Wirtualna Polonia

“-Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i ojczyźnie podnieśliśmy głowy.”

Andrzej Kumor: Volksdeutsche czwartej grupy

Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2010-11-06

Butwienie zdrowego rozsądku i kompleks niższości obecne wciąż u tzw. wykształconego Polaka są kluczem do rozumienia naszego kraju. 
 Jednym z elementów charakterystycznych polskich elit (w najszerzej pojętym znaczeniu) jest nielubienie polskości; nieszanowanie polskiej tradycji, nielubienie polskiego sąsiada,  pogarda dla polskiego chłopa, ergo: nielubienie siebie samego – niskie poczucie własnej wartości.
 Jest to zjawisko typowe nie tylko dla Polski, ale dla wszystkich krajów pobitych; jest nie tyle rezultatem  systemu komunistycznego, w którym Polska była przez 40 lat zatopiona, co braku niepodległości; co przekonania o zacofaniu i poczucia klęski.
 By dany kraj mógł normalnie jako państwo funkcjonować, jego elity muszą widzieć wartość w jego kulturze i tradycji.
 Kiedyś w PRL-u śmialiśmy się z rusko/sowieckiej megalomanii, która kazała Rosjanom czy ludziom sowieckim przypisywać sobie wszystkie odkrycia geograficzne, naukowe oraz pierwszeństwo we wszystkim, czego tylko dotknęli. 
 Było to może żenujące, może śmieszne, ale w kilku pokoleniach Rosjan zaszczepiło przekonanie o wielkości swego narodu. Ta szczepionka, pomimo upadku sowieckiego truchła, uodporniła ich na dołujące kompleksy i do dzisiaj pozwala  działać z rozmachem, bez oglądania się na innych.
 U Polaków rozmach działania widać tylko u nielicznych tych, którzy zdołali zrzucić niewolniczy garb.
 W społeczeństwach pobitych, pobicie domaga się racjonalizacji  – jeśli zniewolenie  trwa za długo, zaczynamy winić siebie i wierzyć we własną słabość. Droga do osobistego sukcesu i wyzwolenia wydaje się wówczas polegać na pozbyciu się tego balastu – wyrzucenia cierpiętniczej Polski klęsk za okno szybko jadącego pociągu własnego życia. 
 Tak właśnie uczynił kiedyś premier obecnego polskiego rządu Donald Tusk, który w odpowiedzi na ankietę tygodnika „Znak” w 1987 roku wprost pisał : Jak wyzwolić się z tych stereotypów, które towarzyszą nam niemal od urodzenia, wzmacniane literaturą, historią, powszechnymi resentymentami? Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych urojeń? Polskość to nienormalność – takie skojarzenie nasuwa mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze, wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać… Piękniejsza od Polski jest ucieczka od Polski – tej ziemi konkretnej, przegranej, brudnej i biednej. I dlatego tak często nas ogłupia, zaślepia, prowadzi w krainę mitu. Sama jest mitem!
 Wrogowie troszczą się na co dzień, by to przekonanie w polskiej elicie nie zgasło.  O ile więc silne narody  kształcą własną elitę w przekonaniu o swej wartości i wielkości, o tyle tym podbitym funduje się wspominki zaprzeszłych zwycięstw lub cierpiętnicze rozpamiętywanie klęsk. To zapobiega wychowywaniu elity z prawdziwego zdarzenia –  takiej, która nie tylko zdolna jest gardłować przy piwie – lecz tej działającej,  broniącej  interesów narodowych, organizującej, produkującej, walczącej zbrojnie gdy trzeba; kiedy ktoś chce nałożyć ekonomiczne czy polityczne kajdany.
 Gdy pobicie trwa długo – kilka pokoleń elit ulega demoralizacji. Podobnie jak niszczy człowieka wiszenie u cudzej klamki, tak wyniszcza go polityczna niemoc; kaftan, w którym nie musi podejmować istotnych decyzji i brać odpowiedzialności.
 Polska była w niewoli. Kilka pokoleń Polaków uczono, że gdy nie pytają, „czy im wolno?”, dostaną po łapach. Zniszczono instytucjonalne tradycje wolności. A na dodatek, ludzie administrujący polskim obszarem mieli często z Polską mało wspólnego i gardzili Polakami.
 Dla młodych, prężnych chcących działać, Polska skojarzona została z klęską, zacofaniem, nienormalnością. Ludzie tacy, niczym Volksdeutsche czwartej grupy, chętnie wstydliwie własną polskość chowają do kuferka, byle tylko móc się skumplować z bogatszymi, odnoszącymi sukcesy przedstawicielami innych nacji, oferującymi pole do popisu.
 Polskie nielubienie siebie to powód, dla którego dzisiaj tak łatwo można Polaka sprostytuować; wybić mu z głowy sen o Polsce, oferując  „realne geopolitycznie” możliwości pracy i udział w cudzym sukcesie. 
 A więc nie dość, że byliśmy bici i gwałceni, to jeszcze po tzw. odzyskaniu niepodległości tych wychylających głowę ponad powierzchnię bajora okupacji, zadeptały nasze własne „autorytety”, wytykając zacofanie, nieokrzesanie fanatyzm i co tam jeszcze się przykleiło.
 Państwa rodzą się, podnoszą ku świetności i umierają. Polska jako państwo zginęła umarła dawno temu, żyła jednak jej wielka idea, żył duch Polski. Tę nadzieję celowo  tłamsili przez minione 20 lat ludzie, którzy choć mówią po polsku,  boją się Polaków.
 Nigdzie nie jest napisane, że Polska musi trwać. Nie musi. Polska to wola Polaków, jeśli Polska Polakom  nie jest potrzebna, pozostanie po niej jedynie lokalny koloryt, gdzieś na pograniczu starcia interesów  Rosji i Niemiec.
 Jeśli nie zdołamy się na nowo polubić, możemy  już dzisiaj zacząć myśleć o Volksliście. Polen kaputt.
 Andrzej Kumor, Mississauga

Reklamy

komentarzy 21 to “Andrzej Kumor: Volksdeutsche czwartej grupy”

  1. WP. said

    Goebelsowskie kłamstwa Platformy – Kłamstwo goebelsowskie to kategoria semantyczna ostatnimi czasy mocno nadużywana. Można wręcz odnieść wrażenie, że stare antyczne związki frazeologiczne typu „Syzyfowe prace” czy „Pięta Achillesa” zostały na dobre wyparte z języka polskiego na rzecz zestawienia wyrazów w którym minister propagandy III Rzeszy odgrywa pierwszorzędną rolę. Jednak są zjawiska w polityce, które jak ulał pasują do tego określenia, dlatego też świadom wtórności spostrzeżeń spróbuję się odnieść do głównego hasła kampanii rządzącej partii „Z dala od polityki”. Adekwatność porównania. Istotą filozofii dr Goebelsa było powiedzenie, że „Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą”. Lekturą biografii późniejszego samobójcy chełpił się niegdyś Andrzej Lepper, Donald Tusk wówczas skromnie przyznawał jedynie, że czytywał ją jako student historii Uniwersytetu Gdańskiego. Niemniej jego sztab medialny chyba wpisuje sobie ją na facebooku w kategorii: Ulubione książki. I nie przekona świadomego wyborcy dobrotliwa twarz premiera spoglądająca z bilboardu i zapewnienia, że chodzi o drogi, boiska, przedszkola. To nie jest tak, że żyjemy w świecie w którym rządzący przestali zajmować się sobą, a doszli do wniosku, że warto byłoby zrobić dobrze wyborcom. Tusk poza przecinaniem wstęg zajmuje się zapewnieniami, że marszałek Sejmu, z którym jest w konflikcie jest rzeczywiście drugą osobą w Platformie (bo że jest w Państwie to wynika z konstytucji). Na wezwanie prezydenta jednego z miast od obowiązków rządowych odrywa się cała świta premiera i jedzie na pomoc kandydatowi, który może przebimbać wybory. Wreszcie polityka kadrowa Platformy nie jest nakierowana na szukanie ekspertów (przynajmniej w swoich resortach, bo PSL jaki jest każdy widzi), lecz na spełnianie ambicji powiatowych działaczy. Tusk naoglądał się „Ekipy”. Jakiś czas temu telewizja Polsat emitowała serial political-fiction „Ekipa”. Premierem był tam niejaki profesor Konstanty Turski z pewnej zamojskiej uczelni, którego Agnieszka Holland wykreowała na Mr Perfect. I można odnieść wrażenie, że wizerunek, a nawet język serialowego Turskiego wyraźnie oddziałują na retorykę polityków PO. Turski zwykł mówić o budowaniu, zgodzie narodowej, opozycja w serialu jawiła się jako polityczni geszefciarze, a sam premier jako spełnienie marzeń milionów Polaków. Zresztą w jednym z odcinków Turski próbował forsować wbrew interesom własnej partii (łudząco podobnej programowo do PO) program odpartyjnienia samorządów. Tusk tego wyzwania nie podejmuje, bo doskonale wie, że kluczem do sprawnej organizacyjnie, licznej, lojalnej i skutecznej partii potrzebuje osób, które nie muszą przejmować się zabezpieczeniem socjalnym. To zapewniają samorządy, które są ogromnym pracodawcą. Podsumowując nie chodzi o boiska, szkoły, place, kulturę – one się dzieją niejako przy okazji. Celem samym w sobie staje się utrzymanie miejsc pracy w zakładach pracy chronionej dla tysięcy zawodowych dyrektorów, których kwalifikacje mogłyby okazać się niewystarczające bez politycznej protekcji. Pamiętajmy o tym gdy będziemy chcieli wybierać „Z dala od polityki”.

  2. WP. said

    „Fakt smoleński” jako produkt dezinformacji – Free Your Mind polis
    Ktoś stwierdził kiedyś, że nie ma „nagich faktów”, czyli takich zdarzeń, do których można dotrzeć bez pośrednictwa jakiejś teorii. F. Nietzsche zaś miał kiedyś powiedzieć, że w ogóle nie ma faktów, są tylko interpretacje. Te spostrzeżenia (abstrahując tu od ich prawdziwości) można z powodzeniem przenieść do świata neokomunistycznych środków masowego przekazu. W przypadku rosyjskich i (usłużnych wobec nich) polskojęzycznych mediów można rzec nawet tak: faktem jest tylko to, o czym mówią te środki masowego przekazu. Tak więc to, o czym one nie mówią – nie istnieje. Idąc dalej tym tropem można dodać: realnym światem jest wyłącznie to, co przedstawiają te media. To zaś, czego one nie przedstawiają, jest jedynie czyimś urojeniem lub prywatnym wymysłem. Z tego rodzaju filozofią i rutyną obrazowania rzeczywistości mieliśmy i wciąż mamy do czynienia w przypadku medialnych relacji dotyczących tego, co się stało w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 r. w godzinach przedpołudniowych lokalnego czasu. Wydarzenie było bezprecedensowe (nie tylko w historii naszego kraju), zatem, żeby je medialnie zobrazować i wykreować „opinię publiczną” na jego temat, należało od samego początku zastosować precyzyjne procedury dezinformowania. Dla władz rosyjskich (i dla polskich, jak się później okazało, bo przecież bez mrugnięcia okiem przejęły „narrację smoleńską”) sytuacja była o tyle komfortowa, że od pierwszych chwil po katastrofie dysponowały wyłącznością na informacje na jej temat. Tak jak sztab na froncie. W gestii władz rosyjskich pozostało więc ustalenie „faktów”, tj. przekazanie „obrazu świata”.

    Specjalizujący się w teorii dezinformacji V. Volkoff w swym klasycznym już opracowaniu dotyczącym medialnego fałszowania przekazu, pokazuje, w jaki sposób można skutecznie manipulować obrazem jakiegoś rzeczywistego zdarzenia. Jeśli odbiorca nie może osobiście zweryfikować informacji, to podaje się mu fałszywą. Nawet gdyby później trzeba było ją zdementować, to i tak to „w niczym już nie zmieni jej pierwotnego działania” („Dezinformacja oręż wojny”, Warszawa 1991, s. 101). Można też w specjalny sposób dobierać doniesienia, mieszać wieści prawdziwe z nieprawdziwymi, ukierunkowywać komentarze, wypaczać sens podanej informacji, zniekształcać ją itd. Zwracam jednak uwagę na ten „efekt pierwszego wrażenia” związany z niemożliwością sprawdzenia przez odbiorców tego, co się faktycznie wydarzyło i z koniecznością przyjęcia przez nich takiej wersji wydarzeń, jaka jest oficjalnie przekazywana – ponieważ on szczególnie zadziałał 10 kwietnia. Z perspektywy czasu, jaki od tamtej pory upłynął, obraz lansowany przez Rosjan, a udoskonalany przez polskojęzyczne media, stanowił wyjątkowo przemyślaną konstrukcję i był elementem wielkiej dezinformacyjnej kampanii.

    Istota rzeczy w takim manipulowaniu relacjonowaniem jakiegoś zdarzenia i w kreowaniu pewnego „obowiązującego publicznie”, gotowego (tj. niewymagającego weryfikacji) poglądu na to zdarzenie sprowadza się do odpowiedniego ujęcia tego, co zaszło. Spreparowany przez specjalistów, gotowy pogląd zwalnia obywateli z poszukiwań prawdy i w ten sposób „demobilizuje” ich (Volkoff, „Dezinformacja…”, s. 103). Właściwe (z punktu widzenia dezinformatorów) ujęcie pozwala ponadto na konsekwentne uzupełnianie opisu danego zdarzenia „ekspertyzami”, „wyjaśnieniami”, „symulacjami”, „wizualizacjami”, a nawet – co należy też do tradycji manipulowania odbiorcami – „zeznaniami świadków”. Nigdy nie powinniśmy zapomnieć o wysiłku, jaki włożyli sowieciarze, by dowieść – także dzięki „relacjom naocznych świadków” (zebrano ich blisko stu, nomen omen m.in. spośród mieszkańców Smoleńska) – że ludobójstwa katyńskiego dokonali Niemcy, a nie Rosjanie. Tych pierwszych zresztą, jak wiemy, sowieci chcieli w Norymberdze – przy okazji sądzenia ich za inne zbrodnie – także za Katyń skazać. Na szczęście dla nas – nie doszło do tego. Powinniśmy o historii ze „świadkami niemieckiego Katynia” pamiętać również w kontekście „świadków” ze Smoleńska 2010, do których jeszcze wrócę w niniejszym tekście.

    A. Golicyn, W. Suworow, W. Bukowski, A. Besançon i in. napisali tak wiele na temat specjalizowania się służb rosyjskich i podporządkowanych im mediów w zakłamywaniu rzeczywistości (w Polsce mamy analogiczną sytuację – mainstreamowe media są od 21 lat podporządkowane służbom), że właściwie tajemnicą poliszynela jest to, iż kłamstwo w świecie zsowietyzowanym jest „chlebem powszednim”. Jeśli zresztą sięgniemy myślą do czasów poprzedniego reżimu, to oprócz poczucia życia w bydlęcych warunkach, bez trudu możemy odtworzyć sobie charakterystyczny dla tamtych czasów „głód prawdy”, który musieliśmy zaspokajać nasłuchując zachodnich rozgłośni pośród trzasków zagłuszarek lub docierając do wydawnictw bezdebitowych. Czy powinno nas teraz zastanawiać to, że zagłuszarki i dezinformację w niespotykanej wcześniej (tj. za „III RP”) skali uruchomiono w przypadku katastrofy smoleńskiej? Nie powinno, jeżeli od „kontraktowych wyborów”, od „prezydenta Jaruzelskiego” i „premiera Kiszczaka” (to był przecież pierwszy tandem polityczny po „obaleniu komunizmu”, zanim wujek Tadek objął „władzę” jako „pierwszy niekomunistyczny” itd.), a szczególnie od „nocnej zmiany” z czerwca 1992 r., uważnie obserwowaliśmy rekomunizację Polski i ewolucję polskojęzycznych mediów.

    Nawet jednak jeśli mamy już jasną i wyraźną świadomość tego, że transformacja tak naprawdę nie prowadzi od komunizmu do demokracji w stylu republikańskim, lecz po prostu do neokomunizmu (jak to kiedyś określił śp. Z. Herbert), zaś środki masowego przekazu u nas upodabniają się do tych z peerelu lat 70./80. – to warto zdać sobie też sprawę z tego: dlaczego tak się dzieje, że wydarzenie zgoła przełomowe w dziejach Polski (10 kwietnia 2010) zostało poddane tak gigantycznej dezinformacyjnej obróbce. Ta prawda jakoś wciąż się nie przebija do szerszego obiegu w debacie publicznej, więc pozwolę sobie wypowiedzieć ją wprost. Manipulacja i dezinformacja, uporczywe przeinaczanie jakichś zdarzeń czy nawet preparowanie faktów (nie mówiąc o sporządzaniu fałszywych dokumentów, fotografii, filmów na ich temat) są stosowane wtedy, gdy chce się zataić to, co się rzeczywiście wydarzyło. Nikt nie musi kłamać, jeśli nie ma nic do ukrycia. Nikomu nie jest potrzebne fałszowanie danych, jeśli te dane są bezpieczne. Dezinformator nie odwraca uwagi obywateli od czegoś, co nie jest z punktu widzenia dezinformatora zagrożeniem dla panującego reżimu i układu sił. Wreszcie: nie zaciera się śladów, jeśli się nie brało udziału w zbrodni lub jeśli się nie współpracuje ze zbrodniarzem. Albo inaczej, krócej: nie zaciera się śladów, jeśli nie było zbrodni.

    Jak więc, kiedy już doszło do zbrodni, sprawić, by w mediach zatrzeć jej ślady? Przede wszystkim trzeba niezwykle starannie dobrać słowa (opisu i komentarza) oraz obrazy ilustrujące dane zdarzenie. W tradycji komunistycznej nie bez powodu wprowadzano „zapisy” na określone sformułowania – parafrazując bowiem znane stwierdzenie z Ewangelii św. Jana: na początku jest słowo. Jeżeli do opisu i komentowania czegoś użyje się odpowiednio wybranych słów (w interesującej nas sprawie: „wypadek”, „błąd pilota”, „fatalne warunki pogodowe tłumaczące wszystko”, „pośpiech związany z uroczystościami”) – wykreuje się taki a nie inny obraz danego zdarzenia w umysłach adresatów przekazu. Oczywiście najwięcej się trzeba napracować, jeżeli chce się przykryć prawdę o tym, co faktycznie się wydarzyło, ale – jeśli konsekwentnie (jak w złotych latach komunistycznych) unika się pewnych wyrazów (tu „zamach”, „zbrodnia”, „przestępstwo”), a w ich miejsce wstawia się inne, o znaczeniu odpowiednio przekierowującym uwagę odbiorcy, wtedy można liczyć na to, że ów odbiorca zacznie myśleć we właściwy (z punktu widzenia dezinformatora) sposób. Będzie wszak myślał o „faktach medialnych”, czyli o tym, co wypreparowano w środkach przekazu – nie zaś o realnym zdarzeniu. Dla ludzi zawodowo manipulujących świadomością społeczną nie jest istotne to, że odbiorcy zafałszowanego komunikatu przestają myśleć o realnym świecie. Od zawracania sobie głowy realnym światem są przecież dezinformatorzy. Szary obywatel ma czapkować władzy i płacić rekiet jej przedstawicielom – wtedy jest „dojrzały do demokracji”.

    Już 10 kwietnia można było spostrzec, że w polskojęzycznych mediach funkcjonuje „zapis” na określenia „zamach na prezydenta”, „zbrodnia”, „atak terrorystyczny”, „przestępstwo”, „sabotaż”, „eksplozja na pokładzie” itp., ale nawet na tak zgoła niewinne, jak „awaria” czy „blokada sterów” etc. Mijały godziny, a tego rodzaju zwroty się nie pojawiały. Poza jakimikolwiek podejrzeniami była strona rosyjska, smoleńska wieża kontroli lotów i zakłady remontowe w Samarze, w których przez długie miesiące przebywał tupolew. Jakimś nadludzkim zgoła sposobem albo szóstym zmysłem wszyscy mainstreamowi dziennikarze relacjonujący to, co się stało w Smoleńsku, wszyscy mainstreamowi komentatorzy i eksperci (jeszcze zanim zaczęły się dokładniejsze oględziny miejsca katastrofy) wiedzieli, że to był „nieszczęśliwy wypadek”. Śmierć tylu najwyższych urzędników państwowych, wojskowych, znakomitych polityków – nie przesłaniała tego „fachowego” obrazu. Jak wiemy z relacji J. Kaczyńskiego (wywiad z 13 lipca br. dla „Gazety Polskiej”) niedługo po katastrofie usłyszał on z ust R. Sikorskiego kategoryczne zapewnienie, że „to był błąd pilota”. Skoro szefa polskiego MSZ-u nie było na miejscu feralnego 10 kwietnia w godzinach przedpołudniowych, to zapewne musiał zaznać jakiegoś wyjątkowo silnego jasnowidzenia, że uzyskał taką pewność, co do przebiegu zdarzeń. Tego typu iluminacje trafiają się zwykle polskim politykom w trakcie bliskich spotkań pierwszego stopnia z mieszkańcami planety Kreml.

    W cywilizowanym świecie dochodzenia w sprawie katastrof lotniczych trwają długimi miesiącami lub latami i wiążą się ze żmudnymi badaniami szczątków, przesłuchaniami świadków, laboratoryjnymi analizami, przetrząsaniem pobojowiska, odtwarzaniem wraku, szczegółowymi sekcjami zwłok itd., nim ustali się ostateczne przyczyny wydarzeń. Nie ma mowy o jednej wersji wydarzeń, nim nie zostaną zebrane niepodważalne dowody potwierdzające taką właśnie wersję. Ważną rolę w tych dochodzeniach odgrywa oczywiście wolna prasa, która nie tylko patrzy na ręce śledczym, ale i drąży wszystkie okoliczności zdarzenia, szczególnie gdy pojawia się jakiś wątek polityczno-militarny jemu towarzyszący. Tak było np. w przypadku podejrzeń o zestrzelenie samolotów pasażerskich: boeinga 747 (TWA 800) przez marynarkę USA 17 czerwca 1996 czy boeinga 737 (Helios 522) 14 sierpnia 2005 r. przez greckie myśliwce F-16. Tak też było w przypadku faktycznego (omyłkowego) trafienia przez wojska amerykańskie statku powietrznego nad Bagdadem (bez pasażerów, była tylko załoga) 22 listopada 2003 r. Pilotom, nawiasem mówiąc, udało się awaryjnie wylądować z płonącym skrzydłem.

    W przypadku tak bezprecedensowej katastrofy, jak ta z 10 kwietnia (która przecież nie dotknęła „zwykłego” pasażerskiego samolotu, lecz elitarną państwową delegację) należało bezwzględnie wstrzymać się z jakimikolwiek pospiesznymi czy pochopnymi ustaleniami przebiegu tego, co się stało. Należało dopuszczać wszystkie, nawet „najczarniejsze” scenariusze, tj. te z zamachem na prezydenta i wysokich oficerów polskich sił zbrojnych (spośród których gen. F. Gągor typowany był na nowego szefa wojsk NATO) włącznie. W naszym kraju jednak już na poziomie ministerialno-rządowym przyjmowano bez najmniejszego sprzeciwu ani znaku zapytania wersję z „nieszczęśliwym wypadkiem”. Tym samym kwestia dezinformacji i zacierania śladów automatycznie przenosiła się z poziomu stricte medialnego na polityczny. Pomijam już wszystkie inne skandaliczne działania przedstawicieli rządzącej partii mające charakter „aksamitnego” zamachu stanu (skok na wakaty w przeróżnych instytucjach) oraz „wystąpienia z Paktu Północnoatlantyckiego”, jak choćby to, że nie zwrócono się o profesjonalną pomoc do NATO, mimo że rzecznik Paktu deklarował taką możliwość współpracy z naszym krajem, lecz zdano się całkowicie na działania Rosji – o tym wszystkim bowiem już wielokrotnie w polskiej prasie konserwatywno-niepodległościowej pisano.

    Wnet jednak, tj. gdy tłumy Polaków zaczęły wychodzić na ulice, sternicy świadomości uznali, że sprawy posuwają się w niebezpiecznym kierunku (budzą się „demony patriotyzmu”) i samo zakwalifikowanie zdarzenia do kategorii „wypadków lotniczych” to stanowczo za mało. Należało więc przekreślić nawet tragizm śmierci blisko stuosobowej delegacji. Uczynić to można było zmieniając całkowicie charakter owego „wypadku”. Nie miał to już być nieszczęśliwy ani nawet tragiczny wypadek, lecz wypadek głupi. Tylko bowiem radykalna zmiana sensu wydarzenia z 10 kwietnia mogła uchronić dezinformatorów przed wymknięciem się sytuacji spod kontroli. Gdy Polacy płakali na ulicach i składali hołdy zabitym, to jeszcze było to nieszkodliwe histeryzowanie z punktu widzenia promoskiewskiej władzy. Kiedy jednak zaczęli stawiać coraz odważniejsze pytania, a nawet rzucać oskarżeniami pod adresem gabinetu ciemniaków oraz p.o. prezydenta i jego ludzi (nie mówiąc o dość powszechnych opiniach dotyczących polskojęzycznych mediów), zaczęło się dla władzy i zżytej z nimi środowisk robić bardzo groźnie.

    Wybuch społeczny był właściwie kwestią czasu – należało więc tak pokierować nastrojami, by budzący się gniew został wykorzystany przeciwko samym ofiarom, nie zaś ewentualnym zbrodniarzom (no bo i żadnej zbrodni miało nie być, jak wiemy od funkcjonariuszy Ministerstwa Prawdy). Albo inaczej: trzeba było zbrodniarzy wskazać wśród ofiar. Bez jakiegoś szczególnego śledztwa znaleziono zaraz trzech: prezydenta L. Kaczyńskiego, kapitana A. Protasiuka oraz generała A. Błasika. I jak z rękawa posypały się „komentarze”, „ekspertyzy”, „opinie” i, co naturalne w dezinformacji w takich sytuacjach, głosy spontanicznego „świętego oburzenia” na „szaleństwo” tychże „zbrodniarzy” (tak jak kiedyś oburzano się na „zaplutych karłów reakcji” czy na „leśnych bandytów”). Co więcej, na głosy dotyczące tego, że w warunkach gęstej mgły należało zamknąć lotnisko lub zakazać lądowania, odpowiadano w polskojęzycznych mediach z powagą, że taki zakaz rozwścieczyłby prezydenta i wywołałby skandal międzynarodowy. Jak to szło dalej, doskonale wiemy, gdyż ta historia jeszcze nie dobiegła końca, choć dezinformatorom stopniowo brakuje pary, ponieważ sam gabinet ciemniaków półgębkiem przyznaje, że „współpraca z Rosją” wygląda nieco mniej kolorowo niż zapowiadali.

    Wróćmy jednak do początku, tj. do obrazowania „wypadku”. Sporo powiedzieliśmy sobie na temat werbalnego opisu, ale przecież byłby on propagandowo nieskuteczny, gdyby spece od manipulowania opinią publiczną nie odwoływali się do perswazyjnych ilustracji, czyli do specyficznej infografii. W tym jednak miejscu, tj. na poziomie wizualnego przekazu dotyczącego katastrofy, procedura zacierania śladów – jak już dowiodło wielu blogerów i innych analityków – zaczęła się tymże specom „rozłazić”. O wiele łatwiej jest kłamać, oszukiwać, zwodzić, dezinformować za pomocą języka – o wiele trudniej za pomocą obrazów. Wprawdzie w tradycji sowieckiej bywało przez dziesiątki lat tak, że np. pewni ludzie znikali z pewnych fotografii, tak jak na mapach ZSSR nie było pewnych obiektów, takich jak tajne miasta, wojskowe ośrodki badawcze, fabryki zbrojeniowe itp. Trudno jednak mówić o katastrofie lotniczej stulecia i zupełnie nie pokazać jej na zdjęciach czy w telewizyjnych migawkach – nawet jeśli zaszła na sypiącym się, przypominającym popegeerowską „bazę maszynową”, lotnisku wojskowym w Rosji. Dezinformacja dezinformacją, lecz coś trzeba ludziom pokazać. Co więc pokazano? No właśnie – „to doskonałe pytanie” – jak mawiał nieoceniony dla dezinformacji, legendarny L. Maleszka w jednym ze swych najsłynniejszych wywiadów przytoczonych w filmie „Trzech kumpli”.

    Przetrząsnąłem chyba wszystkie dostępne „smoleńskie” materiały na przeróżnych portalach, prześledziłem najprzeróżniejsze relacje telewizji (nie tylko polskich, ale szczególnie rosyjskich) i mogę z przekonaniem graniczącym z pewnością orzec, że nie pokazano prawie nic – nawet jak na „narrację powypadkową”. Po pierwsze – nie dysponowano żadnym (telewizyjnym, filmowym, amatorskim, fotograficznym) zapisem samego przebiegu katastrofy. Po drugie, prawie nikogo nie dopuszczono do rejestrowania wyglądu miejsca „wypadku”. Do karykaturalnych rozmiarów urosła pseudorelacja montażysty TVP S. Wiśniewskiego, biegającego po błotnym pobojowisku jak błędna owca z hasłem „Ja p…lę – to nasz” wypowiedzianym na widok biało-czerwonej szachownicy na szczątkach samolotu. Tę pseudorelację emitowały do znudzenia wszystkie stacje, a poszczególne jej kadry zamieniły się z czasem w „ikony” całego zdarzenia.

    Sam Wiśniewski później zresztą miał coraz to inną pamięciową wizję tego, co 10 kwietnia na własne oczy miał zobaczyć i na własnej skórze odczuć. Wredni blogerzy –paranoicy dokonali wiwisekcji wszystkiego co (jako jedyny świadek ze strony polskiej, który dotarł na miejsce katastrofy) mówił w swych wywiadach, więc nie będę tych rzeczy powtarzał, zwrócę uwagę jedynie na najważniejsze elementy jego wypowiedzi, które ilustrują ewolucję poglądów tego świadka. Na początku twierdził on: „…chłopaki mnie OMON-owcy chwycili: „do tiurmy pójdziesz!” (…) coś musiałem im powiedzieć, żeby mnie nie zastrzelili, już raz miałem makarowa przy łbie” (relacja na gorąco dla TVP Info – dość szybko zresztą zniknęła z naszych anten telewizyjnych). Parę dni później twierdził już, że: „Rosjanie mnie odciągnęli. Wpadłem w błoto. Pytali, kim jestem (…) Na początku była jedna wielka panika i przerażenie. Oni byli całkowicie zdezorientowani. Chcieli usunąć wszystkich z miejsca katastrofy [?? – przyp. F.Y.M]. Nie doszukiwałbym się tu jakichś podtekstów. Choć na początku było bardzo nieprzyjemnie” (wywiad dla „Rzeczpospolitej” z 13 kwietnia br.). Następnie zaś uznał, że „Katastrofa musiała nimi bardzo wstrząsnąć, byli dla mnie uprzejmi i grzeczni. Nawet żartowali, mówiąc, że pójdę do więzienia i szybko z niego wyjdę. W końcu jednak przyszedł jakiś pułkownik i zaczął mnie wypytywać, skąd jestem, jakim sposobem się tutaj dostałem. (…) Tłumaczyłem, że jestem z polskiej telewizji, a pułkownik miał coraz większe przerażenie w oczach…” (wywiad dla TVP Info z 14 kwietnia) http://www.youtube.com/watch?v=yifz6Se52kE (od min. 2.18)). Nie wypada w tym miejscu pytać o to, co tak wpłynęło na wyostrzenie pamięci polskiego montażysty.

    Warto tu jednak dodać, że słynne migawki Wiśniewskiego z miejsca katastrofy emitowane były u nas 10 kwietnia dopiero o godz. 10.27 (polskiego czasu) – wcześniej pokazywani byli zebrani modlący się w Lesie Katyńskim, tupolew sprzed katastrofy oraz zaproszeni do studiów telewizyjnych goście, nie licząc materiałów operatora towarzyszącego P. Kraśce (od godz. 10:18) ze zbliżeniami na gęby i łapy przedstawicieli OMON-u, FSB oraz Specnazu, i migawek pokazujących szczątki samolotu zza gęstych drzew. Przez godzinę zatem (licząc od chwili oficjalnie podanej w mediach informacji o samej katastrofie, tj. ok. 9:23, choć w PolsatNews już o 9.02 padła informacja, że doszło do awarii polskiego samolotu) – mimo rangi wydarzenia – nie było absolutnie żadnych zdjęć ze Smoleńska. Godzina to mnóstwo czasu dla zawodowców, jeśli chodzi o maskirowkę, zwłaszcza gdy do samego zdarzenia doszło jeszcze godzinę wcześniej i jeśli się ma w ręku wszystkie filtry medialne, czyli decyduje się (jak na froncie), które wiadomości, o jakiej treści i w jakim kształcie będą docierać do odbiorców.

    Po trzecie, wprawdzie nie zezwolono na swobodne fotografowanie i filmowanie „miejsca wypadku”, lecz pozwalano rejestrować niesamowitą wprost krzątaninę służb ganiających w te i we wte między drzewami (na tle snujących się ze swym sprzętem wzdłuż muru dziennikarzy – gdzie się podziała ich niezwykła cywilna odwaga i tupet?). Ta krzątanina i gonitwa były o tyle niezrozumiałe, że – jak utrzymywały od pierwszych kwadransów po katastrofie władze rosyjskie (a za nimi polskie) – „nie było już kogo ratować” („никто не выжил”). Nieco z tymi zdjęciami kontrastowały też obrazki spokojnie palących papierosy gości w czarnych skórzanych kurtkach, którzy nigdzie się nie spieszyli, ale mało kto zwracał na to wtedy uwagę, skoro jeszcze nie było wiadomo ostatecznie, ile osób zginęło, bo podawano różne dane, a polski MSZ „nie mógł ustalić” pełnej listy pasażerów tupolewa.

    Nie zobaczyliśmy właściwie nic konkretnego związanego z tak ważnym – komentowanym na całym świecie (przez następne kilka dni jako breaking news) – wydarzeniem. Co najważniejsze: nie było żadnych przekazów medialnych typowych dla wielkich katastrof czy wypadków lotniczych. Nie widzieliśmy helikopterowych oblotów nad pobojowiskiem, kiedy ekipy telewizyjne pokazują obraz szczątków i akcję służb, a także całą okolicę. Nie zaprezentowano migawek z wynoszeniem rannych i/lub zabitych (tego rodzaju obrazki należą do kanonu relacji z katastrof). Nie pokazano dokładnie tego, jak wyglądają wszystkie części wraku. Nie emitowano wywiadów na gorąco z uczestnikami zdarzeń. Nie wszczęto żadnego dziennikarskiego śledztwa. (Jak ponadto pamiętamy, nie było wtedy „na wizji” rządzących polskich polityków, którzy „lecieli, lecieli i dolecieć nie mogli” do Warszawy, ale o tychże politykach nie warto nawet wspominać – miejmy nadzieję, że za wszystkie swoje zaniedbania zasiądą wnet na ławie oskarżonych). Nie zajęto się w mediach nawet kompromitującą, skandaliczną wprost postawą M. Janickiego, B. Klicha czy T. Arabskiego.

    Ta bardzo znikoma ilość materiałów nadających się do publikacji i do komentowania nie przeszkadzała rozmaitym „znawcom tematu” w twórczym „rekonstruowaniu” przebiegu „wypadku” i nawet tworzeniu komputerowych symulacji „ostatnich minut lotu” Tu-154M. Wyjątkowo szybko (jak na takie okoliczności) podana „do wierzenia” przez rosyjskie władze wersja wydarzeń została skwapliwie podjęta i nagłośniona przez pudła rezonansowe w naszym kraju jako „najbardziej prawdopodobna”. Bajka o samotnej brzozie i lądowaniu tupolewa na plecach błyskawicznie stała się jedynym obowiązującym wszystkie agendy Ministerstwa Prawdy scenariuszem tego, co się stało 10 kwietnia. Po raz pierwszy bajkę o drzewie przekazano już kwadrans przed godz. 10-tą polskiego czasu, a więc kilkanaście minut po pierwszych oficjalnych doniesieniach o katastrofie – J. Olechowski, dziennikarz TVP Info, relacjonował ją telewidzom przez telefon, jadąc wraz z innymi przedstawicielami mediów z Cmentarza Katyńskiego na lotnisko Siewiernyj, a więc zanim jeszcze zdążył z kolegami po fachu ujrzeć, co się w ogóle stało i postawić stopę na miejscu tragedii.

    Ruską bajkę rozpowszechniano odtąd bez najskromniejszych prób sprawdzenia empirycznych uzasadnień dla tejże wersji, bez jakiejś dokładnej wizji lokalnej w terenie, bez porównywania z lotniczymi katastrofami (do których doszło w podobnych warunkach: lądowania w lesie), bez znajomości zawartości pokładowych rejestratorów i bez konfrontacji z tymi wypowiedziami niezależnych ekspertów, którzy zwracali uwagę na to, że scenariusz mógł być całkiem inny (awaria aparatury, sabotaż, meaconing, wybuch na pokładzie itd.). To lansowanie „jedynego racjonalnego” (i jedynego możliwego) scenariusza świadczyło bezsprzecznie o tym, że zbrodniomyślą jest zastanawianie się nad tym, czy doszło do zamachu na prezydencką delegację.

    Natychmiast też, tj. od pierwszych dni po katastrofie, przystąpiono do wyszydzania i zwalczania (zagłuszania) hipotez dotyczących świadomego, umyślnego zabójstwa osób znajdujących się na pokładzie tupolewa. Posunięto się tak daleko, że ludziom analizującym „wersje zamachowe” zarzucano najpierw tylko zaburzenia psychiczne – taką smoleńską wersję schizofrenii bezobjawowej. Potem jednak „paranoikom od zamachu” zarzucano już zagrażanie warszawsko-moskiewskiemu pojednaniu oraz – co ciekawsze – zakłócanie atmosfery żałoby, w czasie której w mediach wcześniej lżących prezydenta wylewano krokodyle łzy nad zmarłymi i grano rzewne melodie. To zakłócanie żałoby nie było oczywiście spowodowane lansowaniem przez dezinformatorów tezy o „kozakującej załodze”, „gen. Błasiku za sterami” czy „prezydencie zmuszającym do lądowania, spieszącym się za wszelką cenę do Katynia” – czyli tezy o głupim wypadku. (Kwintesencją walki z „paranoją smoleńską” była wypowiedź J. Millera w wywiadzie dla „GW” z 7 sierpnia br. wyjaśniającego obiektywne trudności związane ze współpracą z braćmi Moskalami tym, że w Polsce „za dużo źle się mówi o postawie Rosjan w badaniu katastrofy”).

    Skoro wypadek był głupi, to nie tylko pożałowania godni stawali się ludzie oddający cześć poległym 10 kwietnia i domagający się wyjaśnienia przyczyn tajemniczej katastrofy, ale przede wszystkim należało jak najszybciej po niej „posprzątać pobojowisko”. Jeśli wypadek był głupi, to szczątki samolotu zamieniały się w bezużyteczny złom, teren nadawał się do zaorania, drzewa do wycięcia, rzeczy ofiar do jak najszybciej utylizacji, manipulacje związane ze stenogramami i makabryczne wyposażenie smoleńskiego lotniska okazywały się zupełnie nieistotne, sprzeczności w zeznaniach świadków także – o całej historii należało jak najprędzej zapomnieć. Jak już mowa o naocznych świadkach, to najwybitniejszą relację jednego z nich znaleźli reporterzy nieocenionego dla Ministerstwa Prawdy, TVN-u (http://www.youtube.com/watch?v=W1gqkU8rhdA, od min. 1.49). Tymże dzielnym reporterom mieszkanka Smoleńska opowiedziała, jak katastrofę widział i zapamiętał jej kilkunastomiesięczny wnuczek: „uuuuuu, patom uch!, i wsio”.

    Nie należy jednak pomijać zgłaszających się do prokuratury rosyjskiej niemalże na ochotnika „autorów” głośnego filmiku „1.24” nakręconego niedługo po katastrofie, a zamieszczonego parę dni później na portalu youtube. Ponieważ „filmik Koli”, jak go ochrzcili internauci, poważnie zachwiał „narracją wypadkową” – „autorów” prezentowano z należytą powagą w polskojęzycznych mediach, by stanowczo zaprzeczyli, że cokolwiek podejrzanego widzieli lub słyszeli. (W sierpniu znalazł się w Sieci nawet wklejony w oficjalne materiały kanału Russian Today filmik nakręcony ponoć przez innych „świadków”, smoleńskich chłopaczków (także zresztą obficie cytowanych w polskim mainstreamie), na którym miał być widoczny lecący we mgle rządowy tupolew. Po analizie blogerów okazał się Iłem na pogodnym niebie).

    Na koniec propagandowej kampanii całą historię trzeba było obrócić w świetny żart. Zaczęło się to naigrywanie z tragedii już w czasie zwalczania pomysłu pochówku pary prezydenckiej na Wawelu (spontaniczne szydercze „protesty” najzdrowszej polskiej młodzieży), ale dopiero z czasem nabrało ono rozmachu. Do akcji przecież musiał wkroczyć klasyk gatunku, czyli pewien biłgorajski mędrzec, o którym napisałem kiedyś, że powinien był zacząć od happeningu, jak przylatuje ze Smoleńska w trumnie na Okęcie, a jego ciało wiozą po ulicach Warszawy (ten happening najbarwniej by mu wyszedł w czasie tygodnia żałoby). Studenci ponieśli więc na juwenaliach pudło ze śmiałym, zabawnym napisem „TUPOLEJ”, a jakiś czas potem napruci alkoholem i dragami „młodzi gniewni” po oddaniu moczu na znicze przy Krakowskim Przedmieściu ułożyli fajny krzyż z puszek „zimny lech”. Po kilku miesiącach zrobiło się więc wyjątkowo wesoło, bo cała katastrofa i ofiara życia złożona przez 96 osób okazały się po prostu „śmichu warte”. http://www.se.pl/media/pics/2010/05/14/studenci_300x250.JPG

    Ani się zatem obejrzeliśmy, a powróciliśmy do „najweselszego z baraków w obozie” i to znów w cieniu czerwonej gwiazdy, o pielęgnację której zaczęli dbać tym razem najwspanialsi przedstawiciele „salonu” wybudzeni z internacjonalnej drzemki już 9 maja br. No ale powiedzmy sobie szczerze, co może być złego w zamordyzmie, który cała ta około-smoleńska dezinformacyjna mgła skrywa? Spójrzmy na takiego sędziwego wujka Tadka, który już w 1953 r. słusznie zachwalał zamordyzm, a i po wielu dziesięcioleciach potrafi wciąż znaleźć jego jasne strony, a nawet nazywać rokoszanami tych, którym zamordyzm się jakoś nie za bardzo podoba. Historia błędnym lub obłędnym kołem się toczy. Zwłaszcza jeśli jej sternikami są wypróbowani w bojach „o wolność i demokrację” ludzie z wojskówki i bezpieki, których zbiorowa mądrość w bloku sowieckim przekazywana jest z pokolenia na pokolenie.

    W przypadku „faktu smoleńskiego” najsmutniejsze jest pewnie to, że mroczna prawda o tym, jak wyglądała zbrodnia z 10 kwietnia i kto brał w niej udział, jest wciąż przed nami – ale chyba już przez te pięć miesięcy zdołaliśmy się uodpornić na to, że Polska i Federacja Rosyjska dziś tak bardzo się nie różnią od swoich poprzedników w postaci peerelu i ZSSR. Rosyjski radiowy korespondent W. Pac w jednym z wejść live w trakcie nadzwyczajnego programu telewizyjnego w TVP Info w pierwszych godzinach po katastrofie, plotąc na gorąco o godz. 10.20 co mu ślina na język przyniosła, błysnął inteligencją. Po przekazaniu na antenie (ogólnie obowiązującej) rosyjskiej wersji zdarzeń i po poinformowaniu o obecności rosyjskich śledczych na miejscu katastrofy, rzekł z rozpędu tak: „To jest teraz podwójna tragedia katyńska. Historię oczywiście możemy różnie traktować. I wszyscy też pamiętamy historię z prezydentem Bierutem, który z Moskwy wrócił… Pojechał żywy, ale z Moskwy wrócił… Ale to jest zupełnie inna historia i tutaj nie przekłada się na te… Zupełnie…” (http://www.youtube.com/watch?v=ypxLebjDSD8&feature=related) I to była chyba jedyna taka aluzyjna wypowiedź w mainstreamie sugerująca, że „fakt smoleński” może mieć drugie dno.

    Podobnie wstrzemięźliwy (i o wiele czujniejszy od Paca w kwestii zbrodniomyśli) był wspomniany już Kraśko w swej (zarazem pierwszej na świecie) książce dotyczącej katastrofy, pisząc: „Tamtego dnia często powtarzano „drugi Katyń”. To nie było dobre sformułowanie, bo tamte wydarzenia były zbrodnią, a to był tragiczny wypadek, ale grały emocje. Smoleńsk po prostu kojarzył się z wydarzeniami z czasów wojny. Wszyscy obecni koło miejsca tragedii dojechali z cmentarza polskich oficerów. Katyń był powodem naszego tu przyjazdu. Katyń był przede wszystkim powodem „ich” przyjazdu” („Smoleńsk. 10 kwietnia 2010”, Warszawa 2010, s. 29).

    Dezinformację stosuje się w dwóch podstawowych celach: 1) po to, by narzucić odbiorcom jakiś fałszywy pogląd na świat albo (jeśli ten pierwszy wariant nie zachodzi) 2) by zasiać w umysłach odbiorców poważne wątpliwości, co do jakiegoś prawdziwego poglądu. Tak czy tak dezinformatorzy dążą do tego, by trwale zmienić czyjeś myślenie. Ubranie katastrofy smoleńskiej w maskujące szaty „lotniczego wypadku”, „nieszczęśliwego zbiegu okoliczności” etc. pozwalało na pokierowanie uwagą odbiorców w taki sposób, by nie patrzyli na to, co się wydarzyło 10 kwietnia, jak na zamach na L. Kaczyńskiego i delegację składającą się z blisko stu osób. Co więcej, jak zwrócił uwagę B. Święczkowski w audycji „Rozmowy niedokończone” w Radiu Maryja (z dn. 28.08.2010 r.), nawet polska prokuratura nie wszczęła dochodzenia w sprawie zabójstwa prezydenta, lecz wyłącznie ws. spowodowania wypadku polskiego samolotu rządowego. Jak pisałem już w innym miejscu (http://freeyourmind.salon24.pl/213920,garstang-o-badaniu-katastrof), rosyjskie władze od samego początku zakwalifikowały całe zdarzenie jako „wypadek”. Tej kwalifikacji dokonały z całkowitą premedytacją. Nie dopuściły w ten sposób do tego, by miejsce katastrofy zostało uznane za miejsce zbrodni (crime scene) i by badaniami zajęli się eksperci kryminalistyki przed znawcami wypadków lotniczych, a szczególnie międzynarodowi specjaliści od zamachów terrorystycznych wymierzonych w statki powietrzne.

    Dezinformatorzy z jednej strony zwalczają ludzi dążących do prawdy i dezawuują wszystkie ich dokonania, nazywając je irracjonalnymi, chorymi, niepoważnymi, idiotycznymi, paranoicznymi, spiskowymi, ciemnymi itp. – z drugiej natomiast, adresatów, do których skierowana jest dezinformacja, uznają za racjonalnych, zdrowych, poważnych, mądrych, rozsądnych, zrównoważonych, światłych itp. Jeśli to możliwe, dezinformatorzy wtłaczają do głów odbiorców gotową wersję wydarzeń („było tak a tak – nie inaczej”), jeżeli zaś ci odbiorcy są jakoś zabezpieczeni przed praniem mózgu – manipulatorzy stosują wyrafinowaną taktykę odwoływania się do czyjejś próżności i inteligencji. W przypadku Smoleńska wersja nr 1 głosiła, że to był „zwykły wypadek” (ewentualnie „głupi wypadek”). Wersja nr 2 („rozmiękczona”) głosiła zaś to samo, tylko nieco delikatniej: to nie mógł nie być wypadek. W obu wersjach chodziło o to samo, czyli o definitywne wykluczenie zamachu.

    Pierwsza nie bawiła się w zbędne dywagacje i ślęczenie nad jakimiś niespójnościami śledztwa, nad niezabezpieczaniem przez Rosjan (i Polaków) miejsca katastrofy, nad zaginięciem natowskiego sprzętu i okradaniem zwłok czy nad zniszczeniami niewspółmiernymi do okoliczności takiego „wypadku” (brak wielkiego pożaru stwierdza nawet wstępny „raport” MAK), nad natychmiastową śmiercią wszystkich osób na pokładzie w wyniku upadku samolotu z niewielkiej wysokości na błotnisty teren. Druga zaś – jak dobry esbek – wychodziła wyrozumiale naprzeciw różnym „zgłaszanym przez oszołomów” wątpliwościom, lecz zarazem neutralizowała je w dość prosty sposób „wiecie przecież, jak jest w Rosji” (tak jakby tam co tydzień rozbijały się samoloty z prezydenckimi delegacjami). Tymczasem tak jak w każdej plotce ponoć jest ziarno prawdy, tak w każdej dezinformacji jest zatrute ziarno kłamstwa. Deza połknięta raz, zapuszcza korzenie w umyśle i intoksykuje go w taki sprytny sposób, że dana osoba porusza się w swym myśleniu po szlakach wyznaczonych przez dezinformatora i szuka raczej potwierdzeń dla dezy aniżeli dowodów świadczących o fałszywości danej informacji (Ale może to naprawdę był tylko nieszczęśliwy wypadek? Może wszyscy ze zgryzoty popadliśmy w jakieś szaleństwo? To chyba niemożliwe, by dokonano takiej potwornej zbrodni z zimną krwią. Smoleńsk to nie Dubrovka czy Biesłan, Smoleńsk to nie Katyń… itd.).

    W myśl dezinformacyjnej „wersji soft” wszelkie nieprawidłowości związane ze śledztwem (ros. MAK jest sędzią we własnej sprawie), z podejściem do lądowania, z zachowaniem kontrolerów w wieży, z niedbalstwem na pobojowisku, z nieuczestniczeniem polskich patomorfologów w sekcjach zwłok, z zaplombowaniem trumien i zakazem zaglądania do nich, z wielokrotnym „ostatecznym już kopiowaniem” zawartości czarnych skrzynek itd. – należało tłumaczyć „ruskim bałaganem” (i ewentualnie polskim dziadostwem – w przypadku choćby niepowołania międzynarodowej komisji śledczej). Wersja ta opierała się na argumencie: „przecież to niemożliwe/to zupełnie fantastyczne, by mogło dojść do jakiegoś zamachu”. W sposób irracjonalny więc („kto by chciał zabijać taką delegację?”, „po co by to komu było?”, „kto by się do czegoś takiego posunął?”) wykluczano najbardziej racjonalną, normalną, narzucającą się wprost myśl po tego rodzaju katastrofie, a więc, że doszło do ciężkiej zbrodni – nie do żadnego nieszczęśliwego wypadku. Z przyjęciem takiej właśnie pierwszej oceny wydarzeń nie miałyby na pewno problemu ani media, ani wysokie decyzyjne gremia USA, Niemiec, Izraela, a szczególnie samej Rosji, gdyby do analogicznej katastrofy doszło z udziałem ich prezydentów, generałów oraz urzędników państwowych z tylu kluczowych instytucji. Mało tego, nikt by nie oczekiwał innej interpretacji takiego tragicznego zdarzenia – poczynając od zwykłych obywateli tamtych państw, na „elitach” kończąc.

    Dlaczego więc kampania dezinformacyjna wokół zagadkowej śmierci prezydenta i przedstawicieli politycznej, naukowej, wojskowej i kulturalnej elity przeprowadzona została na tak olbrzymią skalę akurat w Polsce w XXI wieku, w epoce „rewolucji elektronicznej” i „społeczeństwa informacyjnego”? Z jednego prostego i fundamentalnego powodu – ponieważ Polska nie jest krajem suwerennym. Oczywiście, możemy się spierać o to, jak wiele wciąż jest „wysp niepodległości” na naszej mapie po fatalnym, bo cofającym nas do peerelu, „kontrakcie” okrągłego stołu, którego sygnatariusze spotkali się całkiem niedawno na „gali zamkowej” pewnego gajowego. Obserwując jednak zachowania „ludzi mediów” oraz salonu i funkcjonowanie wielu czołowych instytucji państwowych w naszym kraju po 10 kwietnia, z gabinetem ciemniaków na czele, możemy nabrać pewności, że ich działania nie sprowadzają się ani do obrony polskiej racji stanu, ani do dbałości o narodowy interes Polaków. Zbrodnia smoleńska i kłamstwo smoleńskie mają więc ponownie – tak jak kiedyś w „Polsce Ludowej” zbrodnia katyńska i kłamstwo katyńskie (mimo że skala tych tragicznych wydarzeń z lat 1940 i 2010 jest odmienna) – dwa mroczne oblicza: rosyjskie i rodzime. To, że ludzie Kremla potrafią popełniać zbrodnie i następnie spowijać je mgłą nieprawdopodobnego załgania, wiemy już z historii aż za dobrze. To, że do ewidentnego zła i do totalnego zakłamania zdolni są ludzie polskiej wierchuszki, najwyraźniej musieliśmy zobaczyć na własne oczy w ostatnich miesiącach, by sobie grozę sytuacji polskiego państwa uświadomić i nieco oprzytomnieć. Miejmy więc to wszystko cały czas przed oczami i pamiętajmy, że każda zbrodnia pozostawia jakiś ślad. W przypadku Smoleńska tych śladów jest coraz więcej.

  3. WP. said

    ZDJĘCIA ZE SMOLEŃSKA: KOMPROMITACJA POLSKICH SŁUŻB – Polskie służby nie zbadały zawartości pamięci wewnętrznej aparatów fotograficznych ofiar katastrofy pod Smoleńskiem, bo nie miały… firmowego oprogramowania producentów poszczególnych urządzeń. Tymczasem dziennikarze portalu Niezależna.pl w ciągu minuty znaleźli zakład, który potrafiłby odzyskać takie dane. Jak dowiedział się portal Niezależna.pl, w aktach śledztwa znajduje się ekspertyza przeprowadzona w lipcu 2010 r. na zlecenie ABW, dotycząca badania aparatów fotograficznych i kamer ofiar katastrofy. Pisaliśmy już o niej dwa dni temu, informując o wykasowaniu części danych znajdujących się na tych urządzeniach. Według naszych informatorów – ekspertyza ta kończy się stwierdzeniem, że biegli nie dokonali analizy pamięci wewnętrznej badanych nośników „ze względu na brak dostępu do specjalistycznego oprogramowania serwisowego producentów tychże aparatów (Sony, Panasonic, Nikon, Canon, Olympus, Pentax i Samsung)”. Pamięć wewnętrzna jest – w przeciwieństwie do wymienialnych kart pamięci – zainstalowana w aparacie na stałe. Zdumieni tym, że jej analiza stanowi dla polskich służb tak duży problem, postanowiliśmy poszukać firm zajmujących się odzyskiwaniem danych. W internecie w ciągu minuty znaleźliśmy ich kilka. Pierwsza z nich – częstochowska AGFA Imaga Center – chwali się na stronie internetowej, że potrafi „odzyskać […] pliki graficzne nawet po całkowitym sformatowaniu karty. Polecamy nasze profesjonalne usługi w zakresie odzysku zdjęć utraconych z pamięci wszystkich aparatów cyfrowych m.in.: Canon, Casio, Fuji, HP, Kodak, Minolta, Nikon, Olympus, Panasonic, Sony, Pentax, Polaroid, Praktica, Samsung, Yakumo”. W dziale poświęconym najczęściej zadawanym pytaniom jest napisane wyraźnie: Skasowane zostały pliki z wewnętrznej pamięci aparatu. Zajmujecie się odzyskiwaniem zdjęć bezpośrednio z aparatów cyfrowych? Tak. Ale wyłącznie w siedzibie firmy. Nie wysyłamy aparatów pocztą. Jak długo muszę czekać na odzyskanie moich zdjęć? Na diagnozę pamięci i ewentualny odzysk Waszych zdjęć potrzebujemy zazwyczaj jeden dzień roboczy. Tylko w szczególnych przypadkach odzyskiwanie potrwa kilka dni. Zadzwoniliśmy do AGFA Image Center z pytaniem o odzyskiwanie skasowanych plików z pamięci wewnętrznej. Potwierdzono nam, że taka możliwość istnieje, ale aparat trzeba dostarczyć do Częstochowy. – Możemy też czasem potrzebować firmowego kabelka czy innego sprzętu, bo oczywiście nie mamy oprzyrządowania do każdego modelu aparatu – powiedział nam dyżurny informatyk AGFA Image Center. Możliwe więc, że odzyskanie danych z pamięci wewnętrznej aparatów ofiar katastrofy wiązałoby się z koniecznością skorzystania z usług autoryzowanych serwisów zajmujących się sprzętem fotograficznym. Nie byłby to jednak problem, bo takich firm jest wiele, choćby zatrudniający wysokiej klasy fachowców warszawski Fototronik, z którego usług korzysta m.in. policja, warszawska straż miejska, IPN czy Telekomunikacja Polska. Prywatna osoba uzyskałaby zatem dostęp do pamięci wewnętrznej aparatów ofiar w ciągu najwyżej kilku dni. Z jakichś powodów ABW – dysponująca, wydawałoby się, niemal nieograniczonymi możliwościami – nie pozwoliła na to swojemu biegłemu. lm, wg, Niezależna.pl – Już o ABW pisałem. Tam w większości pracują ludzie tylko i wyłącznie dla otrzymania regularnie pensji, picia kawki w zaciszu swego służbowego pokoju i plotkowania o tym, kto dostanie awans, podwyżkę itp. ABW wymaga strukturalnej reformy,zmniejszenia liczby funkcjonariuszy, zróżnicowania ich dochodów i wiele, wiele innych rzeczy, o których można by pisać długo. Związek z tym ma oczywiście nierozerwalny kierownictwo tej firmy, któremu właśnie na takiej atmosferze pracy zależy. To nie są Polacy,lecz POlaczkowie. Teraz pytanie jakie mamy państwo i jakie jest to państwo? a no mafijne i myślicie, że po takiej informacji elektorat PO zmądrzeje? jeśli tak myślicie to się mylicie. Elektorat PO nigdy się nie przyzna do błędu bo kto chce się mylić? ale trybunały narodowe nadejdą, wcześniej czy później nadejdą

  4. WP. said

    Jarosław Kaczyński nie chciał przed wyborami dolewać oliwy do ognia i to był Jego największy błąd i Jego sztabu wyborczego ze szmatą Kluzik i szmaciarzem Poncyliuszem na jego czele. To były krety PO, lewactwa, sodomitów w PiS – e. Osobiście uważam jak i moja Rodzina, znajomi, że powinien obrać inna drogę, drogę konfrontacji i walić właśnie prawdę o Smoleńsku, aferach PO, stanie gospodarki przed wyborami. Także kategorycznie zażądać od Szczynukowicza ksywa Komoruski publicznych odpowiedzi na 50 pytań zadanych mu przez A.Ściosa. Ale ten tak zaszczuty przez niepolskie media i prasę człowiek jest sam, sam na sam ze sobą.. to widać + krety ws partii. Nie chciał żeby dawać tym czerwonym szmaciarzom, ich pomiotowi i ich lokajom argumenty w czerwone łapy, że „gra tragedią” i że chce na niej coś ugrać. Zupełnie nie pamiętał, że rzeczywistość jest inna – a mianowicie cokolwiek powie, czy nawet nie powie, będzie milczał, wszystko komuniści ze swym pomiotem i lokajami obrócą w przeciwną stronę. Cokolwiek…! On chciał najlepiej jak mógł. Jego jedyny błąd to fakt, że nie może, nie jest zdolny znaleźć się na tej samej fali oszczerstw, brudu, manipulacji i obrzydliwej prowokacji jak to robi Ryży, Szczynukowicz obecnie rezydent Kremla w PRL – Bis, PO i cały jej sztab starych komunistycznych i szwabskich, oraz złożonych z volksdeuczy i renegatów wyg. A z tymi trzeba tylko walczyć ich metodami – inne nie skutkują!! Jest pewna w tym fakcie p. Jarosława Kaczyńskiego niedojrzałość nie jako polityka ale człowieka. On jest wspaniałym politykiem ale jako człowiek nie zna metod którymi szafuje wnuk esesmana, syn agenta Gestapo agent Stasi her Tusk i jego banda. Może je nawet je zna ale nie potrafi zniżyć się do ich poziomu, czyli rynsztoka. Właśnie dlatego nie pomyślał ani razu, że jego Brat, Prezydent RP wsiadając do jednego samolotu nie zdawał sobie sprawy, że może kosztować to śmierć tylu ludzi. On nie chciał znów usłyszeć tego samego szczekania … ale rozrzutny potrzebuje samolot żeby zaspokoić swoje ego. Ale nie winię go za to. To szczekanie, to gnojenie go przez tyle lat przez niepolskie tylko polskojęzyczne media, prasę i ogromną liczbę bezmózgich rodaków (tych zbajerowanych przez nie i tych napuszczonych w zamian za korzyści materialne, wyłączyła jego instynkt samo-obronny, aparat personalnego bezpieczeństwa. Zapłacił za to ogromną cenę. Taki mały szczegół a umknął Jego pamięci. Gdzie ulotnili się ci starzy komuniści, volksdeucze, ich pomioty już w trzecim i czwartym pokoleniu, wychowani na moskiewskich uczelniach i treningach? Jego opozycja to silna, bezwzględna banda czerwonych szakali, zbrodniarzy, oprawców i katów Polaków ze swym potomstwem oraz poniemieckich gnid, które nagle powychodziły z dziur, nabrały odwagi. Wystarczy wysilić pamięć i zobaczyć jak się naprawdę zachowali w obliczu naszej tragedii narodowej??? W obliczu tragedii tylu ludzi???To już powala z nóg a cóż dopiero fakt znalezienia się w sytuacji którą mogą wykorzystać do swoich parszywych, diabelnie śmierdzących celów. I oni to zrobili. Prezydent tego nie objął.. dlaczego? To proste bo był CZŁOWIEKIEM, dla mnie Wielkim Człowiekiem i takim będzie na zawsze w moim sercu. I tego uczę swoje dzieci i swoje małe wnuki. Cześć Twojej Pamięci Prezydencie, Mój Prezydencie!!!

  5. Jacek said

    ad Volksdeutsche czwartej grupy

    dobre checi ale bez dotarcia do sedna sprawy. Janczaryzacja jest mechanizmem znanym i stosowanym od tysiacleci. Opiera sie w pierwszym rzedzie na podboju religijnym. Polska jest slaba bo Polacy sa slabi religijnie. A sa slabi religijnie bo „kosciol posoborowy” mowi w taki czy inny sposob ale codziennie i przy kazdej praktycznie okazji, ze Kosciol Katolicki to nienormalnosc, tuskowizna przeklada to expresis verbis na Narod Polski.

    Jest to etap kownwersji religijnej, konwersji na talmudyzm, zaawansowanej juz w krajach „cywilizacji zachodniej”. Polska jest w tej konwersji opozniona (dzieki wysilkom glownie stp. kard. Stefana Wyszynskiego). Stad tez obecne „polskie elity” skladajace sie wprost z talmudystow, lub z ludzi ztalmumdyzowanych (wielu tzw katolikow), uwazaja Polske za zacofany zascianek a Polakow za prymitywnych mieszkancow tego zascianka zaslugujacych na pogarde bo jeszcze wierzacych w pieklo i myslacych z miloscia o wlasnej rodzinie i przeszlych pokoleniach Polakow.

    Polacy to sa „tradycyjni katolicy” i patryjoci, wyznawcy wartosci pozostajacych w sprzecznosci z talmudyzmem na poziomie pojec dobra i zla. Te sprzecznosci wychodza na wierzch kazdego dnia pomimo, ze diabel sie w ornat przebral i ogonem na msze dzwoni, i draza substancje religijna a z tym moralna, spoleczna i panstwowa Polski.

    „Rozwiazania” rosyjskie czy niemieckie chociaz moga byc w pewnych momentach w konflikcie z globalna ofensywa talmudyzmu, nie sa z talmudyzmem sprzeczne ,poniewaz opieraja sie na rozumieniu wlasnego narodu jako wybranego- do panowania nad innymi i to bez zadnych ograniczen co do srodkow do tego uzywanych. Jest to obecnie rowniez „rozwiazanie amerykanskie”.

    Oczywiscie w takich warunkach „polscy” talmudysci musza wystepowac w roli petentow na dalekim koncu kolejki. Nie ludzmy sie, poczatek kolejki jest rownie odrazajacy. Talmudzym zzera narody przezen opanowane. Przyklady sa najlepiej widoczne wlasnie na czele kolejki. Nie tedy droga.

  6. Ekonom said

    Bzdura!!!
    Darmowa Picassa, XP czy Vista „czytaja” pamiec aparatu. Problemem moze byc tylko Fuji, ktora uywa niestandartowego kabelka, laczacego aparat z USB w komputerze.

  7. wet3 said

    Uwazam, ze autor wyraznie nie chce dostrzec iz od 1939, a wlasciwie) od 1926 roku do dzis rzadza Polska „elyty” kolaborantow lub „elty” obcoplemienne, ktore wyraznie zwalczaja wszystkie prawdziwie polskie wartosci – przede wszystkim patriotyzm oraz jakakolwiek prawdziwie polska inicjatywe. Garb niewolnictwa istniejacy ponoc pod zaborami tez nie pokrywa sie z prawda. Wystarczy tu wskazac na wyrazna porazke Kulturkampfu w wydaniu niejakiego Bismarcka, autonomie Galicji i wiele innych rzeczy. Uwazam, ze antypolska postawa dzisiejszych „polskich” rzadow jest o wiele bardziej niebezpieczna od propagandy zaborcow, ktorzy lacznie z Hitlerem, mimo podlych wysilkow, nie byli w stanie wydziedziczyc nas z naszego majatku narodowego! Uczynily to z niesamowitym powodzeniem antypolskie (nie)rzady wladcow PRL-bis. Malo tego, po wyprzedaniu za psie grosze tego co bylo na naszej ziemi ida teraz wyprzedawac to, co mamy pod ziemia!

  8. Andrzejek2010 said

    WP #2
    Niemoc śledczych zdumiewa w wielu wypadkach.
    Po wypadku samochodowym w Nowym Mieście nad Pilicą, gdzie zginęło 18 osób, moją uwagę zwróciła informacja dotycząca wykonania na miejscu wypadku zdjęć specjalną techniką. Technika ta umożliwia wizualną analizę miejsca wypadku w dowolnym momencie z bardzo dużą dokładnością.
    Dla tych którzy nie wiedzą na czym ona polega służę linkiem pod którym można obejrzeć zdjęcia do-okólne. Oczywiście, profesjonalne zdjęcia wykonane tą metodą są o wiele dokładniejsze i umożliwiają analizę wizualną, lepszą niż analiza w terenie.
    Do poruszania się używamy myszki (prawo, lewo, góra, dół i rolka = zbliżenie) w wypadku braku rolki w myszce prawy Shift i prawy Alt.
    http://trwam.tv-trwam.pl/espacer/ Na stronie http://panoramicart.pl/ jest więcej przykładów lecz w dalszym ciągu są to przykłady o jakości niskiej w porównaniu do możliwej technicznie.
    Czy miejsce katastrofy zostało udokumentowane ta techniką ??? na pewno nie, bo i poco?

    Inny temat to film 1:24 zwany strzały w Smoleńsku.
    Materiał ten zawierający obraz oraz dźwięk był badany przez prokuraturę i w tym przypadku także z miernym wynikiem. Techniki kryminalistyczne umożliwiające analizę materiałów tego typu to, dla przeciętnego człowieka, czarna magia. Dlaczego magia? ponieważ efekty uzyskiwane w analizie materiałów audio czynią „cuda”. Oczywiście nie są to żadne cuda, lecz efekty pracy będące zaskoczeniem dla niejednego przestępcy.
    Technika fonoskopii opiera się na dwóch podstawowych fazach analizy. Pierwsza z nich to obróbka cyfrowa dźwięku w skład której wchodzą setki możliwości technicznych sprawiających, że analizowany materiał staje się możliwy do zastosowania drugiej fazy. Druga faza analizy to odsłuch przygotowanego materiału audio przez człowieka.
    Faza odsłuchu dokonywana jest przez człowieka, ludzi o określonych predyspozycjach słuchowych. Niestety efekty uzyskiwane w tej fazie analizy zależą w 100% od słuchu analityka który ocenia przygotowany materiał.
    Wrażliwość słuchowa oraz selektywność słuchu to cechy osobnicze których czułość, w zależności od osobnika może być wysoka lub niska.
    Dobór osób, do ostatecznej fazy analizy audio, jest przypadkowy i zazwyczaj fazą tą zajmują się osoby przygotowującą analizę w fazie 1.
    Są to doskonali fachowcy z różnych dziedzin akustyki http://pl.wikipedia.org/wiki/Akustyka .
    Percepcja dźwięku u tych osób jest na poziomie średnim statystycznym i oczekiwanie od nich szczegółowej analizy jest bezzasadne.

    Opisuję tak szczegółowo tą kwestię, ponieważ jest to niezbędne, do wykazania wadliwości fazy 2 analizy audio filmu 1:24.
    Moje umiejętności w zakresie percepcji dźwięku doprowadziły do odkryć, ustaleń, dotyczących zawartości fonicznej owego filmu.
    Niestety, dotarcie z tymi argumentami do kogokolwiek jest niezwykle trudne. Trudność ta wynika z oczekiwań słuchaczy, którzy są przekonani, że ich zdolność percepcji dźwięku jest na tym samym poziomie a zatem jeśli czegoś nie słyszą to tego niema.

    Jak przekonać słuchacza do swoich tez? Posłużę się kilkoma przykładami:

    Znawca win, który wąchając i próbując wino określa wiele informacji. Rok, region itp.
    Radiotelegrafista, który rozpoznaje i odczytuje swoje ti ti ti ta ta ta w gąszczu innych sygnałów i zakłóceń.
    Osoba biegła w tzw. szybkim czytaniu.
    Osoba dokonująca skomplikowanych obliczeń matematycznych w pamięci, zanim ktokolwiek uzyska wynik przy pomocy kalkulatora.

    Jeżeli, choć trochę przekonałem Was to możecie czytać dalej. jeśli nie przekonałem, to zamknijcie okno przeglądarki.

    Moje umiejętności w zakresie percepcji dźwięku to owoc długoletniej przygody z muzyką sensu stricto jako że, przez około lat tworzyłem kopie różnych utworów muzycznych, zapisując je w formacie General Midi http://en.wikipedia.org/wiki/General_MIDI
    Praca ta, wymagała ode mnie wielokrotnego odsłuchiwania utworu źródłowego oraz jego fragmentów. Bywało, że fragment 1-2 sekundowy słuchałem kilkaset razy, aby wyłowić barwę, instrument, wysokość dźwięku, oddzielając użyteczne dźwięki od szumów i trzasków powstałych w wyniku ówczesnego zapisu na taśmie magnetycznej. To tyla na temat wyższości mojego słuchu nad słuchem przeciętnego Kowalskiego. Przepraszam wszystkich Kowalskich za posłużenie się ich nazwiskiem jako przykładu gorzej słyszących 🙂

    Analiza filmu 1:24 którą przeprowadziłem powstała całkiem przypadkowo. W kilka dni po tragedii, przeglądając Internet, zainteresował mnie właśnie ten film. Film ten obejrzałem kilkakrotnie i w trakcie oglądania wyszedłem do kuchni. W tym czasie film był odtwarzany w koło. Po moim powrocie do nie podszedłem do komputera lecz przez pewien czas byłem zajęty czymś innym co nie przeszkadzało mi słyszeć fonii filmu odtwarzanego w koło. W pewnym momencie moją uwagę zwrócił wyraźny dialog wypowiadany przez mężczyznę „niech pani spróbuje wyjść”.
    To doświadczenie dowiodło, że oglądanie filmu angażuje w większym stopniu zmysł wzroku, niż słuchu a to sprawia, że mało wyraziste dźwięki są przez umysł człowieka niedostrzeżone. Wniosek ten skłonił mnie do zajęcia się odsłuchaniem ścieżki dźwiękowej, czyli do zajęcia z jakim miałem odczynienie w trakcie wykonywania, przed laty, kopii utworów muzycznych.
    Po szczegółowym, wielokrotnym odsłuchaniu filmu oraz użycia, nieprofesjonalnych, technik obróbki dźwięku, sporządziłem rejestr rozmów i dialogów w języku Polskim. W przypadku wspomnianego dialogu „niech pani…” moje słyszenie, ocena dawała podstawy sądzić, że gdybym znał tą osobę, to właśnie, po tym charakterystycznym głosie rozpoznałbym ja.
    Charakterystyczność tego głosu polega na intonacji, barwie, flegmatyczności. Jest to tembr głosu który właściciela określiłem na osobę po 60 roku życia, osobę otyłą i w intonacji bogobojną.
    Te wnioski skłoniły mnie do poszukania, wśród archiwalnych nagrań wypowiedzi pasażerów głosu odpowiadającego głosowi z filmu.
    W poszukiwaniach uwzględniałem wszystkich mężczyzn w wieku powyżej 60 lat. Po wstępnym porównaniu odrzucałem głosy, całkowicie nie pasujące do analizowanego głosu. W pewnym momencie przystąpiłem do odsłuchania kolejnego głosu i w tym momencie przeżyłem szok.
    Usłyszałem głos osoby z filmu i poczułem się jakbym poznał tę osobę po jej śmierci. Posłuchajcie proszę. Oto ta osoba:

    Sprawą mojej analizy interesowali się różni ludzie w tym także osoby legitymujące się jako pracownicy ABW. Nie byłem nigdy przesłuchiwany w oficjalny sposób, po uprzednim wezwaniu listownym. Do przesłuchań dochodziło po uprzednim ustaleniu, lub bez zapowiedzi u mnie w domu. Teraz myślę sobie, że okazanie legitymacji ABW nie koniecznie musiało poświadczać prawdę, gdyż nie miałem możliwości sprawdzenia jej autentyczności. Ponadto, pojazd rzekomych pracowników ABW został zaparkowany kilkaset metrów od mojego domu, o czym przekonałem się dopiero po wizycie.

    Jedno jest pewne. Interesowanie się moją analizą wielu osób uprawdopodabnia sytuację w której, ja szary człowiek, doszedłem do wniosków zbieżnych z wnioskami prokuratury która postanowiła odwiedzić człowieka, który, jedynie, przy pomocy własnego słuchu, usłyszał to co z ledwością usłyszeli śledczy z ABW.
    Jest jeszcze inna, niepokojąca ewentualność z której wynika, że laboratorium fonoskopii ma faktyczne problemy z ustaleniem faktów do których ja doszedłem.
    Stenogram z czarnych skrzynek w znacznym procencie to nieczytelne, dla analizujących, słowa. Nie da się wykluczyć że niekompletność analizy wynika z braku predyspozycji osób sporządzających stenogram.

    http://91.210.209.188/Transkrypcja_rozmow_zalogi_samolotu_Tu-154_M.pdf
    http://i.wp.pl/a/i/wiadomosci/pdf/Transkrypcja_rozmow_zalogi_samolotu_Tu-154_M.pdf
    http://doc.rmf.pl/rmf_fm/store/Transkrypcja_rozmow.pdf

    Wiem, że dopóki jestem w posiadaniu informacji na temat analizy grozi mi niebezpieczeństwo.
    W miesiącu lipcu br. byłem napadnięty przez 3 osoby zamaskowane w kominiarkach. osoby te wtargnęły na moją posesję w celu, najprawdopodobniej zastraszenia mnie. całe szczęście, mój dom posiada monitoring i sygnalizację która udaremniła atak i w porę zajęła się tym policja.
    Teraz, kiedy publikuję moją wiedzę w tej sprawie zakładam, że powody moich obaw o moje bezpieczeństwo przestają istnieć.
    Karty znalazły się na stole.

    Jeżeli moje zdolności zostaną potraktowane poważnie i śledczy, którym zależy na wyjaśnieniu zagadki dotyczącej tragedii Smoleńskiej zechcą skorzystać z mojej pomocy, to z pewnością poproszą mnie o to. Nie jestem dla Nich osobą anonimową:)
    Jeżeli ktoś powątpiewa a moje zdolności słuchowe może zawsze przetestować mnie materiałem audio przygotowanym do zbadania mojego słuchu.
    A jeżeli osoba niedowierzająca nie przeczy dziedziczności genetycznej to niech przyjmie do wiadomości, że moje korzenie sięgają rodziny Chopinów, a ci mieli słuch nie kwestionowany.

  9. Andrzejek2010 said

    I jeszcze jeden argument.
    Wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego w radiu Maryja słuchało z pewnością, setki tysięcy osób.
    Jak to możliwe, że tylko ja jeden rozpoznałem posła Wenderlicha właśnie po głosie???

  10. Marek Szyjkowski said

    Biedny, głupi naród, który chyba nigdy nie dorośnie do wolności w samodzielności. Nikogo nie można winić za to, że Polacy zwyciężyli swoich komunistycznych ciemiężycieli po to, by oddać im kontrolę nad tym zwycięstwem.

  11. WP. said

    Czy to już otwarta wojna z Narodem ? Tak wojna, ale i to trzeba głośno przypominać Polakom nie polsko-polska. To jest wojna pomiędzy Polską i mieszkającą tu V-tą kolumną, konfidentami i ogłupioną przez nich masą użytecznych idiotów. W 1939 r. Polska przegrała wojnę z V-tą kolumną. Straciliśmy niepodległość. Dziś niewiele jej już zostało. Kury bezwzględnie zadziobią na śmierć chorą w stadzie. Tak samo reagują państwa. Jeżeli wyczują swąd choroby, po prostu przejmują włości. Nasze państwo jest śmiertelnie chore. Zbliża się koniec. Trzeba być ślepym i głuchym aby tego nie widzieć. Po fakcie POcałujcie się w du…pę. Walczyć trzeba teraz. Dziękuję i podziwiam J. Kaczyńskiego za wielki hart ducha, nadludzką wytrzymałość psychiczną, wizjonerstwo i twarde dążenie do celu. Polacy uczcie się. Myślę, że teraz społeczeństwo ma łatwiejszy wybór niż za komuny, może się bowiem opowiedzieć albo za obozem agentury, albo obozem propaństwowym, patriotycznym, wybór jest bardzo czytelny i jednoznaczny: niech nikt później nie szuka wymówki że tak mu się wydawało, że tak pięknie im z oczu patrzyło: a wy drodzy katolicy idziecie na mszę a później rechoczecie jak Laskowik w swoim programie kpi z Krzyża, wartości chrześcijańskich i narodowych, patriotów, etc. A wiesz Polko, Polaki, że w USA i Kanadzie nie dopuściła ta esbecko-świnska „dymokracja” jewropejska 10 milionów Polaków Patriotów do wyborów!!! Wiecie esbeki, volksdeutsche, renegaci i ich lokaje ile procent dostałyby wasze germańsko – kacapskie marionetki w uczciwych i niesfałszowanych wyborach?!!! Ścierwa pozostaną zawsze ścierwami, nawet w dworskich przystrojach!!! A na koniec brawa dla Pana Jarosława, z germańsko-kacapskim nierządem zrobimy koniec!!!Panie Prezesie, czujemy tak samo i to samo co Pan.. Upokorzenie było w zamyśle zamachowców. Rosyjskie śledztwo swoja drogą, ale co z polskim śledztwem?! Kto wreszcie odpowie za:
    1. zlecenie remontu samolotu przez ruskich mafiozo i agentów , spiskowanie z ruskimi i rozbicie polskiej delegacji na 2 różne daty, brak wymaganego prawem, zabezpieczenia wizyty Prezydenta, zmuszenie generalicji do zajęcia miejsc obok delegacji cywilnej,
    2. oddanie ruskim eksterytorialnych dowodów rzeczowych stanowiących polską własność.
    3. przyjecie zalutowanych trumien z zakazem otwierania!!! swoiste kuriozum w skali światowej!!!.
    4. skandaliczne kłamstwa i matactwa po stronie urzędników nierządu TU-154-SKa i polskiej prokuratury,
    5. tajemnicze śmierci, przed tragedią zamachem (Michniewicz) które nie ustają od 10 kwietnia np: dr nauk technicznych E. Wróbla?ostatnio.
    6. Kłamstwo na kłamstwie i kłamstwem pogania. Informacje przekazywane to drwina z ludzkiej inteligencji.Nie trzeba być fachowcem, żeby stwierdzić, że tak rozerwać kadłub przy upadku z małej wysokości mógł tylko potężny wybuch w przedziale pasażerskim.
    Szanowny Panie Jarosławie apel Polaków i Polonii do szanownego pana. Ojczyzna w potrzebie! Właśnie teraz potrzeba nam wielkich ludzi, szlachetnych, mądrych, odważnych oddanych słusznej sprawie jak Pan Jarosławie. „Panie Michale” jest Pan naszą ostatnią nadzieją choć nie jedyną. Życzę Panu Błogosławieństwa Bożego, zdrowia i bardzo proszę aby Pan był ostrożny na ile to w ogóle możliwe. Z wyrazami szacunku Polak z krwi i kości.
    Bardzo ważne, proszę „podać” dalej http://lubczasopismo.salon24.pl/debatyopolsce/post/244830, ITI -powstalo-na-zlecenie-sluzb-brzmi-oszolomsko-prawda-sprawdz – Ten materiał polecam szczególnie umysłowemu peowskiemu betonowi wykreowanego przez WSI24 na MWZDM ™. Dla osób, którzy są związani ideowo i moralnie z Niezależna oraz dla czytających tutaj służbowo nie jest to żadna rewelacja. W tej sprawie trzeba się cofnąć do roku 1989 do obrad „okrągłego stołu” czyli stołu z kantami!!!co to był okrągły stół? najpierw proszę zapoznać się z tym: http://www.kki.pl/piojar/polemiki/novus/iluminaci/dolar.html

  12. Andrzejek2010 said

    WP #11
    Bo większość ludzi myśli, że skoro Szczepkowska powiedziała „skończył się komunizm”, to tak jest istotnie.
    Ci, co nie wierzą w ciągłość działalności służb PRL owskich, pewnie myślą, ze okrągły stół odebrał komunistom rozum.
    Często lepiej jest rządzić z ukrycia, wyręczając się usłużnymi, niż oficjalnie.

    Ci ludzie, którzy rechoczą z kawałów Laskowika i innych pejsatych kabaretów, wyśmiewających się z nas Polaków a następnie biegną do kościoła, bo jak twierdzą są katolikami, to takie gębodupy, które żrąisrają i nie maja czasu pomyśleć z kogo pejsate się śmieją, więc śmieją się razem z nimi.

    Ludzie! Nim będziecie parskać śmiechem zastanówcie się o kim jest ten czy inny kawał!

    Dlaczegożeś biedny? bom głupi.
    Dlaczegożeś głupi? bom biedny.
    Dlaczego śmiejesz się z własnej biedy i głupoty – odpowiedz, jeśli wiesz, lecz wpierw wyłącz TVN

  13. Ant said

    Re: Marek Szyjkowski (10)
    Pana wypowiedź nakłania do zastanowienia się nad „głupotą”. Ciekawe, jak (czy w ogóle) zrozumiał Pan tekst p. Andzreja Kumora skoro zaczyna swoją wypowiedź od: ” Biedny, głupi naród, który chyba nigdy nie dorośnie do wolności w samodzielności.”
    Ja zacząłem współczuć Panu…

  14. Lubomir said

    Zbliżają się wybory, zatem jak zwykle agenturalne wtyczki aktywizują się, wywołując chaos. Scenariusz jak zawsze ten sam: mają wygrać ci sami czerwoni koryciarze i schlebiający im polityczni menele. ‚Folwark Zwierzęcy’ wciąż ma się w Polsce dobrze. Świnie nie mają ambicji, ale potrzebują koryt. Zresztą i pospolita świnia potrafi chwycić pod bok biskupa i udać przyjaciela katolickiego elektoratu.

  15. WP. said

    JOASIA K.-R., MAREK M. I ELA J. – Bezwzględnie rację ma pan Rafał Ziemkiewicz, obśmiewany też przeze mnie za siedzenie okrakiem na barykadzie – Tu nic się nie zmieni, dopóki gawiedzi nie zabraknie kasy na „grillowanie”! Przeto żeby nie wiem co wyczyniali Jarosław Kaczyński wraz z prominentnymi działaczami Prawa i Sprawiedliwości, nie powiększy to ich elektoratu na tyle, aby wygrać wybory w stopniu umożliwiającym skuteczną władzę. W dającym się przewidzieć czasie nadal dominować będą wśród polskich wyborców zwolennicy status quo, którzy notabene doskonale wiedzą czym jest rzeczpospolita kolesiów. Tego towarzystwa jest łącznie ok. 9 milionów ( 7 mln. elektorat PO i 2 mln. komuchów)…Interes w kontynuowaniu III RP mają nie tylko Rychu, Zbychu i Miro ale też wszystkie autorytety wyrosłe na wspomaganiu komunistycznej bezpieki, głównie z wpływowych środowisk kultury, mediów i kadry akademickiej. Czują bowiem paniczny strach przed tym, co mogą zawierać dokumenty spoczywające na półkach Instytutu Pamięci Narodowej…Do powyższego areopagu dołączają aferzyści i kombinatorzy łamiący na co dzień nie tylko prawo karne ale również prawo pracy, dotyczące podatków i składek na ubezpieczenia społeczne. Ponieważ na złodzieju czapka gore, wśród tej rzeszy nie może zabraknąć też tych, którzy jak Polska długa i szeroka kantują na jakości towaru i go fałszują. Na wspomnienie siepaczy Ziobry, walących w drzwi o 6-tej rano, wszystkich ich ogarnia przerażenie…Brak – bolesnych dla pijaru – reform finansów publicznych świadczy dowodnie, że rządząca aktualnie ekipa bez wahania powiększa lawinowo rosnące zadłużenie, co przyszłą katastrofę a la Grecja spotęguje. A wszystko to tylko po to, aby dotrwać do przyszłorocznych wyborów…Wracając zaś do wspomnianego na wstępie grilla, gdy już pierdyknie – pewnie znacznie mocniej niż w Grecji – z powodu braku kasy na trunki i zakąskę, rozeźli się milcząca większość, która w liczbie ok. 14 milionów na wybory na ogół nie chodzi, a wtedy!… Ale tego, co stanie się wtedy, nie odgadną najstarsi górale! Natomiast jeśli chodzi o Joasię K.-R., Marka M. i Elę J., to w tej kwestii najcelniej chyba wypowiedział się pan Feliks Siemienias już na początku lat 90. Przypomnę, że – jako wschodząca gwiazda biznesu – brylował on wówczas w telewizjach wszelakich. Powiedział on wtedy, że wielu polityków świeżego chowu cierpi na przypadłość w pewnym sensie przypominającym chorobę kesonową. Po prostu – Ich głowy, wyniesione nagle na wyżyny, nie wytrzymują zmiany ciśnienia!…Niewątpliwie Jarosław Kaczyński jest winien wywindowania tak wysoko łepetyn do tego całkowicie niedojrzałych!

  16. Lubomir said

    W sondażach słupki PO ‚rosną’ z dnia na dzień. Chyba Putin z Frau Merkel ustalają wysokość tych słupków i przekazują do polskojęzycznej TV. Przecież wygrana Prawa i Sprawiedliwości oraz polskich ugrupowań, oznaczałaby jednoznacznie wyroki skazujące dla polityków-kryminalistów, dla agentów i lobbystów Moskwy i Berlina. Poszłyby pewnie pod młotek fortuny złodziei i aferzystów. Czerwono-brunatna swołocz drży o swoją przyszłość. Gdzie na świecie trafiłoby im się lepsze żerowisko, niż to jakie znależli w Polsce?.

  17. WP. said

    Andrzejek2010 obejrzyj i wysłuchaj tego http://www.youtube.com/watch?v=PptwqDCXFQI

  18. witos said

    Wiele lat temu bylem w Wiedniu i z zadroscia patrzylem na mloda Austriaczke, ktora z para dzieci paradowala po ulicy ubrana w ludowe stroje austriackie. Zewsza spotykala sie z wyrazami sympatii i podziwu.
    W tym samym czasie w polskiej telewizji szalala niejaka Lipinska,
    ktora miala hopla na punkcie wysmiewania polskiej ludowej kultury.
    Wspolczesnie podobne osmieszanie mozna znalezc w serialu „Kiepscy”
    Zastabnawiajace, ze do tego pogardliwego stosunku do polskiej kultutry ludowej zakorzenionego wsrod Zydow i polskiego ziemianstwa
    dolaczyly masy „mieszcuchow” w poerwszym pokoleniu, ktore w ten sposob chyba dowartosciowywalyy sie smiejac sie ze swoich braci, ktorzy pozostali na gospodarstwach na wsi.

  19. Andrzejek2010 said

    Witos #17

    Jak często mamy okazję oglądać w TV, lub słuchać w radiu, zespoły takie jak Śląsk czy Mazowsze?
    Młodzi ludzie, którym nie było dane słuchać tej pięknej muzyki, są okaleczeni i nie zdają sobie z tego racji.
    „Czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci”
    „Czego Jaś się nie nauczy tego Jan nie będzie umiał”
    Oglądałem kiedyś film wyjaśniający dlaczego lubimy czekoladę. Autor wyjaśniał, że upodobania smakowe do czekolady to efekt nauki.
    Prawie wszyscy rodzice, nie wiedzieć czemu, podają swoim dzieciom czekoladę. Jest to nauka wyrabiania upodobań smakowych.
    podobnie jest z historią i kulturą własnego narodu. jeżeli przegapimy moment dogodny do przekazania informacji, to wychowamy dzieci która, nie dość, że będzie stroniła od własnej kultury, to jeszcze będzie się jej wstydziła.
    Tak jest z oceną zespołów Mazowsze i Śląsk. Młodzież mówi że to KICHA.

  20. Lubomir said

    Re: Witos. Antypolakom, od lewej do prawej najwyrażniej chodzi o to, by wyhodować kosmopolitów, ‚półprodukt’ z którego można uklepać w zależności od potrzeb – Ruska, Niemca lub Żydka. Wstyd przed światem, że szwedzka grupa muzyczna ‚Sabaton’ musiała dopiero zabrać się za takie tematy jak ‚Obrona Wizny’ czy ‚Powstanie Warszawskie’. W Polsce wciąż promuje się bezideowy bełkot muzyczny. To współgra z ‚produkcją’ Kuby Wojewódzkiego i podobnych intelektualnych impotentów, krzewiących polską kulturę czy raczej subkulturę albo antykulturę.

  21. Polskie elity są szczątkowe, a do tego w ogóle nie są dopuszczane do głosu. Tych, których przedstawia się nam w massmediach jako elity, to nie są polskie elity. Tym pewności siebie na pewno nie brakuje – brakuje im wszystkiego: inteligencji, kultury, empatii, ale na pewno nie cierpią na jakiekolwiek kompleksy. Oni po prostu nienawidzą Polski i gdzie tylko można szkodzą jej. Dramat polega na tym, że zwykli Polacy, czerpiąc informacje tylko z głównych przekaziorów, nie widzą tego i wierzą, że te elity, tak puszące się i mądrze wyglądające w ekranie TV naprawdę działają dla wspólnego dobra, a Polska rozwija się najlepiej, jak to tylko możliwe w danych warunkach. Zapędzeni do roboty, harujący od rana do wieczora ludzie w Polsce nie mają nawet malutkiej chwili na refleksję. Dlatego prawdę dostrzegają jedynie ci Polacy, co mają trochę lepszą pracę, trochę więcej czasu na pomyślunek albo są bystrzejsi od innych. Także emeryci i renciści mają trochę więcej czasu wolnego w większości dostrzegają lejącą się wszędzie obłudę.

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: