Wirtualna Polonia

“-Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i ojczyźnie podnieśliśmy głowy.”

Polegli, a wciąż obecni

Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2012-08-03

Jerzy i Bogusław przychodzą na świat w Warszawie w rodzinie inteligenckiej. Matka Maria Zofia, z domu Olszańska, jest nauczycielką. Ojciec Franciszek Dybczak, były legionista, a następnie oficer w przedwojennym Wojsku Polskim, pracuje w latach 30. jako urzędnik Sztabu Generalnego. Chłopcy dorastają w atmosferze umiłowania Boga, Ojczyzny, rodziny i drugiego człowieka. Od początku rodzice wpajają im poczucie obowiązku, odpowiedzialności oraz dyscypliny. Od najmłodszych lat należą do harcerstwa. Najpierw uczą się w szkole powszechnej, następnie uczęszczają do Gimnazjum im. Króla Władysława IV na Pradze i są harcerzami 17. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej. Jurek po ukończeniu gimnazjum i zrobieniu tzw. małej matury rozpoczyna w 1938 r. naukę w Korpusie Kadetów w Rawiczu, jednak wybuch wojny uniemożliwia dalszą edukację. Boguś jest w tym czasie uczniem trzeciej klasy gimnazjum.

Będziemy iść Szarymi Szeregami
6 września 1939 r. kapitan WP Franciszek Dybczak otrzymuje, podobnie jak pozostali wojskowi i cywilni pracownicy Sztabu Generalnego, rozkaz ewakuowania się razem z rodziną do Lwowa. Wraz z żoną i czworgiem dzieci: siedemnastoletnim Jurkiem, piętnastoletnim Bogusiem, jedenastoletnią Teresą i dwuletnim Kaziem, oraz nianią Maryną udają się do Lwowa. Tu 12 września ojciec musi rozstać się z ukochaną rodziną, by z resztą Sztabu wyruszyć w kierunku Rumunii. Do ostatniej chwili waha się, czy nie wziąć ze sobą najstarszego syna, ale podróż w nieznane wydaje się dla chłopca bardziej ryzykowna i niebezpieczna niż pozostawienie go z matką i rodzeństwem. W drodze ojciec żałuje jednak swojej decyzji i chce jeszcze wrócić do Lwowa. Niestety, „odległość była już zbyt duża, a droga zamknięta”, jak napisze później w jednym z pierwszych listów z Rumunii. Nikomu nie przechodzi wówczas nawet przez myśl, że rozpoczynająca się rozłąka będzie trwała aż siedem lat… Franciszek Dybczak przekracza granicę rumuńską 17 września o godz. 7.00 – w tym samym czasie, gdy Związek Sowiecki napada na Polskę. Jurek i Boguś udają się do punktu mobilizacji we Lwowie. Obaj biorą udział w obronie miasta. Po kapitulacji matka z czworgiem dzieci zostaje jeszcze przez kilka tygodni we Lwowie, jednak w połowie listopada, po długich wahaniach, decyduje się na powrót do Warszawy. Chłopcy, którzy przed wojną należeli do działającej przy Gimnazjum i Liceum im. Króla Władysława Czwartego 17. WDH, po powrocie do domu uczestniczą w tajnych spotkaniach harcerzy tej drużyny. Organizuje je gimnazjalny kolega Jurka, Zbigniew Klimas, przed wojną przyboczny drużyny. Jerzy przybiera konspiracyjne imię „Dąb”. Od czerwca do grudnia 1942 r. uczestniczy w tzw. II turnusie Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty o kryptonimie „Agricola”. W ramach II turnusu „Agricoli” szkoli się około 30 chłopców w pięciu tzw. klasach. Zajęcia podchorążówki odbywają się w różnych lokalach, m.in. w mieszkaniu Dybczaków przy ul. Targowej 44 oraz w terenie, np. w Sękocinie, Czarnej Strudze albo w Lesie Kabackim. W Wigilię 1942 r. następuje zakończenie II kursu „Agricoli” dla klas A i B. Uroczystość dla klasy B odbywa się właśnie w mieszkaniu Jurka i Bogusia. To tu sześciu chłopców: Zbigniew Klimas „Rawicz”, Zdzisław Kozankiewicz „Mimoza”, Andrzej Krajewski „Jasieńczyk”, Jerzy Adamski „Jastrzębiec”, Jurek oraz chłopiec o nieznanym nazwisku, otrzymują nominacje na kaprala podchorążego, co jest w owym czasie już stopniem oficerskim. W czerwcu 1942 r. Jurek zostaje włączony do kadry instruktorskiej i szkoli młodszych od siebie kolegów. O dwa lata młodszy Boguś towarzyszy starszemu bratu w działalności konspiracyjnej i jako harcerz 17. WDH również od początku jest w Szarych Szeregach. Przybiera konspiracyjne imię „Boguś”, a później „Georg” (prawdopodobnie od imienia starszego brata), co jest niemiecką wersją imienia Jerzy. Obaj bracia oprócz udziału w konspiracji starają się, podobnie jak wielu rówieśników, kontynuować naukę. Od początku okupacji pomagają matce w utrzymaniu rodziny i poświęcają każdego dnia kilka godzin na pracę zarobkową. Podejmują się różnych dorywczych zajęć, udzielają także korepetycji. Prawdopodobnie w czerwcu 1942 r. Jurek robi na tajnych kompletach tzw. dużą maturę. Jakiś czas później rozpoczyna naukę w Szkole Medycznej II stopnia dr. Zaorskiego (pod tą nazwą kryje się Wydział Lekarski Uniwersytetu Warszawskiego). Marzy, by zostać lekarzem. Jako najstarszy z rodzeństwa staje się odpowiedzialnym opiekunem, bierze na siebie obowiązek zapewnienia rodzinie niezbędnych do życia środków (żywności, butów, odzieży). Jednocześnie bardzo aktywnie angażuje się w działalność konspiracyjną. To wszystko sprawia, że nie może kontynuować nauki. Boguś po zrobieniu w czasie okupacji matury studiuje w latach 1942-1944 w Wyższej Szkole Budowy Maszyn Wawelberga i Rotwanda, oficjalnie Państwowej Szkole Technicznej II stopnia (Szkoła im. Wawelberga i Rotwanda została po wojnie włączona do Politechniki Warszawskiej). Jest niezwykle uzdolniony, ambitny i pracowity. W sierpniu 1943 r. pisze ojcu: „Jestem trzeci pod względem nauki. W osiągnięciu lepszych rezultatów przeszkodziła mi praca, która zajmowała mi w ciągu ostatnich trzech miesięcy po cztery godziny dziennie”. Oprócz tego uczy się języków obcych, gry na skrzypcach. Jest bardzo wrażliwym i głęboko uduchowionym chłopcem. W wolnych chwilach jeździ na warszawskie Bielany i spędza wiele czasu z ojcami marianami.

Piękni dwudziestoletni
Chłopców wyróżnia opanowanie i pogoda ducha. Nie zwierzają się nigdy ze swoich problemów ani matce, ani listownie ojcu. Wręcz przeciwnie, zawsze znajdują dla obojga rodziców słowa otuchy i pocieszenia. Ich listy do niepokojącego się o rodzinę „Ojczulka” są pełne miłości, tęsknoty, troski o niego, ale jednocześnie zapewnień o tym, że ze wszystkim doskonale sobie radzą i że rodzina materialnie jest zabezpieczona. Często starają się rozweselić zatroskaną i zamartwiającą się matkę czy też rozbawić rodzeństwo. Lubią żartować i płatać drobne figle. Jurek zakłada nieraz swoją długą nocną koszulę i wymachując rękoma, skacze po łóżku na tle otwartych na oścież drzwiczek rozżarzonego pieca. Udaje ducha. Wtedy wszyscy, szczególnie młodsze dzieci, pokładają się ze śmiechu. Nieraz Jurek chwyta w objęcia matkę i porywa ją do tańca przy taktach gramofonowej muzyki. Zofia Dybczak tak pisze w jednym ze swoich listów do męża: „Wielką pogodę ducha te dzieci mają i podtrzymują cały dom”. Bracia często spotykają się ze swoimi rówieśnikami. Mimo okupacji dom tętni życiem i wesołością. Chłopcy urządzają też nieraz wraz ze swoim towarzystwem wypady poza miasto. Jednak niektóre z tych wyjazdów i spotkań mają tylko z pozoru charakter towarzyski, a w rzeczywistości należą do obowiązkowych konspiracyjnych szkoleń lub ćwiczeń. Jurek ukrywa w domu gazetki oraz broń (skrytką był komin). Tajemnicę tę zna tylko niania, ponieważ Jurek nie chce przysparzać dodatkowego zmartwienia matce. Członkowie rodziny wiedzą o zebraniach konspiracyjnych, w których uczestniczą bracia, jednak nie znają szczegółów. Cała rodzina modli się codziennie wieczorem przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, zawsze zapalona jest tam wieczna lampka. Do modlitwy klęka z przodu matka z młodszymi dziećmi i nianią Maryną, za nimi, z tyłu, obaj starsi chłopcy. Proszą np. o zakończenie wojny, o powrót ojca, o chleb do świętego Antoniego. Po każdym wezwaniu odmawiają „Ojcze Nasz” i „Zdrowaś Maryjo” lub jeden dziesiątek Różańca.

Obrońcy Starówki
Wiosną 1944 r. dochodzi do dużych reorganizacji Hufca BS Praga. Wtedy obaj bracia trafiają do powstałego w ramach Bloku „Bazylika” trzeciego plutonu Grup Szturmowych „Jurand” złożonego głównie z harcerzy ich dawnej drużyny 17. WDH. Nazwa plutonu pochodzi od imienia rozstrzelanego przez Niemców 9 listopada 1943 r. komendanta Hufca Praga Mieczysława Słonia „Juranda”. Pluton „Jurand”, w którym Jurek pełni funkcję jednego z trzech drużynowych, zostaje tuż przed wybuchem Powstania włączony do nowo powstającej trzeciej kompanii „Zośki”. Dowódcą trzeciej kompanii zostaje Jan Wuttke, „Czarny Jaś”, a jego zastępcą Wiktor Szeliński. W przeddzień wybuchu Powstania, 31 lipca, dowódca plutonu „Jurand” Zbigniew Klimas otrzymuje rozkaz „przerzucenia” swojego oddziału z Pragi do lewobrzeżnej Warszawy i rozlokowania go w Śródmieściu. Rozkaz ten zostaje natychmiast przekazany podkomendnym i bezzwłocznie wykonany. Nie udaje się jednak dotrzeć do wszystkich, w związku z czym na drugą stronę Wisły przedostaje się tylko część plutonu. Jurek i Boguś tego samego dnia opuszczają mieszkanie przy ul. Targowej. Zgodnie z zasadami konspiracji nie wychodzą równocześnie: Boguś wyrusza pierwszy, Jurek jakiś czas po nim. Jest piękny letni dzień. Teresa odprowadza Jurka do samej ulicy, zatrzymuje się i spogląda w stronę cerkwi za oddalającym się bratem, aż ginie on jej z oczu na zalanej słońcem Targowej. Nie wie wtedy, że więcej nie zobaczy go żywego… Harcerze „Juranda” mają być rozmieszczeni w trzech kwaterach mobilizacyjnych, gdzie mają spędzić noc i czekać na rozkazy dowództwa trzeciej kompanii batalionu „Zośka”. Bracia Dybczakowie zostają zakwaterowani przy ul. Długiej, w mieszkaniu kolegi z tego samego plutonu, dowódcy trzeciej drużyny Wojciecha Lewandowskiego „Kraka”. Ich dowódca Klimas oraz kilku innych kolegów udają się na ul. Natolińską w pobliżu Koszykowej, zaś pozostali na ul. Okólnik. 1 sierpnia przed południem Klimas spotyka się jeszcze raz ze znajdującymi się po lewej stronie Wisły harcerzami swojego plutonu w stołówce nieopodal Zamku Królewskiego. Wtedy Klimas widzi Jurka i Bogusia po raz ostatni. Gdy o godz. 17.00 wybucha Powstanie, do czekających w trzech punktach harcerzy „Juranda” nie dociera żaden rozkaz. Wówczas spontanicznie zostaje podjęta decyzja, żeby przyłączyć się do najbliżej walczących oddziałów. Harcerze przebywający z dowódcą plutonu Klimasem na Natolińskiej zgłaszają się do znajdującego się w okolicach ul. Koszykowej batalionu „Ruczaj”. Jurek i Boguś wraz z dwoma kolegami, Wojciechem Lewandowskim „Krakiem” oraz Stanisławem Trzópkiem „Bacą”, zgłaszają się do mjr. „Roga”, komendanta I rejonu AK i otrzymują przydział do walczącego na Starym Mieście batalionu „Dzik”. Po reorganizacji, którą przeprowadza w pierwszych dniach Powstania dowództwo batalionu, zostają ostatecznie przydzieleni do nowej 15. Kompanii powstającej z napływających ochotników oraz żołnierzy, którym nie udało się dotrzeć do swoich oddziałów. Trzeci pluton Grup Szturmowych „Jurand” przestaje istnieć. Jurek, który w macierzystym plutonie był dowódcą pierwszej drużyny, zostaje sekcyjnym w trzecim plutonie tej kompanii. Walczące w rejonie Starego Miasta jednostki batalionu „Dzik” opanowują na początku Powstania m.in. ważne strategicznie punkty znajdujące się przy nieistniejącej dziś ul. Rybaki. Z zachowanych informacji wynika, że Jurek i Boguś walczyli właśnie w tym rejonie. Ulica ta znajduje się wówczas na Nowomiejskim podskarpiu i biegnie równolegle do Wybrzeża Gdańskiego. Rozpoczyna się u zbiegu ulic Mostowej i Boleści, gdzie po prawej jej stronie, pod nr. Rybaki 2, znajduje się gmach Starej Prochowni, a tuż obok, pod nr. 4/6, są budynki należące do fabryki barwników garbarskich Quebracho. Drugi koniec ulicy zamyka ul. Wójtowska, a ostatnim budynkiem po tej samej stronie, co Prochownia i fabryka, jest kilkupiętrowy nowy gmach szkoły powszechnej z adresem Rybaki 32. Po przekątnej stoją budynki należące do Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych z numerem Rybaki 35. Ten teren jest najbardziej wysuniętym na wschód rejonem walk i stanowi obronę dostępu do Starego Miasta od strony Wisły. Dlatego też niczym nieosłonięty jest wystawiony na bezpośredni ogień artylerii niemieckiej oraz ciężkiej broni maszynowej, które mają swoje stanowiska po drugiej stronie Wisły, na wprost ul. Boleść, na plaży przed ogrodem zoologicznym. Jest też wielokrotnie bombardowany przez samoloty, ostrzeliwany przez czołgi oraz atakowany przez piechotę. Momentami ostrzeliwują go ciężkie działa stojącego nieopodal na moście pociągu pancernego, a także kanonierki pływającej po Wiśle.

Placówka na Rybakach
Od pierwszych dni Powstania oddziały batalionu „Dzik” obsadzają szkołę przy ul. Rybaki 32, barykadę u wylotu ul. Rybaki na ul. Wójtowską oraz barykadę przy ul. Kościelnej, jak również domy przy ul. Rybaki 22 i 24. Są to punkty znajdujące się od północnej strony, przy końcu ulicy. 8 i 9 sierpnia batalion zajmuje przy ul. Rybaki nowe placówki: Pekin-Madryt (Dom Polonii Zagranicznej, ul. Rybaki 14/16), Starą Prochownię i barykadę przy ul. Boleść oraz fabrykę Quebracho. W książce dowódcy batalionu T. Okolskiego „Batalion „Dzik”” czytamy: „W nocy z 08 na 09 sierpnia kpr. pchor. „Dąb” (Jerzy Dybczak) i kpr. „Albin” (Zenon Bakalarski) wraz z dwoma strzelcami, wszyscy z plutonu ppor. „Okszy”, zgłosili się na ochotnika na wypad w celu zlikwidowania obserwacyjnego punktu nieprzyjaciela. Pomimo stałego oświetlenia terenu rakietami i silnego ostrzału zadanie wykonali, zdobywając jednocześnie dwa granaty. Pchor. „Dąb” i kpr. „Albin” za czyn ten zostali odznaczeni KW” (s. 37-38). We wniosku o odznaczenie oprócz informacji, iż Jurek jest inicjatorem całej akcji, oraz oprócz opisu samego czynu można przeczytać, że „jest żołnierzem wzorowym, karnym, zdyscyplinowanym, inteligentnym i pełnym inicjatywy”. Wniosek zostaje sporządzony kilkanaście dni później, 21 sierpnia, czyli dokładnie w dniu śmierci Jurka. W ciągu kilkunastu dni walk na Rybakach Niemcom udaje się zburzyć i spalić wiele budynków, które stanowiły dla walczących osłonę. Konieczne jest więc ciągłe wzmacnianie barykad oraz wykopywanie tzw. rowów łącznikowych umożliwiających powstańcom przemieszczanie się między ruinami po odsłoniętym terenie. Wszystkim coraz bardziej daje się we znaki fizyczne wyczerpanie, brak broni, żywności, środków opatrunkowych i lekarstw. Jednak mimo tych nieludzkich warunków: „Po dwudziestu dniach boju odcinek broniony przez batalion „Dzik” był w całości utrzymany. Ruiny szkoły, Pekin-Madryt, fabryka Quebracho, Stara Prochownia – wszystkie placówki położone wzdłuż ul. Rybaki nadal były bronione przez batalion, mimo wielokrotnych ataków wroga (…). Ulic Rybaki, Kościelna, Boleść Niemcy przekroczyć nie mogli” (T. Okolski, dz. cyt., s. 52). 21 sierpnia we wczesnych godzinach rannych rozpoczyna się ciężkie natarcie niemieckiej artylerii i lotnictwa oraz czołgów. W wyniku tych działań mający zaledwie 22 lata Jurek ginie prawdopodobnie na terenie placówki Madryt-Pekin, gdzie też zostaje pochowany. Boguś ciężko ranny (utracił lewą nogę oraz odniósł rany lewej ręki) zostaje przeniesiony do szpitala polowego przy ul. Długiej 7. Umiera z wykrwawienia przypuszczalnie jeszcze tego samego dnia, mając tylko 20 lat. Ciężkie walki na Rybakach o utrzymanie pozycji trwają do momentu decyzji o wycofaniu zdziesiątkowanych oddziałów na teren Nowego Miasta i do kościoła św. Jacka przy ul. Freta. Z ul. Rybaki nie zostaje kamień na kamieniu. Nigdy też nie zostaje ona odbudowana. Dziś znajdują się tam zielone tereny rekreacyjne z fontannami.

Gloria Victis
Przez długie tygodnie rodzina nie wie, co dzieje się z Jurkiem i Bogusiem. Matka i rodzeństwo, którzy przez całe Powstanie przebywają w praskim mieszkaniu, słyszą odgłosy nieprzerwanych, zaciętych walk. Widzą wielką łunę nad miastem, co napełnia ich trwogą. Mają jednak nadzieję, że chłopcy żyją i że lada chwila wrócą do domu. Czekają. Rodzina nie ma żadnych wieści o Jurku i Bogusiu aż do wiosny 1945 r., kiedy w mieszkaniu przy Targowej zjawia się nieznajoma kobieta, która przynosi matce wiadomość, że jej starszy syn, Jerzy, poległ w Powstaniu Warszawskim. Kobieta jest ocalałą mieszkanką dawnej ul. Rybaki. Z jej relacji wynika, że zawsze uczynny i opiekuńczy Jurek cieszył się tam dużą sympatią ludności cywilnej. Podczas jednego z niemieckich ostrzałów miał wynieść ową kobietę spod gruzów. W zamian ocalona miała obiecać Jurkowi, że powiadomi jego matkę na wypadek, gdyby zginął. Tak się też stało. Gdy działania wojenne ustały, ciała poległych powstańców oraz mieszkańców Warszawy były przez wiele miesięcy wykopywane z prowizorycznych mogił znajdujących się na terenie całego miasta czy wydobywane spod zwałów gruzu i umieszczane w zbiorczych grobach, skąd po zidentyfikowaniu przenoszono je do indywidualnych kwater na cmentarzach. Jedną z takich zbiorowych mogił stał się Ogród Krasińskich. To właśnie tu przenoszono zwłoki ze Starego Miasta. Maria Dybczak po otrzymaniu wiadomości o śmierci najstarszego syna z siedemnastoletnią Teresą, ośmioletnim Kaziem oraz nianią Maryną poszukuje ciała Jerzego w Ogrodzie Krasińskich. Trudno opisać atmosferę panującą w miejscu, w którym zebrane zostały tysiące rozkładających się ludzkich zwłok, a żywi krążą wśród nich, próbując rozpoznać drogie im osoby. Ciszę rozprasza rozdzierający płacz małego Kazia, który z matką i siostrą drepcze przerażony między rzędami ludzkich szczątków i szuka wśród nich swojego ukochanego brata. Wielu obecnych odrywa wzrok od zmarłych i spogląda ze współczuciem na zrozpaczonego chłopca. Nieoczekiwanie zamiast ciała Jurka rodzina rozpoznaje wśród poległych ekshumowanych 21 kwietnia z terenu szpitala przy ul. Długiej 7 ciało Bogusia. Jego tożsamość potwierdza znajdujący się w marynarce portfel z dokumentami, m.in. z dobrze zachowaną legitymacją AK-owską, kenkartą i świętym obrazkiem. Zwłoki od pasa w dół są nagie. Chłopiec nie ma lewej nogi poniżej podudzia. Matka i rodzeństwo zdają sobie w tym momencie sprawę, że nie żyją obaj chłopcy… W szoku poszukują drugiego ciała. Gdy znajdują zwłoki bez ubrania i dokumentów, wydaje im się, że może to być ciało Jurka. Antropolog przekonuje matkę, że zmarły jest z pewnością jej synem. Obydwaj polegli zostają oddani rodzinie. Następuje pogrzeb. Chłopcy zostają pochowani na cmentarzu Wojskowym na Powązkach w kwaterze A25, rząd 16, grób 24 i 25. Jednak po upływie kilkunastu dni, 9 maja, okazuje się, że znaleziono zwłoki Jurka w jednej z mogił na terenie ruin budynku Pekin-Madryt. Zidentyfikowano je na podstawie umieszczonej przy ciele w butelce kartki z imieniem, nazwiskiem i adresem. Dwa dni później odbywa się kolejny pogrzeb w kwaterze A25 na Powązkach. Przez wiele lat w każdą niedzielę po porannej Mszy Świętej matka wraz z Tereską, Kaziem i nianią udają się na Powązki. Zanim Warszawa zostanie odgruzowana i zacznie funkcjonować jakakolwiek komunikacja, pokonują całą drogę z Pragi na cmentarz i z powrotem pieszo. Zajmuje im to wraz z odpoczynkiem przy grobie cały dzień. W lipcu 1946 r. wraca do Warszawy z niemieckiej niewoli ojciec. Gdy po raz pierwszy staje nad grobem synów, rzuca się nań ze szlochem. Na brzozowym krzyżu zawiesza różaniec, który towarzyszył mu w czasie wieloletniej tułaczki.


Z listów Bogusia i Jurka pisanych z okupowanej Warszawy do przebywającego w oflagu ojca, Franciszka Dybczaka:


Kochany Tatusiu!
(…) Cieszymy się, że jesteś, Ojczulku, zdrów, że masz sporo zapasów, a z pogodnej treści listu wnioskujemy, że duchowo jesteś o nas spokojny. Tak, drogi Tatku, my również opiekę nad Tobą poleciliśmy Bogu i jesteśmy głęboko przeświadczeni, iż niezależnie od sytuacji, posunięć i zmian politycznych, jakie obecnie przeżywamy, i jakie jeszcze przeżywać nam przyjdzie, doznamy Łaski otrzymania Cię z powrotem całego i zdrowego i spędzenia z Tobą jeszcze wielu lat w gronie rodziny. Drogi Ojczulku! (…) często myślami z Tobą pozostaję. Szczególnie teraz w piątym roku wojny brak Ojca dotkliwie odczuwam. Nie wiem, czy przypisać to tak długiej rozłące, czy też pewnemu rozwojowi intelektualnemu, jaki przynosi wiek i wojna. I chociaż swój rozwój moralny oparłem wyłącznie na etyce katolickiej, chociaż z tego powodu dostąpiłem pełni szczęścia, niemniej jednak brak pewnych z głębi serca płynących rad i wskazówek, jakie w wieku dojrzewania od ojca otrzymać można, utrudnia samokształcenie i tworzy pewną lukę. (…) Kończąc, zasyłam ucałowania rąk.
Kochający syn Boguś


Najdroższy Ojczulku!
Niepotrzebnie się o nas martwisz. Mateczka często zupełnie niepotrzebnie pisze Ci o naszych chwilowych niepowodzeniach, na ogół bowiem wszystko dobrze się kończy. (…) Wierzymy, że przy pomocy Bożej doczekamy się końca wojny i Twojego przyjazdu. Dowody tej Opieki Bożej spotykamy na każdym kroku (…). (…) Kartofle na zimę już mamy, węgiel kupujemy. Ja zarobiłem na buty z cholewami i palto, ale oddałem wszystko do domu. Kupuje się za to trochę zapasów na zimę. (…) Cała rodzinka ma podzelowane buty na zimę. Teresce przerabia się Bogusia palto. (…) Nie martw się więc o nas, materialnie wytrzymamy w zupełności. Niecierpliwie tylko oczekujemy końca wojny i Twego przyjazdu. Wierzę w Opiekę Boską nad nami i w nasze rychłe być może spotkanie i to tylko podtrzymuje mnie na duchu (…). (…) Kaziutek uczy się ślicznie, Boguś jeszcze lepiej. Ja chciałbym zostać lekarzem. (…)
Ściskam Cię i całuję
syn Jerzy



Katarzyna E. Zegadło
Katarzyna Zegadło prosi o kontakt osoby, które znały Jerzego i Bogusława Dybczaków: kzegadlo@uw.edu.pl. Autorka jest bratanicą Jerzego i Bogusława, córką opisywanego w tekście Kazimierza. Zdjęcia pochodzą z jej archiwum.

Reklamy

Jedna odpowiedź to “Polegli, a wciąż obecni”

  1. kuba18 said

    Więcej takich opowieści. Dziękujemy!

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: