Wirtualna Polonia

“-Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i ojczyźnie podnieśliśmy głowy.”

O co troszczy się prof. Hartman?

Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2013-07-23

Po raz kolejny prof. Jan Hartman, etyk z zawodu, występuje jako „znawca” Kościoła, Stolicy Apostolskiej i jej międzynarodowych stosunków z państwami. Ostatnio w „Gazecie Wyborczej”(bo i gdzież indziej?) przy użyciu całej swojej wiedzy i kompetencji pytał się, szukając odpowiedzi, „czy nie nadszedł czas, by Polacy stali się panami we własnym domu, a demokratyczne państwo mogło się szczycić tym, że wszystkich obywateli traktuje jednakowo?”. Zagrożenie dla suwerenności państwa polskiego dostrzega w konkordacie. Posługując się propagandą polegającą na upowszechnianiu pewnych idei w sposób mało racjonalny, przez odwoływanie się do schematów, reklamy, sloganów itd., oraz  perswazją, która przybiera formę pozornych zabiegów uzasadniających jakieś przekonania, mające prowadzić do zaakceptowania twierdzenia przez słuchacza – próbuje wmówić czytelnikom, że konkordat jest „reliktem przeszłości”, a średniowiecze nigdy nie skończyło się w Polsce, bo zabrakło nam prawdziwej rewolucji demokratycznej. A ponad to bardzo razi pana etyka fakt, że polscy biskupi zabierają głos w sprawach narodu i społeczeństwa. Uważa to za przykład naruszania autonomii pomiędzy państwem a Kościołem. Profesorowi Hartmanowi w głowie się nie mieści także i to, że można dyskutować o sprawach stosunków religijnych na płaszczyźnie politycznej. I dlatego uważa, że należy uwolnić państwo polskie od „upokarzającego zobowiązania do posiadania ze Stolicą Apostolską konkordatu oraz samego konkordatu”. Sposób myślenia i argumentowania prof. Hartmana jest rodem z PRL-u.

Nie wiem, jakiej klasy etykiem jest profesor Hartman. Wiem natomiast, że chcąc być coraz bardziej politykiem i dostrzeganym oraz docenianym przez obecną władzę (z czym się wcale nie kryje), zamiast dyskusji będącej zespołowym rozwiązywaniem autentycznych problemów w celu dochodzenia do prawdy, zajmuje się pseudoproblemami i antykatolicką oraz antykościelną działalnością. Posługuje się przy tym demagogią, tj. odwoływaniem się do poczucia krzywdy;  agitacją, tj. odwoływaniem się tylko i wyłącznie do uczuć rozmówcy i do wspomnianych wcześniej propagandy i perswazji. A przecież naukowiec występujący w mediach jako autorytet-ekspert, powinien posiadać minimum pokory i zdrowego krytycyzmu, pamiętając o tym, że jest ekspertem tylko i wyłącznie w swojej dziedzinie. Gdy zaś wypowiada się na tematy nie związane z nią bezpośrednio, reprezentuje tylko i wyłącznie swoje własne poglądy. W takim razie filozof nie koniecznie musi znać się na teologii i Kościele.  A poza tym, już starożytni wiedzieli, że używany w dyskusji argument z autorytetu jest najsłabszym z możliwych. Artur Schopenhauer w Erystyce, czyli sztuce prowadzenia sporów już w 1830 r. zaprezentował sofistyczne chwyty będące wynaturzoną erystyką, służącą do prowadzenia pozornej dyskusji. Jako trzydziesty z kolei „chwyt” podał argumentum ad verecundiam – argument uczestniczą w tej sofistycznej manipulacji.

O co troszczy się prof. Hartman? O Kościół – na pewno nie, bo raz po raz wypowiada swoje antykościele opinie nie poparte żadnym trafnym merytorycznym argumentem. Czy dba o dobro państwa polskiego? Niekoniecznie, gdyż podjudza i szczuje państwo polskie na Kościół, który ma niezaprzeczalny wkład w ponad 1000 letnią historii państwa polskiego, również w tę najnowszą. Czy dba on o ethos naukowca? Swoimi demagogicznymi wypowiedziami raczej go obniża i ośmiesza. O co więc dba pan etyk m- dyżurny ekspert? Wydaje się, że o swoją „karierę polityczną”, gdyż „znudziło się” być mu autentycznym naukowcem. Profesor Hartman ma wielki problem. Gubi się w swojej tożsamości. Zapomina o tym, że wyższe wykształcenie (studia magisterskie) zdobył na KUL-u i to w czasie, kiedy społeczeństwo katolickie płaciło na KUL, gdyż nie było wtedy żadnej państwowej dotacji. To Kościół go wykształcił i dbający o funkcjonowanie w tym czasie KUL-u biskupi. A on dziś bezpodstawnie i pezpardonowo atakuje Kościół i biskupów. Czy to tylko brak elementarnej kultury i wdzięczności, czy jakąś pomroczność? Pan etyk musi to sam przemyśleć. A jest co.

A kim powinien być autentyczny naukowiec? W 1936 roku Florian Znaniecki w książce Społeczne role uczonych, opisał zjawisko „postępowego bankructwa ludzi czynu” (prezydenci, ministrowie, dyrektorzy departamentów itd.), którzy uważając się za „samowystarczalnych kierowników życia”, popełniali podstawowe błędy w kierowaniu rzeczywistością społeczną, nie umiejąc planować w perspektywie przyszłości i marnując tym samym szanse rozwojowe. Przyczyną tych braków oraz nie urzeczywistnianych możliwości mimo tego, że owi kierownicy „mają energie i zdolności praktyczne”, była ignorancja, brak wiedzy o kierowanej przez nich rzeczywistości oraz brak wyobraźni. Dlatego też Znaniecki przypominał uczonym o ich doniosłych funkcjach społecznych, do których zaliczał w pierwszym rzędzie: służbę prawdzie na drodze poznania, badań, diagnozowania rzeczywistości, a następnie służbę rozwojowi, poprzez budowanie przyszłości opartej na swoistym twórczym wizjonerstwie.

Zdaniem F. Znanieckiego od uczonych powinno wymagać się perfekcjonizmu w sztuce myślenia i wytyczania praktyki, przy równoczesnej niezależności badawczej. Uczeni powinni dbać o rzetelną wiedzę, która adekwatnie opisuje i interpretuje rzeczywistość, a ponad to wyznacza nowe kierunki głębszego myślenia o rzeczywistości w przyszłości. Zadaniem naukowców jest więc chronić wiedzę przed iluzjami i utopiami. Naukowiec w trakcie wytwarzania wiedzy naukowej powinien kierować się prawdą, odpowiedzialnością i samokrytyką. Sam czując się odpowiedzialny za naukowy status tworzonej i rozpowszechnianej przez siebie wiedzy, powinien także zachować zmysł krytyczny odnośnie innych twórców wiedzy i ich wytworów. Człowiek, który używa swojego naukowego autorytetu jako argumentu w dyskusjach nad ważnymi społecznie problemami, stając się zideologizowanym „dyżurnym autorytetem” obniża status dyskusji, ośmiesza siebie samego i środowisko naukowe, z którego wywodzi się. Polsce nie potrzeba dyżurnych autorytetów-ekspertów, ale prawdziwych naukowców, którzy w sposób rzetelny i metodologiczny dzielą się swoją wiedzą i umiejętnościami ze społeczeństwem, spełniając wzglądem niego ważną rolę społeczną: myśliciela i stróża prawdy.

 

Ks. dr Mariusz Sztaba

Instytut Pedagogiki KUL

WirtualnaPolonia

P.s. Zobacz także:

http://ekai.pl/wydarzenia/polska/x69018/o-polske-wolna-od-demagogii/

Reklamy

Komentarzy 7 to “O co troszczy się prof. Hartman?”

  1. @ + @ = @@ said

    Ależ to oczywiste o co troszczy się prof. Hartmann!

    Otóż Profesor Hartmann troszczy się o wolnomularstwo, przy czym takie zachowanie uważa on za „etyczne”. Jemu wolno wypowiadać się o sprawach państwa, bo to jest „etyczne”, natomiast ludziom wierzącym nie wolno się wypowiadać, bo to jest „nieetyczne”.

    Dla Jaśnie Etycznego Profesora „etyka” to etykietka, którą chętnie pokazuje drugim, a jego samego etyka po prostu nie dotyka tylko zatyka. Dlatego też ów profesor ludziom ciemnotę wtyka, mówiąc im, że to właśnie jest etyka.

  2. Boryna said

    Protestancki UL ma w szeregach absolwentów wielu takich chwalebnych postaci jak prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz, M. Szyszkowska,itd.

  3. aga said

    Warto przypomnieć tutaj w temacie tego polakożercy Hartmanna cenny wykład ks. prof. W. Chrostowskiego :O źródłach antypolonizmu:
    I pamiętać,gdzie jest źródło wszelkich ataków na KK .

    Tym bardziej,że dzisiaj Polacy znowu są rozgrywani przez swoich wrogów czyli zarówno aszkenazich z New Yorku i Berlina jak i chazarów z Moskwy.

    Antypolonizm = komunizm w każdej swojej postaci również liberallizmu i antyklerykalizmu neomarksistowsko-trockistowskiego …

    Dlatego też jajk najbardziej słuszne są hasła RN o dekomunizację ,bo zaniechanie tejże jest źródłem większości problemów w Polsce.

  4. Janusz said

    ad 2. Nie zapominajmy o takich „osobistościach” jak Palikot i Szczuka.

  5. A.K. said

    Zapomina wół jak cielęciem był.Kto temu panu dał tytuł profesora.Chyba Instytut w Izraelu.To jest przykład typowego zachowania i antypolonizmu ze strony nie Polaka. Nie chcę nikogo obrażać.

  6. aga said

    A skąd się biora te „osobistości”?Nawet niespecjalnie trzeba skrobac po ich genealogii;)

    Z nierozliczenia „komuny”oczywiście.

    Do kolekcji…

    Towarzysze mordercy: Bogusław Hrynkiewicz

    17 kwietnia 1944 roku grupa specjalna Armii Ludowej wraz z agentami gestapo wkroczyła do budynku przy ulicy Poznańskiej 12 w Warszawie. Celem było archiwum Delegatury Rządu Na Karaj, na które chrapkę mieli zarówno Niemcy, Rosjanie jak i podlegli im komuniści. Akcją, która zakończyła się pełnym sukcesem, dowodził ppłk. Jerzy Fonkowicz a zaplanował ją zaufany człowiek Władysława Gomułki Bogusław Hrynkiewicz…

    Hrynkiewicz urodził się 12 września 1909 roku w podlaskim Borkowie, jego ojciec był nauczycielem w miejscowej szkole. Jako student prawa Uniwersytetu Warszawskiego związał się z ruchem komunistycznym, w roku 1929 wstąpił do Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej i został dzielnicowym sekretarzem Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom, działał też w Organizacji Młodzieży Studenckiej „Życie”. W 1932 roku trafił na dwa lata do więzienia za działalność komunistyczną, gdzie – jak sam wspominał – wykładał towarzyszom spod celi zasady marksizmu.

    We wrześniu 1939 roku nie wziął udziału w wojnie obronnej ale, licząc zapewne na rychłe wkroczenie wojsk radzieckich, uciekł do Wilna a później do Białegostoku. Latem 1940 roku został wezwany przez lokalną jednostkę NKWD co sam opisuje tymi słowy: „Przyjął mnie kierownik specoddziału (nazwiska nie pamiętam) i przedstawił mnie obecnemu również w gabinecie członkowi NKWD Konowałowi. Po przedstawieniu mnie Konowałowi kierownik specoddziału wyszedł, pozostawiając nas razem. Konowałow nawiązał krótką rozmowę, w której zaproponował mi współpracę z organami NKWD. Spotkanie to było bardzo krótkie, ponieważ nie mogliśmy [dłużej] korzystać z tego gabinetu i przed rozejściem się umówiliśmy się na następne spotkanie, które miało się odbyć w gmachu NKWD. Kiedy zgłosiłem się na umówione spotkanie, Konowałow wziął ode mnie mój życiorys oraz podpisałem zobowiązanie współpracy”. Od tego momentu zaczął aktywnie działać jako agent sowieckiego wywiadu. Najpierw donosił tylko na swoich kolegów z Miejskiego Wydziału Oświaty, w którym był zatrudniony, później działalność rozszerzył stając się jednym z kluczowych rozgrywających.

    Po zerwaniu przez Niemcy paktu o nieagresji i uderzeniu wojsk hitlerowskich na Sowiety próbował dostać się w głąb ZSRS, dostał się jednak pod ostrzał i był zmuszony wrócić do Warszawy. Nawiązał kontakt z Arturem Ritterem-Jastrzębskim, aktywnym agentem NKWD a przez niego z szefem warszawskiej siatki radzieckiego wywiadu Czesławem Skonieckim. Cała trójka maczała palce w tzw. „Sprawie Hotelu Polskiego”, niemieckiej prowokacji mającej na celu wyłapanie ukrywających się w Warszawie (i nie tylko) Żydów i odstawienie ich do obozów zagłady.
    Przeczytaj także:

    Towarzysze mordercy: Grzegorz Korczyński
    Towarzysze mordercy: Izrael Eisenman

    Warto może wyjaśnić na czym rzecz polegała. Otóż Niemcy rozpuścili plotki, że Żydzi mający paszporty państw neutralnych, głównie południowoamerykańskich, będą mogli bezpiecznie opuścić Rzeszę i wyjechać do krajów, których obywatelstwo posiadają. Z okazji skorzystali różnej maści hochsztaplerzy, którzy zaczęli takie paszporty sprzedawać, jak choćby żydowscy renegaci, współpracownicy gestapo Leon „Lolek” Skosowski i Adam Żurawin (mała dygresja: czyż to nie dowód na potwierdzenie tezy, że Zagłada nigdy nie osiągnęłaby takich rozmiarów, gdyby sami Żydzi nie wzięli udziału w wydawaniu swoich współziomków w niemieckie ręce), możliwość zarobku zachęciła też komunistów. Punktem, do którego mieli się zgłaszać Żydzi chętni do wyjazdu był pierwotnie hotel „Rogal” przy Chmielnej 31, a później hotel „Polski” przy Długiej 29. Oczywiście o żadnych wyjazdach mowy nie było, a całość była prowokacją mającą na celu wyłapanie wszystkich Żydów ukrywających się po aryjskiej stronie. Prowokacją, która zakończyła się całkowitym sukcesem – spośród ponad 2500 Żydów, którzy zgłosili się do hotelu „Polskiego” przeżyło niespełna trzystu.

    Wróćmy jednak do Hrynkiewicza, afera z Żydami wymordowanymi dzięki prowokacji w hotelu „Polskim” była tylko drobnym wycinkiem z jego działalności, której głównym celem było rozpracowywanie niepodległościowego podziemia. Przeniknął do organizacji „Miecz i Pług”, która posiadała mocno rozbudowaną siatkę wywiadowczą (to jej członkowie zdobyli m.in. informacje o niemieckim ośrodku rakietowym wPeenemünde oraz plany latającej bomby V1), po czym oskarżył jej szefów Anatola Słowikowskiego i Zbigniewa Grada o współpracę z gestapo, czego skutkiem było wydanie na nich wyroków śmierci. Oskarżenie to nie było całkiem bezpodstawne, Słowikowski i Grad napisali listy do Hitlera i ambasady japońskiej w Berlinie proponując współpracę i utworzenie wspólnego frontu przeciwko komunistom oraz zastąpienie administracji niemieckiej polską, działającą pod nadzorem i według wytycznych hitlerowskich władz. Bogusław Hrynkiewicz zaproponował też swoim moskiewskim mocodawcom likwidację dowódcy Armii Krajowej, gen. Stefana Roweckiego ps. „Grot”, ci jednak nie wyrazili na to zgody.

    „Po pewnym czasie zetknąłem się bezpośrednio z Hrynkiewiczem, który udzielił mi informacji, że ma dostęp do Roweckiego i grupy ZWZ, wokół którego skupiają się różne wywiady, przy czym pamiętam, że wspominał również o wywiadach angielskim i włoskim. Na pierwszym spotkaniu moim z Hrynkiewiczem postawiłem przed nim zadanie w związku z informacją Hrynkiewicza o możliwości dotarcia do Roweckiego, aby starał się dostać do tej grupy i przekazywał stamtąd informacje. W pewnym okresie czasu Hrynkiewicz wysunął wobec mnie propozycję zlikwidowania Roweckiego, na co jednak po przekonsultowaniu tej sprawy, zarówno z kierownictwem Partii, jak i drogą radiową z Moskwą, nie wyraziłem zgody. Hrynkiewicz ustosunkował się bardzo krytycznie do tej decyzji, uważał ją za niesłuszną, ale podporządkował się” – z zeznań Czesława Skonieckiego.

    W 1943 roku Hrynkiewicz podjął współpracę z oficerem gestapo Wolfgangiem Birknerem, z którym opracował plan przejęcia archiwum Delegatury Rządu na Kraj, co uczynił na wyraźne polecenie Mariana Spychalskiego, późniejszego Marszałka Polski. W wyniku tej akcji udało się zdobyć ogromną ilość dokumentów, uprowadzono też siedmiu członków podziemia, po których wszelki ślad zaginął. W ręce niemieckich i rosyjskich agentów wpadła m.in. lista agentów policyjnych, którzy przed wojną infiltrowali komunistyczne środowiska, co było przyczyną fali aresztowań członków AK i innych struktur niepodległościowego podziemia związanych wcześniej ze strukturami państwa polskiego. Akcja ta była przyczyną późniejszego aresztowania Bogusława Hrynkiewicza przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, którzy nie dali wiary jego zapewnieniom, że działał za wiedzą i aprobatą przełożonych. W październiku 1946 roku został skazany na pięć lat więzienia, następnie na dziesięć lat by wreszcie zostać uniewinnionym w 1956 roku przez Sąd Najwyższy.

    Poza działalnością wymierzoną w struktury niepodległościowe zajmował się Hrynkiewicz pospolitą bandyterką. Porucznik Leszek Kistelski, przed wojną oficer rezerwy i jeden z organizatorów obrony stolicy, członek organizacji „Miecz i Pług” zeznał po wojnie: „Na przestrzeni pierwszej połowy 1944 r. Hrynkiewicz dokonał szeregu napadów rabunkowych”. Celem napadów byli ludzie, którzy nie mogli się poskarżyć, nie mogli nigdzie szukać sprawiedliwości – bogaci Żydzi ukrywający się w Warszawie. Wcześniej komuniści organizowali im kryjówki, stąd bandyci mieli dokładnie rozeznanie sytuacji i znali miejsca pobytu swoich ofiar. Hrynkiewicz nie był wyjątkiem wśród działaczy komunistycznego podziemia, którzy do walki z okupantem jakoś szczególnie się nie palili, za to bardzo chętnie współpracowali z niemieckimi służbami dążąc do rozbicia struktur Polskiego Państwa Podziemnego i napełnienia własnej kieszeni zrabowanym dobrem.

    Bogusław Hrynkiewicz zmarł 22 czerwca 2003 roku. Nigdy nie odpowiedział za swoje zbrodnie, nie wysłuchał aktu oskarżenia ani nie musiał się tłumaczyć ze swojej „niejasnej” działalności w czasie okupacji. Dożył swoich dni nie niepokojony, a wielu ludzi, którym pomógł przeprawić się na tamten świat nigdy nie doczekało się własnych mogił i nagrobnych tablic.

    Alexander Degrejt
    za fronda.pl

  7. aga said

    Panu Hartmanowi do sztambucha:

    Opium dla… elit

    Wydawać by się zatem mogło, że po kilku wiekach prześladowań chrześcijaństwo ostatecznie pokonało pogańskie filozofie antyku zarówno pod względem intelektualnym jak też praktycznym. Takie postawienie sprawy byłoby, niestety, mocno uproszczone. Chrześcijańskie rozumienie Boga, człowieka i świata było zbyt wielką rewolucją, aby można było płynnie i jednoznacznie zastąpić nim dawne stereotypy myślowe. Pogańska filozofia od czasu do czasu powraca, aczkolwiek w mocno zmutowanej formie. Jedną z najbardziej udanych prób takiej recydywy był niewątpliwie marksizm-leninizm.

    Zauważmy najpierw, że bodaj najistotniejszą koncepcją filozoficzną zawartą w judeochrześcijańskim Objawieniu jest idea stworzenia. Głosi ona, że Bóg uczynił świat z niczego, a następnie doprowadza go stopniowo swą własną mocą do stanu ostatecznego, w Apokalipsie określonego jako Nowe Niebo i Nowa Ziemia (por. Ap 21,1). Grecy zaś wierzyli w wieczny świat materialny, który przechodzi co prawda przez kolejne cykle rozwojowe, lecz potem zawsze powraca do stanu pierwotnego i odradza się na nowo. Długo wydawało się, że nic nie jest w stanie pogodzić owych dwóch perspektyw. A jednak na początku XIX wieku kilku wybitnych niemieckich filozofów – najważniejsza rola przypadła tu Heglowi – postanowiło wzbogacić klasyczną grecką wizję świata o typowo chrześcijańskie elementy. Istotą tego pomysłu jest całkowite pozbycie się bogów wraz z demonami i pozostawienie jedynie Konieczności pełniącej rolę biblijnego Boga Jedynego. Nie jest ona jednak osobą: jest bezosobową Zasadą. Jest też czymś więcej niż Logosem, gdyż nie tylko odpowiada za porządek we wszechświecie, ale także popycha jego dzieje naprzód za sprawą opisanych przez Hegla reguł dialektycznych: tezy, antytezy i syntezy. Można ją zatem poznawać nie tylko czysto rozumowo, ale też dostrzegać i rozpoznawać jej działanie w Historii, która to nieustannie zmienia postać świata i człowieka realizując Postęp.

    Z tak określonej filozofii wynikają praktyczne konsekwencje. Wiara w osobowego Boga i w Chrystusa, który objawia nam swego Ojca, stała się niepotrzebna. Teraz trzeba jedynie zrozumieć to, co jest konieczne i działać zgodnie ze zdobytą wiedzą. Hegel wierzył, że działanie Konieczności przejawia się w doskonale racjonalnej machinie państwa pruskiego i że to Niemcy realizują najdokładniej i najpełniej nieuchronny Postęp. Marks w roli tej dostrzegł klasę robotniczą i jej „awangardę” w postaci partii komunistycznej. Lenin zaś i Stalin uznali po prostu, że wcieliła się ona w Przywódcę, namaszczonego przez Historię i Prawa Dialektyki aby wprowadził ludzkość w nową świetlaną erę określaną chwytliwym sloganem „Każdemu według potrzeb” – zapominając jednak przy tym dodać, że co jest potrzebą i co nią nie jest może wiedzieć jedynie on sam oraz kierowana przezeń partia. W ten sposób na światową scenę znów powróciły dwie apokaliptyczne bestie: cezar żądający dla siebie boskiej czci (por. Ap 13,8) i fałszywy prorok przemawiający przeciw chrześcijanom językiem jakby żywcem wzięty z inwektyw Celsusa (por. Ap 13,11).

    Możemy dziś dziwić się niepomiernie, dlaczego aż tylu mądrych ludzi dało się wciągnąć w tak absurdalny system myślowy owocujący tak przerażającymi skutkami. Być może odpowiedź jest prostsza niż to sobie wyobrażamy. Powróćmy raz jeszcze do pergamońskiej biblioteki, która była znana z bardzo specyficznej metody prowadzenia badań naukowych. Zasadzała się ona na przekonaniu, iż prawdziwą mądrość uzyskuje się nie przez cierpliwe porównywanie i analizowanie tekstów – tak jak to zwykli czynić uczeni związani z biblioteką aleksandryjską – ale przez spekulatywne czytanie „między wierszami”, odkrywanie tajemnej wiedzy, której autor bezpośrednio nie wyraził w tekście, ale w jakiś sposób ją w nim ukrył. Postępujący według tej zasady pseudouczeni mieli poczucie „większej wiedzy”, do której nie ma dostępu pierwszy lepszy czytelnik takiego czy innego dzieła literackiego lub filozoficznego. Podobnie też adepci marksizmu byli przekonani, że to oni jedynie rozumieją świat i rządzące nim prawa, podczas gdy wszyscy inni błądzą niczym dzieci we mgle. Feuerbach nazwał niegdyś religię „opium dla ludu”. Nie przypuszczał jednak, że jego kolega po fachu wymyśli narkotyk znacznie potężniejszy, bo przeznaczony dla elit. Nic bowiem tak nie zaślepia i nie wprawia w stan niezdrowego upojenia jak intelektualna pycha wynikająca z przeświadczenia, że oto jest się wtajemniczonym w sprawy, których inni nie są i nie będą w stanie nigdy pojąć.
    Zwycięzcy dam manny ukrytej (Ap 2,17)

    Rozdarcie pergamońskich chrześcijan, o którym wspomina apokaliptyczny list (por. Ap 2,12-17), jest zupełnie zrozumiałe. Wynikało ono z wewnętrznego konfliktu, który sprawiał, że przywiązanie do Chrystusa walczyło z poczuciem lojalności wobec swojego miasta i jego tradycji. Być może wielu z nich chciało zachować i jedno i drugie idąc na rozliczne kompromisy. Zapewne wtedy jeszcze nie mogli zobaczyć w pełnym świetle prawdy o tym, że to, czego Chrystus każe im się wyrzec, to degradujące godność człowieka obyczaje w dalszej perspektywie całkowicie rujnujące najszlachetniejsze komponenty kultury, do której byli aż tak przywiązani. Musieliby Mu jedynie zaufać, trzymać się Jego nauki nawet nie do końca ją rozumiejąc. Ale na to nie wszystkich było stać, a już tym bardziej na ofiarę z własnego życia.

    Także i dziś wielu chrześcijan przeżywa podobny konflikt. Tym razem polega on jednak na zderzeniu się narosłego w ciągu wielu wieków i zainspirowanego chrześcijaństwem tradycyjnego modelu społecznego z nowopowstałą post-chrześcijańską cywilizacją naukowo-techniczną szczycącą się tysiącami atrakcyjnych wynalazków i innowacji. Cóż bowiem może jeszcze znaczyć dla współczesnego człowieka, który stał się panem własnego losu, obosieczny miecz Słowa Bożego, biały kamyk z wyrytym nowym imieniem – wyobrażający oczyszczone serce z niezatartym znamieniem chrztu i bierzmowania – oraz manna Eucharystii? Bo przecież, jak to napisał dumnie radziecki propagandzista, to nie modlitwą i postem posyła się rakiety w kosmos! A religia, to przecież same przesądy wyrażające się w absurdalnych nakazach i zakazach. W imię czego miałoby się zatem wyrzekać antykoncepcji, pozaustrojowego zapłodnienia i adaptacji tradycyjnego modelu rodziny do potrzeb nowoczesnego społeczeństwa – by przytoczyć jedynie najbardziej krzykliwe nagłówki od których roi się we współczesnych mediach?

    Nie spodziewajmy się łatwych odpowiedzi. Spójrzmy raz jeszcze w górę na ruiny akropolu wyniosłego miasta i przypomnijmy sobie słowa Proroka:

    Złóżcie nadzieję w Panu na zawsze, bo Pan jest wiekuistą Skałą!
    Bo On poniżył przebywających na szczytach, upokorzył miasto niedostępne,
    upokorzył je aż do ziemi, sprawił, że w proch runęło:
    podepcą je nogi, nogi biednych i stopy ubogich. (Iz 26,4-6)

    http://mateusz.pl/mt/js/Jacek-Swiecki/Tam-gdzie-powstawala-Apokalipsa-sw-Jana/16-Miasto-wyniosle.htm

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: