widokiem ich agonii, którzy podkładali ogień w kopalniach, powodując rozpacz żon i dzieci ginących pod ziemią górników. Rozpacz górniczych żon i dzieci, bezwstydny rechot wroga Polski Ludowej na wspomnienie jej płonącego żywcem obrońcy, a także kikut uciętej ręki słusznie głosującego chłopa-biedniaka – wszystko to, nawiasem mówiąc, widać w filmie jak najwyraźniej. (…) Walczący o ludową władzę partyzanci, jak i później utrwalający ją funkcjonariusze są tutaj po prostu nieskazitelni. (…) Bandom pomagają kułacy. Wróg ujawnia się tym, że opowiada antypaństwowe dowcipy. (…) Dzieło nagrodzone przez krytyków filmowych Syrenką Warszawską (…) ukazuje prawdę o społeczeństwie polskim lat powojennych dokładnie taką, jaką zawarł był w swych przemówieniach generał Zarako-Zarakowski, oskarżyciel w procesach akowców i innych ludzi skazywanych wtedy na śmierć. Identycznie to samo powtarza dziś pułkownik Humer, jak również jego koledzy” (A. Osęka, Zabawa z cieniem, „Gazeta Wyborcza” z 7 stycznia 1995 r.).
Jak wytłumaczyć tak usłużną gotowość do fałszowania historii, wykazaną przez jednego z najbardziej utalentowanych polskich reżyserów Jerzego Kawalerowicza, który później w latach 1966-1978 pełnił nawet funkcję prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich, a od 1978 roku jego honorowego prezesa? Jak ocenić tych polskich krytyków, którzy zadecydowali jeszcze w 1956 roku (!) o przyznaniu tak zakłamanemu filmowi Kawalerowicza Nagrody Krytyki Filmowej? Nic nie tłumaczy, dlaczego niektórzy dzisiejsi reżyserzy polscy wysługiwali się kłamstwu nawet wtedy, gdy stalinizm zaczął się „sypać” po śmierci Stalina. Wysługiwali się po antykomunistycznym powstaniu w NRD w czerwcu 1953 roku, po zamieszkach w Pilznie w Czechosłowacji w 1953 roku, po „rewelacjach” Światły. Przecież tak kłamliwe dzieło jak „Pokolenie” Wajdy powstało w 1955 roku, a „Cień” Kawalerowicza rok później – w 1956 roku (!).
Wysługujące się komunizmowi „autorytety” nie mogą się tłumaczyć swoją młodzieńczą „niewiedzą” o istocie reżimu. Bardzo szybko po wojnie każdy mógł się przekonać, że narzucono nam system rusyfikacji i sowietyzacji, zwalczający na każdym kroku patriotyzm i najpiękniejsze tradycje narodowe. Jakże wymowne pod tym względem są zapiski w „Dziennikach powojennych” najwybitniejszej ówczesnej polskiej pisarki Marii Dąbrowskiej. Już pod datą 6 listopada 1948 roku Dąbrowska zapisała: „Polska jest sowietyzowana, a nade wszystko – rusyfikowana w takim tempie, że nawet ja, co nie miałam złudzeń i wszystkiego tego się spodziewałam, jestem przerażona. Radio od rana do nocy zieje moskiewszczyzną. (…) Polska znikła. Mówi się tylko o Rosji (…) coraz wyraźniej widać, że idzie o to, żeby splugawić Polakom wszystko, co polskie. Nawet Rejtan nie byłby dziś możliwy. Nie pozwolono by mu odjechać do domu po jego zrozpaczonym proteście – zrobiono by z nim proces pokazowy z przyznaniem się do szpiegostwa.
Od Niemców groziła Polsce zagłada biologiczna, od Moskali – stokroć straszniejsza – duchowa i moralna (…)”.
Ponad rok później, 27 listopada 1949 roku, Dąbrowska zapisała: „W nocy nie śpię do czwartej – histeryzuję na temat Polski. Niemcy walili obuchem w łeb, lecz o ile obuch nie trafił, człowiek żył, choć pod ziemią, wolny i piękny. Rosja działa jak żrący kwas, przetrawiający duszę narodu i zmieniający jej organiczny skład w amalgamat nie do poznania i w dodatku cuchnący”.
Jakże przepastna jest różnica między tym demaskatorskim świadectwem Dąbrowskiej o epoce stalinowskiego zniewolenia a różnymi wybielaczami historii tzw. Polski Ludowej, od zakłamanych historyków w stylu Krystyny Kerstenowej począwszy, po Michnika i jego podwładnych z „Gazety Wyborczej” (vide dawne propeerelowskie brechty Michała Cichego) i dobrane grono postkomunistycznej „Polityki”. Nie mówiąc o prawdziwym skandalu wydawniczym w zakresie laurkowego klajstrowania prawdy o PRL, książce Jacka Kuronia i Jacka Żakowskiego „PRL dla początkujących” (Wrocław 1996).

Gromiciele polskiej „bohaterszczyzny”
Zmiany w październiku 1956 r. przyniosły zahamowanie akcji systematycznej sowietyzacji i rusyfikacji Polski, skrajnego fałszowania i pomniejszania narodowej historii. Były jednak zbyt połowiczne, by umożliwić prawdziwie głęboką rehabilitację poniewieranych dotąd części tradycji narodowej. Decydujące znaczenie miał tu fakt, że na czołowych stanowiskach w partii komunistycznej i w administracji państwowej utrzymała się ogromna część dawnej stalinowskiej antynarodowej nomenklatury. Wykorzystując straszak antysemityzmu, umiejętnie zablokowała ona możliwość rozliczenia się z realizowaną w Polsce odmianą stalinizmu (por. szerzej: W. Jedlicki, Chamy i Żydy, paryska „Kultura” 1962, nr 12). Głosiciele tez o „niebywale przełomowych” zmianach w październiku 1956 r. dziwnie milczą o tym, w jak wielkim stopniu popaździernikowe rządy w Polsce były sprawowane przez dawnych skompromitowanych stalinowców, w większości jak najdalszych od jakiegokolwiek zrozumienia dla polskiego patriotyzmu i polskości. Milczą o tym, jak dalej forowano całą prosowiecką Targowicę, usuwając w cień ludzi prawdziwie patriotycznych, degradując ich i szykanując. Dziesiątki tysięcy ludzi z AK nadal nie mogło znaleźć pracy odpowiadającej ich zdolnościom, a wielu wcześniej represjonowanych ciągle szykanowano. Jakże smutnie wymowny pod tym względem był na przykład los Elżbiety Zawackiej „Zo”, zrzuconej w 1943 roku w Polsce jako jedynej kobiety cichociemnej, dwukrotnie odznaczonej Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari. Więziona w latach 1951-1955, po 1956 roku długo pozostawała bez środków do życia. W końcu po ogromnych zabiegach otrzymała pracę w toruńskim liceum korespondencyjnym. Nawet po zrobieniu doktoratu w 1965 r. (!) uniemożliwiono jej objęcie funkcji dyrektora liceum (por. Z cichociemną inaczej… Rozmowa G. Górskiego z doc. E. Zawacką „Zo”, „cichociemną”, „Ład”, 3 lipca 1988). W tym czasie władze okazywały się nader miłościwe wobec dawnych stalinowskich katów. Nawet najsroższym ubeckim mordercom typu Różańskiego czy Fejgina, więzionym skądinąd w wielce komfortowych warunkach, wydatnie skrócono wyroki, tak że mogli wyjść z więzień w początkach lat sześćdziesiątych. Równocześnie zaś wcale nierzadkie były przypadki, przez dziesięciolecia przemilczane w prasie, że skazani w czasach stalinowskich za swą wierność Polsce akowcy byli dalej przetrzymywani w więzieniach w latach sześćdziesiątych (!). Siedzieli w więzieniach dłużej niż najgorsi mordercy z bezpieki. By przypomnieć choćby los kapitana z wileńskiej AK Adama Boryczki „Tońki”, kawalera Orderu Virtuti Militari V klasy, więzionego aż do 29 listopada 1967 roku! Boryczka dwukrotnie podjął w proteście w więzieniu głodówkę w 1966 roku (por. A. Wernic, Kapitan Boryczka „Tońko”, „Ład” 1989, nr 6). Jakże oskarżycielski jest wobec gomułkowskiej Polski fakt tak długiego więzienia najlepszych polskich patriotów. Robiono to w tajemnicy przed polską opinią publiczną, której wmówiono, że wszyscy więźniowie zostali jakoby wypuszczeni w 1956 roku.
Po 1956 roku przyszedł czas na nowe, dużo bardziej wyrafinowane formy zwalczania polskiego patriotyzmu i polskości. Ich głównym celem stały się koncentryczne ataki na polskie powstania narodowe i „bohaterszczyznę”, „bezmyślne rzucania się” Polaków do nierównej walki etc. Kampaniom antypowstańczym sprzyjała przygnębiająca atmosfera po krwawym stłumieniu powstania węgierskiego 1956 roku. Działania dla zohydzania tradycji powstańczych jako niebezpiecznej „bohaterszczyzny” wyrażały generalną linię władz PRL po 1956 roku, stosujących się do głośnego zalecenia W. Gomułki: „Tylko spokój może nas uratować!”. Poprzez ośmieszanie rzekomych powstańczych „szaleństw” dawnych Polaków chciano zniechęcić współczesnych młodych ludzi do pójścia kiedykolwiek ich śladem i buntowania się przeciw PRL. Aby nie zrobili nowego Poznania czy Budapesztu. Tym donośniej próbowano więc ich zachęcić do potulnego ulegania wzorcom „naszej małej stabilizacji”. Oparto je na zasadzie cynicznego pogodzenia się z sytuacją w myśl popularnego powiedzenia: „Czy w odwilży, czy w zamieci, ja nie mówię, bo mam dzieci”. „Mała stabilizacja, wielka kapitulacja” – pisał z oskarżycielską ironią przebywający na emigracji poeta Kazimierz Wierzyński.
W atakach na tradycje polskich walk niepodległościowych nierzadko uciekano się do najhaniebniejszych insynuacji. By przypomnieć choćby wybryk znanego publicysty Wiesława Górnickiego, majora Górnickiego w stanie wojennym, jednego z najbardziej skompromitowanych pretorianów generała Jaruzelskiego. Odpowiednio „wsławił się” on już w 1959 roku, publikując na łamach tygodnika „Świat” haniebny tekst szkalujący pamięć księcia Józefa Poniatowskiego. Pisał tam o „niejakim Poniatowskim, bawidamku i oczajduszy, który prawdopodobnie po pijanemu utopił się w Elsterze, wydając przy tym kabotyńskie okrzyki” (por. W. Górnicki, Czasy inżynierów, „Świat” 1959, nr 14). Tak komentował Górnicki ostatnie słowa ks. Józefa: „Bóg mi powierzył honor Polaków!”. Przypomnijmy, że tak obelżywie potraktowany przez Górnickiego książę Józef jest wysławiany za swe bohaterstwo i talenty nie tylko w Polsce, ale i we Francji (por. np. pisany w samych superlatywach biogram księcia Poniatowskiego w encyklopedycznym Dictionaire de la Revolution et de l’Empire B. Melchiora-Bonneta, Librairie Larousse, Paris 1965, s. 252). Górnicki przeprosił po latach za swój wybryk, ale podobnych przykładów szkalowania wielkich postaci było aż nadto wiele w publicystyce lat 60. Dość przypomnieć choćby rozliczne teksty Krzysztofa Teodora Toeplitza i Zygmunta Kałużyńskiego (por. moje uwagi w książce: Zagrożenia dla Polski i polskości, Warszawa 1998, t. I, s. 58-61).

Polska szkoła filmowa w ataku na polską historię
Największe szkody w atakach na polskie powstania i tradycje narodowe wyrządzili reżyserzy tzw. polskiej szkoły filmowej, pokazując w skrajnie krzywym zwierciadle polski wysiłek zbrojny i w ogóle całą polską historię ostatnich paru stuleci. W ataku na polskie tradycje narodowe, polskość i tak zwaną bohaterszczyznę wyraźnie przodował Andrzej Wajda, który tej tematyce poświęcił gros swoich filmów z lat 1957-1970 („Kanał”, „Popiół i diament”, „Lotną”, „Samsona”, „Popioły” i „Krajobraz po bitwie”). Do tego dochodziły deheroizujące filmy Andrzeja Munka („Eroica” i „Zezowate szczęście”) oraz liczne filmy podrzędniejszych reżyserów, ślepo idących za lansowaną oficjalnie modą na atakowanie narodowej historii. Wiedzieli, że hołdując tym trendom, będą mogli zawsze liczyć na hojne dofinansowanie ze strony komunistycznych władz kinematografii i na wylewne pochwały ze strony „internacjonalistycznej” krytyki filmowej. Taki cel uświęcał środki, prowadził do bezceremonialnego obchodzenia się z faktami. Andrzej Wajda, ośmieszając jako wyraz skrajnej polskiej głupoty w „Lotnej” szarżę polskich ułanów na czołgi, ani przez chwilę nie troszczył się o taki „drobiazg”, iż w rzeczywistości nigdy nie doszło do takiej rzekomej polskiej szarży. Ani o to, że powielał w ten sposób tylko fałsze dawnej propagandy hitlerowskiej, próbującej banialukami o rzekomej szarży ośmieszyć polski opór na świecie. Nawet tak chłodno i sceptycznie patrzący na polską historię Stefan Kisielewski z oburzeniem zareagował na świadome deformowanie polskiej historii przez Wajdę w „Lotnej”. Zapisał w swych „Dziennikach”: „W kinie widziałem po raz pierwszy ‚Lotną’ Wajdy. To ostatnie oburzyło mnie okropnie, choćby jako żołnierza Kampanii Wrześniowej. Jak można było na tle narodowego dramatu wykoncypować tak niesmaczna bzdurę (…). To już tajemnica tego reżysera (Wajdy), który nie wiedząc o tym, lubuje się w karykaturowaniu polskości” (S. Kisielewski, Dzienniki, Warszawa 1996, s. 311).
Przeciwnicy polskiego patriotyzmu z tym większą werwą chwalili Wajdę właśnie za ośmieszanie i „karykaturowanie polskości”. Zygmunt Kałużyński perorował w 1963 roku: „Film polski (…) zabrał się do obdzierania ze skóry głównego mitu narodowego o patriotycznym poświęceniu. Film nasz zachował się tutaj wyjątkowo bezkompromisowo, brutalnie i nawet nie bez masochistycznego nihilizmu. W ‚Kanale’ wszyscy co do jednego ginęli głupio i bez potrzeby”. Ze szczególną satysfakcją zareagował na filmy Wajdy i inne odbrązawiające historię dzieła polskiej szkoły filmowej Krzysztof Teodor Toeplitz, od dawna mnożący wyzwiska pod adresem polskiego „ślepo-głupiego patriotyzmu”. W książce „Seans mitologiczny” (Warszawa 1961, s. 132, 135) pisał, komentując obraz Polaka wyłaniający się z filmów rozprawiających się z polską historią: „Polak został odbrązowiony. Na miejsce postaci patetycznej, zmagającej się ze złowrogim Losem w imię wyższych imperatywów, pojawiła się postać komiczna i godna szyderczej wzgardy – półgłówek, zamiłowany w patetycznych gestach, nie dorastający do wymogów historii, bezmyślny, czasem nawet nikczemny. (…) Narodowi czyni się wyrzut: jesteście głupi, wasze poczynania są śmieszne, wasze bohaterstwo nikomu niepotrzebne, wasze fetysze, morały i świętości są grą operetkowych gestów i farsowych gagów”.
Szkody wyrządzone narodowej samowiedzy Polaków przez głośne filmy polskiej szkoły filmowej były tym większe, iż częstokroć były to filmy dobre artystycznie. Ułatwiało to bezkrytyczne zauroczenie widzów i niepostrzeżone uleganie ich przesłaniu, częstokroć bardzo sprzecznemu z prawdziwą pamięcią wydarzeń, jaką dotąd w sobie nosili i pielęgnowali. Urzeczenie artystyczne na ogół powodowało jednak przymykanie oczu na kryjące się np. w „Popiele i diamencie” wyjątkowo wyrafinowane zafałszowanie obrazu antykomunistycznego podziemia niepodległościowego (wraz z końcową sceną, gdy Wajda każe umrzeć Maćkowi Chełmickiemu na śmietniku – symboliczny los przeciwników władzy ludowej). Film szedł tu zresztą w ślad za swym kłamliwym pierwowzorem – książką Jerzego Andrzejewskiego o tym samym tytule.
Dzięki filmom polskiej szkoły filmowej utrwalała się wizja akowców jako wprawdzie dzielnych, ale raczej głupich chłopców, reprezentujących anachroniczny model patriotyzmu, którego należałoby się jak ognia „wystrzegać” (por. uwagi Wandy Zwinogrodzkiej w jej znakomitym szkicu: Spopielony diament: nieprawy mit, „Dialog” 1996, nr 5-6, s. 138-147). Zwinogrodzka oskarżyła wręcz polską szkołę o bardzo znaczącą rolę w doprowadzeniu do obumarcia najpiękniejszej tradycji najnowszych dziejów Polski poprzez liczne filmy atakujące i ośmieszające heroiczne tradycje Polskiego Państwa Podziemnego.
Jeszcze większe, wręcz trudne do ocenienia szkody przyniosły filmy polskiej szkoły filmowej obrazowi historii Polski za granicą. Filmy te bardzo pomogły w kształtowaniu „czarnej legendy” naszych dziejów. Odwołam się tu choćby do moich własnych wrażeń z lektury tekstów publikowanych na temat filmów Wajdy w publikacjach węgierskich lat 60. Czytałem je z prawdziwym smutkiem i przerażeniem – niemal wszystkie roiły się od skrajnych antypolskich uogólnień. Oto parę wymownych przykładów. Z recenzji Istvána Csika o filmie „Samson” Wajdy, piętnującego antysemityzm w Polsce na przykładzie losu Żyda Jakuba: „Tragedia Jakuba nie zaczęła się od wybuchu wojny, jego los był już dawno przesądzony. Nacjonalistyczna półfaszystowska Polska równie mocno groziła jego egzystencji, tylko jej metody były bardziej początkujące. (…) Niemcy tylko kontynuowali podstępnie nieludzkie dzieło swych polskich poprzedników, doprowadzili do urzeczywistnienia ich marzeń z otwartym okrucieństwem” (wg recenzji w czasopiśmie „Film, Szinhaz, Muzsika” z 2 listopada 1962 roku).
Z recenzji Istvána Nemeskurtiego (od 1972 roku jednego z szefów węgierskiej kinematografii) na temat „Lotnej” Wajdy: „Film ten, na przekór mylnym interpretacjom, nie jest niczym innym niż dowodem daremności i bezmyślności polskiej nacjonalistycznej pychy. Historia wypowiedziała swój wyrok nad tym nacjonalizmem. Jest tylko rzeczą tragiczną, że wykonanie wyroku powierzyła niemieckiej armii” (z książki Nemeskurtiego wydanej w 1966 roku, por. inne podobne węgierskie recenzje w książce: J.R. Nowak, Myśli o Polsce i Polakach, Katowice 1994, s. 310-312).
Jeśli tego typu uogólnienia wypowiadano w prasie po obejrzeniu filmów Wajdy na Węgrzech, w kraju „bratanków”, tym bardziej można sobie wyobrazić, jakie refleksje na nasz temat budziły te filmy wśród dużo mniej znających nas ludzi z krajów Zachodu. Może wreszcie ktoś pokusi się o dokładną analizę wpływu recepcji filmów Wajdy na ogląd historii Polski w oczach ludzi Zachodu.

www.naszdziennik.pl

Reklamy

Komentarzy 12 to “Jak walczono z polskością”

  1. liszka Teresa said

    dlarego byłam w dużej rozterce przez całą sskołę średnią.Prawdziwą historię Polski znam z przekazów mojego Ojca,który opowiedział mi i o Generale Rozwadowskim i o żołnierzach AK i o Katyniu.posądzałam Go o grubą nieprawdę.Miałamam wręcz zakazane uczyć się tych bzdur historycznych.Tę wiedzę od Taty przekazałam swoim wnuczkom ale wcale nie są tym zainteresowane,jednak myślę,że w w pamięci coś im z tego zostanie.Oby.Dlaczego do tej pory nie ma prawdziwej historii Polski?Dla mego śp Taty było;Bóg,honor i Ojczyzna a ja naiwna pytałam no i gdzie Twoja Ojczyzna jeżeli stamtą wyrzucili Ciebie z rodziną,do tej pory przepraszam Go za te straszne słowa.Pozdrawiam.

  2. jurek_K said

    Takie pytanie do Wszystkich (moze troche nie w temacie):

    – Jak sie Wam wydaje, czy jest mozliwe ze poczynajac od 1993 wybory (prezydenckie, centralne, lokalne) w Polsce byly falszowane ?

    Ja osobiscie uwazam, ze nie. To na podstawie roznych „ogolnych” spostrzezen. Chcialbym jednak poznac opinie innych.

  3. Bolek said

    ad.2

    Ostatnie wybory do PE mogły być
    sfałszowane co najmniej w kilku
    przypadkach, w których musieli przejść
    jedynie słuszni kandydaci.
    Natomiast wcześniejsze, gdy naród
    wybierał między dżumą, a cholerą,
    to raczej nie.
    Co do walki z polskością, to jest ona
    dalej prowadzona jak w najlepszych latach stalinowskich. Stanowiska
    w tzw. kulturze i oświacie, administracji, wymiarze
    „sprawiedliwości” itd. są zdominowane
    przez „unych”, którzy nie dopuszczają
    Polaków do pełnienia ważnych funkcji.
    Teraz kolejny miot tego tałatajstwa
    wchodzi na rynek pracy i natychmiast
    jest awansowany w odróżnieniu
    od przedstawicieli tubylczej gawiedzi,
    której miejsce wyznaczyli „starsi
    i mądrzejsi”.

  4. i-adamczak said

    #2
    Jest możliwe fałszowanie wyborów i prawdopodobnie to robią. Najłatwiej na poziomie komputerowego przetwarzania danych. Coś wkładasz, co innego wychodzi. Programy użyte do przetwarzania danych winny być ogólnodostępne i jawne a materialne dowody głosowania również winny być ogólnodostępne i przechowywane co najmniej do następnych wyborów.
    Jako przykład, że coś chachmecą: protokoły z referendum z 2004r.- anschluss do Jewropy- na mocy uchwały sejmowej były przechowywane tylko 30 dni.

  5. Julka said

    Też uważam, że jest to jak najbardziej możliwe. Daleko nie trzeba szukać-ostatnie wybory do sejmu, gdzie w telewizorze przewodniczący państwowej komisji wyborczej wił się jak piskorz, bo rzekomo kart do głosowania zabrakło gdzieś tam/?/, a przecież wszystkie mają być przygotowane wg ilości uprawnionych, opieczętowane. Było już póżno, bo przed zakończeniem głosowania, więc prawdopodobnie były ale wypełnione. A elektorat tuskowy żwawo podążający w ostatniej chwili do urny miał już głosy oddane. Komisje wyborcze nie ogłaszają protestów z powodu nieprawidłowych kart do głosowania-nagminny brak pieczęci. Dziadowskie merdia też tego nie nagłaśniają, bo wiadomo, że chronią oszustów. Bardzo wielu głosujących, przeważnie większość nie zwraca uwagi na takie niuanse. Nie należy mieć zaufania do bandy, która poczynając od napisanej i przyjętej dla oszustw ordynacji wyborczej, która nijak nie ma się do istoty demokracji, poprzez wybiórcze kampanie wyborcze oraz tzw.komisje wyborcze tj.”naszych ludzi” mimo formalnie różnego przyporządkowania partyjnego, i tak postawi tych, co się planuje według „naszych” sondażowni. Polacy jako naród są pod okupacją aparatczyków i agentów oszustów, którzy przejęli ich majątek, a obecnie rządzą w interesie własnym oraz w obcych interesach i ze szkodą dla nas i naszej ojczyzny.

  6. Ryziel said

    Ufundowałbym nagrodę Nobla temu kto wsadził do konstytucji Stolcmana Ordynacja proporcjonalna.Głosujesz na Wojtka wybrany jest Antek.Poseł ma wyborcę w d….e Wysoką nagrodę temu co wymyślił aby Prezydentów miast wybierać w powszechnych wyborach.Tworzy się klika rządząca przez kilka lat.Radni są bezradni.Podziwiam Żydów oni to mają łeb

  7. Guła said

    Może dlatego że odsłonięty?

  8. Lubomir said

    Niewymienialne mafie?. Tak mniej więcej określa się odwiecznego bossa centralnej komisji wyborczej – Ferdynanda Rymarza i wodzów totalizatora sportowego w Polsce. W teatralnych groteskach upadają systemy i polityczne dynastie a ci wciąż dzierżą ‚swoje folwarki’. Nic dziwnego, że przy takim zwapnieniu nie ma szans ani na społeczny awans, ani na wysoką wygraną.

  9. brudzio said

    wiem od siostry, ze podczas liczenia glosow w komisjach, formularze z glosami niepozadanymi byly recznie „poprawiane” aby przestaly byc jednoznaczne i jako takie zostawaly uniewazniane

  10. Samuraj said

    @Ryziel

    Rzekles – Głosujesz na Wojtka wybrany jest Antek.

    Co zrobic aby Antka wyeliminowac? Trzeba mu urznac leb i jego krewnym. Nastepny bedzie sie bal. Bez tego une zawsze bedac robic Polakom na glowe.
    Z innymi wrogami Polski i Polakow trzeba zrobic to samo – jednego po drugim indywidualnie tak jak une zrobily to z polskimi oficerami w Katyniu, Miednoje, etc. Jak poleci pare lbow to reszta sie moze sie nawroci – jak nie to trzeba bedzie kontynuowac te „prace uswiadamiajaca”.

  11. Mars said

    Towarzyszko,Liszko ,nie przepraszaj,idź raczej „w ramach pokuty” – do Czestochowy. NA KOLANACH!!!

  12. krakus said

    Z wynikami wyborów będzie podobnie jak z sondażami.Jedno wielkie
    kłamstwo do kupy z oszustwem.Wszystkie lokale wyborcze,komisje wojewódzkie do głownej komisji włącznie zostaną obsadzone przez P.O.
    a F.Rymarz „odpowiednio” zredaguje komunikat,który zapewne znowu się
    opóżni.A tak wogóle to „ciekawa” postać ten Ferdynand Rymarz tyle
    lat na stanowisku przewodniczacego komisji wybor.

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: