Wirtualna Polonia

“-Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i ojczyźnie podnieśliśmy głowy.”

Stanisław Michalkiewicz: Ściana płaczu i ściana hańby

Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2013-08-13

Autorki podważają prawdomówność Krzysztofa Balińskiego, bo był w PZPR – na tej samej zasadzie, jak w czasach biblijnych nawet niektórzy późniejsi uczniowie lekceważyli znaczenie Jezusa: „czy może być co dobrego z Nazaretu”? A przecież w PZPR był również „drogi Bronisław”, czyli prof. Bronisław Geremek, podobnie, jak Jacek Kuroń! Czyżby i oni…? Ładny interes!

.

Ściana płaczu i ściana hańby

.

W wywiadzie-rzece przeprowadzonym przez panią Krystynę Ockrent (z Okrętów belgijskich, a nie z tych tubylczych, z których pochodzi pani Wujcowa), prywatnie – naturalna przyjaciółka byłego ministra spraw zagranicznych Republiki Francuskiej Bernarda Kouchnera – z byłym szefem razwiedki francuskiej, hrabią Aleksandrem de Marenches czytamy między innymi, że po wojnie Francja otrzymała około 10 ton dokumentacji Gestapo i służb włoskich, z których wynikało, że znaczna część, a może nawet większość bohaterów Resistance była agentami, jak nie niemieckimi, to włoskimi, a Włosi nawet lepiej płacili. Ale największą część dokumentacji po Gestapo przejęli Sowieci – co we Francji zaowocowało charakterystycznym zjawiskiem. Jak tylko Sowieciarze chcieli coś we Francji załatwić po swojej myśli, to natychmiast odzywały się tam pudla rezonansowe w postaci rozmaitych osobistości, często reprezentujących rozmaite kierunku polityczne, ideowe, czy towarzyskie – ale mimo tych różnic, wszystkie one śpiewały z tego samego klucza.

Przypomniało mi się to na widok reakcji „Gazety Wyborczej” na wyrok uniewinniający oskarżonych w sprawie zabójstwa generała Papały. Pan prof. Jan Widacki, w swoim czasie podejrzewany o kłamstwo lustracyjne uważa, że śledztwo w sprawie zabójstwa Papały powinno być „umorzone”, zaś red. Paweł Wroński twierdzi z kolei, że wyrok uniewinniający oskarżonych w tej sprawie stanowi nie jest żadną porażką wymiaru sprawiedliwości, tylko przeciwnie – jej triumfem. Niby nie to samo – ale pomyślmy; jeśli w tej sprawie iustitia już zatriumfowała, to po co tu jeszcze jakieś śledztwa i procesy?

Ciekawe, że podobne nożyce odezwały się właśnie w „Gazecie Wyborczej” po ukazaniu się książki Krzysztofa Balińskiego „MSZ polski czy antypolski”. Autor, w latach 1973-2012 pracownik MSZ, były ambasador w Syrii i Jordanii, coś tam na temat MSZ musi wiedzieć. Książka potwierdza teorie spiskowe, według których MSZ jest opanowany przez dwie szajki; żydowską i bezpieczniacką, reprodukujące się już w drugim, a nawet trzecim pokoleniu. Pochodząca ze świętej rodziny pani red. Dominika Wielowieyska i Agata Nowakowska dziwują się, że człowiek „z taką obsesją antysemicką” przez tyle lat pracował w dyplomacji „wolnej Polski” i krytykują „antysemickie obelgi” – na przykład opinię, że o ile za czasów PRL decydujące było pochodzenie klasowe, o tyle w „wolnej Polsce” – „rasowe”. Autorki podważają prawdomówność Krzysztofa Balińskiego, bo był w PZPR – na tej samej zasadzie, jak w czasach biblijnych nawet niektórzy późniejsi uczniowie lekceważyli znaczenie Jezusa: „czy może być co dobrego z Nazaretu”? A przecież w PZPR był również „drogi Bronisław”, czyli prof. Bronisław Geremek, podobnie, jak Jacek Kuroń! Czyżby i oni…? Ładny interes!

Ale nie bez kozery jeszcze św. Paweł, co prawda w innym znaczeniu, niemniej jednak wspomina, że „zbawienie pochodzi od Żydów”. Czy to przypadkiem nie w „Gazecie Wyborczej” właśnie, po nominacji „właściciela strefy zdekomunizowanej” na ministra spraw zagranicznych ukazał się uspokajający materiał, że nieważne kto jest ministrem, bo ministerstwem tak czy owak kieruje ekipa skompletowana przez prof. Geremka? To samo pisze Krzysztof Baliński, dodając tylko i przytaczając rozliczne przykłady świadczące o tym, że prof. Geremek kompletując ów „zespół”, kierował się zarówno kryterium „rasowym”, jak i bezpieczniackim.

Ajajajajajajaj! Najwyraźniej ujawnianie takich wstydliwych zakątków „wolnej Polski”, wskazujących nie tyle na jej wolność, co raczej – na okupację naszego nieszczęśliwego kraju przez kolejne pokolenia żydokomuny i bezpieki, których cadykowie dogadali się w Magdalence, kierownictwo „Gazety Wyborczej” musiało z jakichś powodów uznać za niepożądane. Czyżby z tych samych, dla których w domu wisielca taktownie nie wspomina się o sznurze? W końcu nawet wyniesienie Radosława Sikorskiego na stanowisko szefa tej całej „dyplomacji” można przypisać mechanizmowi, które w czasach staropolskich nazywano „fartuszkowym majątkiem” – a przecież jest on w ministerstwie tylko listkiem figowym! A skoro już dotknęliśmy czasów staropolskich, to warto zwrócić uwagę na charakterystyczną zamianę; o ile wtedy każdy szlachciura miał swego pachciarza, o tyle teraz każdy pachciarz ma swojego szlachciurę w charakterze szabesgoja. Casus pani red. Dominiki Wielowieyskiej, podobnie jak potomstwa innych świętych rodzin, jest niezwykle reprezentatywny. Co za hańba, co za wstyd!

Okazuje się, że rację miał Józef Mackiewicz, że „jedynie prawda jest ciekawa”, podobnie jak Stefan Kisielewski – że nic tak nie gorszy, jak prawda. Ale verba volant, scripta manent – co się wykłada, że słowa ulatują, pismo zostaje – więc może warto zrealizować pomysł Aleksandra hrabiego Pruszyńskiego, który na podobieństwo waszyngtońskiego pomnika poległych w wojnie wietnamskiej, proponuje tak samo uczcić żołnierzy niepodległości. W Waszyngtonie jest to kilkusetmetrowa ściana z czarnego, szlifowanego kamienia, na którym wyryto imiona i nazwiska poległych. Podobne płyty można by umieścić na murze okalającym więzienie przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie, a na nich wyryć nazwiska poległych w walce, zamordowanych podczas śledztwa, skrytobójczo, czy w następstwie zbrodni sądowej – zaś naprzeciwko tej ściany płaczu, na ścianach budynków Wyższej Szkoły Handlowej, umieścić ścianę hańby, na której byłyby uwiecznione nazwiska oprawców i prześladowców – również tych, co zabijali słowem – oczywiście nie tylko te zmienione, ale i te prawdziwe, rodowe, żeby również wycieczki poszukujące tak zwanych „korzeni”, mogły sobie łatwiej je tam odnaleźć. Skoro Muzeum Żydów Polskich ma ambicję nauczenia mniej wartościowego narodu tubylczego jego „prawdziwej” historii, to póki jeszcze można – stwórzmy kamieniom możliwość wołania.

.

Stanisław Michalkiewicz

http://michalkiewicz.pl/

Reklamy

Komentarzy 7 to “Stanisław Michalkiewicz: Ściana płaczu i ściana hańby”

  1. Robert Majka, Solidarność Walcząca Przemyśl said

    Gdyby przełożyć siłę argumentów z setki tekstów publicystycznych autorstwa red. Stanisława Michalkiewicza Polacy powinni ( a nie reagują) odrzucić chorą rzeczywistość w jakiej żyjemy po ROKU 1988! Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedzi udzielił już setki lat temu, niejaki (Mikołaj) Niccollo Maciavelli w swoim słynnym dziele Książę z 1513r. Jedną z myśli przewodnich była myśl – Henry Louis Mencken ” Przeciętny człowiek nie chce być wolny. Chce po prostu być bezpieczny” Stąd trudności w dotarciu do świadomości takzwanego normalnego człowieka. Moim zdaniem trzeba realnie patrzeć na rzeczywistość nas otaczającą, nalęży sobie uświadomić dlaczego ludzie odrzucają mądre logiczne argumenty( między innymi red. Michalkiewicza), a akceptują przecietność. Odrzucają, gdyż boją się świadomości, że ponoszą odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale także za innych. ten strach paraliżuje wolę, paraliżuje stan świadomości. A wygrywają na tym cynicy i łajdacy. A co najsmutniejsze zamiera świadomość czym jest silne państwo polskie. Smutna to konstatacja, ale jakże na czasie.

    Towarzysz General – CAŁOŚĆ – Grzegorz Braun
    DVD

    Robert Majka , Solidarność Walcząca Przemyśl, 13 sierpnia 2013 r
    Kawaler KRZYŻA Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski,
    Nr 452-2009-17 nadany 9 grudnia 2009 przez prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego.
    Radny Rady Miasta Przemyśla (2002 – 2006)

  2. Jacek said

    „Podobne płyty można by umieścić na murze okalającym więzienie przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie, a na nich wyryć nazwiska poległych w walce, zamordowanych podczas śledztwa, skrytobójczo, czy w następstwie zbrodni sądowej – zaś naprzeciwko tej ściany płaczu, na ścianach budynków Wyższej Szkoły Handlowej, umieścić ścianę hańby, na której byłyby uwiecznione nazwiska oprawców i prześladowców – również tych, co zabijali słowem – oczywiście nie tylko te zmienione, ale i te prawdziwe, rodowe, żeby również wycieczki poszukujące tak zwanych „korzeni”, mogły sobie łatwiej je tam odnaleźć. Skoro Muzeum Żydów Polskich ma ambicję nauczenia mniej wartościowego narodu tubylczego jego „prawdziwej” historii, to póki jeszcze można – stwórzmy kamieniom możliwość wołania.”

    Piekne przedsiewziecie, moze jednak Polacy sie na nie zdobeda. Oczywiscie beda wtedy rzeczywiscie rzadzili Polska, czyli zyli u siebie.

    Odnosnie ksiazki p. Balinskiego, to stanowi ona wazne, bo „od srodka” potwierdzenie faktow, ktore byly oczywiste dla kazdego kto przez chwile zastanowil sie nad dzialaniem pudelka o nazwie msz. Bylo oczywiste ze to jest „nasz” msz.

    Posrednio stanowi ona rowniez potwierdzenie analogicznych wnioskow dotyczacych pozostalych „wysokich organow” IIIRP.

    W koncu najbardziej zasluzonym mezem dla IIIRP byl „drogi Bronislaw”. Mozna powiedziec bez przesady ze byl on ojcem zalozycielem IIIRP (no wiec i IIIRP najwyrazniej w ojca sie wdala i po nim dziedziczy) nawet zostal oficjalnie za sprawa najwyzszych „organow koscilenych” przeniesiony do „nieba”.

  3. Jacek said

    PS warto przeczytac: Rio de Janeiro czyli jak zostać bohaterem , http://www.bibula.com/?p=69792

  4. aga said

    A tu cosik ciekawego o jednym z guru bibuły – tradsie – a jakże! Bartyzelu,dla którego mentorem był nie tylko mason udający antymasona – co za czasy !!!- Hoene Wroński…ale i jak się okazuje Henryk Krzeczkowski.:

    Pan Bartyzel czyli o kicie, który łykamy

    Wczoraj seawolf napisał ciekawy ale bardzo przy tym emocjonalny tekst o Jacku Bartyzelu. Ja przez grzeczność nie zatytułuję pana Bartyzela doktorem habilitowanym mając na uwadze wrażliwość innych, prawdziwych habilitowanych doktorów. Takich którzy mają prawdziwe głowy, a w nich prawdziwe mózgi. Zakładam ciągle, że tacy są, choć ostatnio otrzymałem trzy ważne wskazówki, mogące sugerować, że mylę się całkowicie. Miejmy jednak nadzieję, że takie istoty istnieją i kiedy przyjdzie godzina próby wstaną i mocnym głosem powiedzą nam jak jest naprawdę na tym świecie i dadzą do tej prawdy jeszcze jakieś solidne uzasadnienie oraz bibliografię. Czekajmy z wiarą.

    Wracając do Bartyzela; zaszedłem wczoraj na jego blog. To jest proszę Państwa skandal. Gdyby ktokolwiek z tutejszego towarzystwa prowadził takie zapiski zostałby po prostu zniszczony przez szyderców i prześmiewców, którzy zawodowo niejako zajmują się poszukiwaniem w sieci ludzi naiwnych i słabych, po to by ich potem wyśmiewać i bawić się ich kosztem. Blog pana Barytzela to jest coś znacznie słabszego niż blog Rybitzkiego, a nawet Józefa Monety. To jest nawet gorsze niż blog niejakiego Matejczyka, który tu kiedyś pisywał różne mądrości i był ostro lansowany. Blog Barytyzela to jest mniej więcej to samo co blog Goćka, czyli koniec. Za tym nie ma już nic. Ja tej nędznej jakości nie przypisuję bynajmniej temu, że pan Bartyzel odznacza się jakąś słabością umysłu. Uściślę – jakąś wyjątkową słabością umysłu – ja myślę, że on po prostu potraktował serio definicję bloga i uważa go za miejsce gdzie wrzuca się tak zwane syntetyczne przemyślenia. Już samo to, że pan Baryzel mógł w ten sposób pomyśleć świadczy o nim bardzo źle. Wszyscy bowiem blogujący serio wiedzą i to od samego początku, że blog to całkiem poważne narzędzie promocji i walki, również politycznej. To zaś co uprawia pan Bartyzel nie jest ani promocją, ani walką. Ja nie wiem czym jest i nazwać tego nie spróbuję bo nie mam wprawy w konstruowaniu definicji.

    Blog pana Bartyzela nie jest w naszych dzisiejszych rozważaniach nieistotny. Ważne jest to co powiedział on o petycji do prezydenta Obamy dotyczącej Tragedii Smoleńskiej. Otóż pan Bartyzel uważa tę petycję za coś w rodzaju Targowicy, za adres do cara. Carem jest dla niego Obama. Pisze także wprost: Martwy jest już przecież komunistyczny uniwersalizm egalitarystyczny, a w każdym bądź razie to nie współczesna Rosja jest jego centrum, nośnikiem i „eksporterem”.

    Zatrzymajmy się chwilę w tym miejscu, bo to co napisał Bartyzel jest ciekawe z wielu punktów widzenia. Oto zagrożeniem dla Polski według pana Baryzela nie był rosyjski imperializm tylko jakiś bardzo specjalnie wyprofilowany komunistyczny uniwersalizm egalitarystyczny, którego eksporterem była Rosja. Dziś zaś już nie wysyła tego towaru za granicę, a więc nie ma się czego obawiać. Rosja jest w porządku. Są jednak inne zagrożenia. Pan Bartyzel je opisuje w taki sposób:

    Realnym, aktualnym i także uniwersalistycznym wrogiem jest natomiast inny egalitaryzm, inna „wielka urawniłowka”, nie podług schematów dialektyki marksistowskiej, lecz podług „Doktorów” demoliberalizmu, „prawoczłowieczyzmu”, ekonomicznego globalizmu pod batutą banksterów i międzynarodowych korporacji, konsumpcjonistycznego materializmu i hedonizmu, sojuszu Giełdy i Telewizora, krótko mówiąc: globalnej, zglajszachtowanej cywilizacji „wolnych wyborów”, w których nie ma czego wybierać, bo wszystko jest takie samo, terroru politycznej poprawności, penalizacji religijnego „fundamentalizmu”, „rasizmu i antysemityzmu” czy „homofobii” – a dla mas nowych „czterech wolności”: od religii, moralności, dobrego smaku i myślenia. A któż, jeśli nie Stany Zjednoczone są dzisiaj „Związkiem Sowieckim” tego demoliberalnego egalitaryzmu, Wielkim Bratem wysyłającym w każdy zakątek świata swoich marines

    Najpierw chciałem zwrócić uwagę na ilość przymiotników. Jak na doktora habilitowanego całkiem sporo. Ja to podkreślam ponieważ z ust Barbary Fedyszak Radziejowskiej usłyszałem w piątek coś takiego; jak państwo widzą ja prawie wcale nie używam przymiotników. Zapamiętałem sobie to zdanie i uważam, że jest ono ważne. Bartyzel ma zaś całą masę pojęć do zaprezentowania, których zdefiniowanie dla przeciętnego człowieka byłoby nie jakim problemem i opisuje je na naszych oczach słowami takimi jak: uniwersalistyczny, zglajszachtowanej, albo konsupcjonistycznego.

    Mały wtręt; ja nie pamiętam bardziej konsumpcjonistycznych czasów niż te, które pan Bartyzel określił słowami:komunistyczny uniwersalizm egalitarystyczny. Wtedy bowiem całe nasze życie kręciło się wokół konsumpcji. O konsumpcji się mówiło, myślało i pisało. Konsumpcja była świętem. Być może jedynym prawdziwym świętem. I powiem jeszcze, że jeśli pan Bartyzel uważa iż do likwidacji konsupcjonizmu wystarczy dekret zakazujący sprzedaży chleba, to myli się głęboko.

    Umieszczę tu teraz link do całego tekstu pana Baryzela i pojedziemy dalej: http://www.bibula.com/?p=58254

    Czy Bartyzel rozumie w ogóle czym jest polska polityka, polska racja stanu i na jakiej doktrynie opiera się nasze państwo? Myślę, że nie ma on o tym pojęcia, realizuje za to pewien program, który ludzie bardzo naiwni nazywają utopijnym. Bartyzel jest bowiem w sferze deklaratywnej monarchistą. Ja teraz podam swoją definicję polskiego monarchizmu. Czym się on charakteryzował” Tym mianowicie, żeby na tronie posadzić takiego króla, który współdziałałby z narodem, a nie z obcymi. Myślę tu o dobie popiastowskiej. Taki król był tylko jeden niestety i nazywał się Stefan Batory. Wszyscy inni władcy realizowali misje dalekie od tego o czym myśleli przedstawiciele narodu i dalekie od tego co stanowiło, rację stanu. Nie ma tu teraz miejsca na szczegółowy opis tych zjawisk, ale przyjdzie na to pora. Pan Bartyzel zaś nie definiuje ani polskiej racji stanu, ani właściwie niczego, on dokonuje prostego przełożenia na zasadzie znanej ze starego kawału o logice i logikach: pies to zwierzę domowe – szczeka, kot to zwierzę domowe – też szczeka.

    Otóż kot nie szczeka, a Amerykanie nie wysyłają swoich marines przeciwko Polsce. I to jest clou. Nie znaczy jednak, że ich kiedyś nie wyślą z zamiarami wyraźnie wrogimi. Polityka zaś i racja stanu naszego kraju to nie sala tronowa, w której rozbrzmiewa muzyka sfer. To uporczywe unikanie konfliktów z silniejszymi sąsiadami, którzy mimo pokojowych deklaracji do takich konfliktów prą z całą mocą. Zawsze bowiem mają z tego jakieś korzyści. By uniknąć takich sytuacji Polska szuka sojuszników poza granicami swoich najbliższych sąsiadów, wśród krajów, które mają z nimi sprzeczne interesy. I to jest niby zrozumiałe. Tak samo jak zrozumiałe jest to, że podporządkowanie się silniejszemu sąsiadowi oznacza utratę niepodległości, w perspektywie zamianę języka na jakiś inny, utratę tożsamości, własności i degradację. Pan Bartyzel udaje, że tego nie rozumie. Dlaczego tak czyni? Nie dlatego bynajmniej, że jest lekko stukniętym idealistą, wariatuńciem z uniwersytetu, który ma obsesję na punkcie króla i dworu oraz władzy świętej a nie tajnej. To bowiem o czym mówi i pisze Bartyzel jest jak najbardziej bliskie władzy tajnej. Zaraz to wyjaśnię. Zacznę od końca. Sądzę, że po podpisaniu tego prawdziwego adresu do cara jakim będzie dokument o pojednaniu Kościołów – (swoją drogą ciekawe jaki dzień na tę uroczystość wyznaczą – czy aby nie 15 sierpnia) Bartyzel i jego koledzy monarchiści uaktywnią się i zaczną podkreślać świętość i mistyczny charakter władzy królewskiej. Zobaczycie.

    Teraz najważniejsze; Bartyzel nie jest żadnym idealistą, który walczy o pryncypia tylko dawnym wychowankiem Henryka Krzeczkowskiego. Kim zaś był Hernyk Krzeczkowski alias Herman Gerner możemy sobie przeczytać w wikipedii:

    Henryk Krzeczkowski właściwieHerman Gerner [1](ur.19 kwietnia 1921 wStanisławowie, zm.28 grudnia 1985 wWarszawie) –major LWP,polski tłumacz,pisarz,publicysta, działacz opozycji demokratycznej wPRL.

    Krzeczkowski urodził się w1921 wStanisławowie i tam w 1939 roku zrobił maturę. Po wybuchu wojny wywieziony w głąbZSRR. W latach1941-1942 pracował w ambasadzie RP wKujbyszewie. Od1943 roku w armiiZygmunta Berlinga. Z uwagi na to, że znał kilka języków, został skierowany do II Oddziału Sztabu, czyli do wywiadu LWP. Przeszedł cały szlak bojowy I Armii LWP zakończony w Berlinie. Po zakończeniu wojny pozostał w wojsku. Nie godząc się na sowietyzację LWP, sam sprowokował swoje usunięcie z szeregów armii w1950 roku.
    1957-1985[edytuj]

    Po odejściu z armii poświęcił się literaturze. W 1957 roku uczestniczył w organizowaniu miesięcznika „Europa”. Związany zTygodnikiem Powszechnym iRuchem Młodej Polski.[2].

    Głównym jego zajęciem było tłumaczenie literatury światowej z językówangielskiego,niemieckiego iwłoskiego najęzyk polski. Tłumaczył m.in.Byrona,Conrada,Frazera,Gravesa,Goethego. W 1974 otrzymał nagrodę polskiegoPen Clubu za przekłady z literatury obcej na język polski. Oprócz przekładu zajmował się własną twórczością literacką. Napisał książki: „Po namyśle”, „O miejsce dla roztropności” i „Polskie zmartwienia”.

    Zajmował się publicystyką historiozoficzną i polityczną, współpracował z „Nową Kulturą”, „Życiem Literackim”, „Twórczością” i „Tygodnikiem Powszechnym”. Skupiał wokół siebie grupę ówczesnej prawicowej młodzieży z opozycji, do grona jego słuchaczy należeli m.inAleksander Hall,Jacek Bartyzel,Wiesław Walendziak,Kazimierz Michał Ujazdowski,Tomasz Wołek. Pisał do wydawnictw podziemnych pod pseudonimami XYZ i Mikołaj Sawulak.

    Został pochowany wTyńcu.

    Ja rozumiem, że w Polsce jest jeszcze sporo ludzi, którzy przeczytawszy też życiorys z czystym sumieniem uwierzą, że Henryk Krzeczkowski alias Herman Gerner to „działacz opozycji demokratycznej w PRL”, a nawet w to, że „Nie godząc się na sowietyzację LWP, sam sprowokował swoje usunięcie z szeregów armii w 1950 roku”.

    Teraz do ad remu, jak mawiają filozofowie. Nie wiem jak sobie to wszystko wymyślili cybernetycy, ale według mnie układ działa tak: mamy trzy ważne, święte nawet, obszary znaczeń i skojarzeń: własność, władzę i życie. Na każdym tym obszarze działa jakiś osobnik wychowany albo przez Krzeczkowskiego, albo przez kogoś innego, kogo nazwiska nie znamy. Ludzie ci zagospodarowują i kanalizują emocje, które nazwałbym kluczowymi. I widzimy te trzy ropuchy: na skrzynce z własnością siedzi Korwin, na tej z koroną Bartyzel z Wielomskim, a na najważniejszej, gdzie na wieczku napisane jest: życie, usadowił się Marek Jurek, który także był na tej liście w wikipedii, ale zniknął. Oni sami, albo ktoś z ich otoczenia zawsze zabierają głos kiedy trzeba coś lub kogoś skompromitować i zawsze są skuteczni. Jeszcze się nie zdarzyło by nie odnieśli sukcesu i nie pociągnęli za sobą dużej grupy ludzi. Tak to właśnie jest. Jeśli ktoś chce sobie więcej poczytać o Krzeczkowskim może zajrzeć do książki Cenckiewicza pod tytułem „Długie ramię Moskwy”.

    Wróćmy teraz do polskiej racji stanu. Ona jest niezdefiniowana i zdefiniowana być nie może, nikt na to nie pozwoli. Nikt z silnych, stąd Polska zawsze, od czasów piastowskich istnieje niejako mimo władzy. Sojusznikami zaś narodu, bynajmniej nie zacofanego jak to się zdaje niektórym socjologom, był przez długi czas Rzym. Przynajmniej do momentu kiedy nie został podporządkowany Wiedniowi. Później zaś – bo polityka jest trochę bardziej złożona niż to się zdaje Panu Bartyzelowi – tym sojusznikiem były organizacje kościelne poszukujące pewnej emancypacji w ramach Kościoła Powszechnego, mam tu na myśli Jezuitów. Nie można było zlikwidować Polski bez likwidacji Jezuitów i to nastąpiło w kolejności takiej o jakiej tu piszę. Trzeba to zawsze podkreślać, bo tu jest ta właściwa analogia, o ile analogie w ogóle mogą być właściwe, tu jest ten moment ważny, a nie w porównaniach Bartyzela. Sojusznikiem Polski są zawsze organizacje o charakterze uniwersalnym, za którymi nie kryje się żaden nacjonalizm. Taką organizacją był Kościół i jest nią nadal. W czasach kiedy Kościół był silny i triumfujący sojusz pomiędzy hierarchią a państwem przynosił korzyści i jednym i drugim. W czasach kiedy Kościół był słaby i podporządkowany imperializmom i nacjonalizmom, a także różnym utopiom, bywało różnie, ale pamiętajmy, że Kościół to organizm złożony i łatwiej tam o sojusznika niż w Moskwie.

    Ważnym elementem tego sojuszu polsko-rzymskiego było to, że Rzym był daleko, a jego polityka, bo o polityce tutaj mówimy, nie była nigdy skierowana przeciwko nam. USA to nie Rzym, ale one są również daleko. I wektory ich polityki nie są skierowane przeciwko nam. USA to nie Moskwa, która zawsze reprezentowała nacjonalizm rosyjski. Jeśli zaś pan Bartyzel chce powiedzieć, że USA reprezentują nacjonalizm żydowski niech się trochę uspokoi. Jeśli zaś zechce nam wmawiać, że Rosja jest od wpływów syjonizmu wolna, niech się uspokoi podwójnie. Nawet jeśli tak jest, jak się panu Bartyzelowi zdaje, to są Stany Zjednoczone organizmem o bardzo złożonym i jestem dziwnie spokojny, że nawet przy dużym natężeniu propagandy do triumfu syjonizmu na świecie jednak nie dojdzie. I najważniejsze – Amerykanie szykują się do wydobywania ropy na Syberii. Jak wobec tego zdefiniować teraz naszą rację stanu? I co zrobi pan Bartyzel ze swoim ciepłym stosunkiem wobec Moskwy, która nie jest już nośnikiem komunistycznego uniwersalizmu egalitarystycznego. Może zaproponuje, by królem został młody Hohenzollern? Ja tu szydzę celowo, a żart jest dla bardzo wtajemniczonych.

    za coryllus.salon24

  5. Ad Robert Majka
    Dziekuje za wzmianke o „Ksiaze” Machiavellego. W dodatku czesto robilem zarty o sobie, w rodzaju: zawsze chcialem byc przecietnym czlowiekiem i teraz u schylku zycia moge powiedziec, ze mi sie to udalo. Chociaz dwa razy w zyciu blysnalem z
    matematyki, najlepszy egzamin na 120 uczniow (nim professor wyjawil moje nazwisko myslalem. byle nie ja) a potem w szybkim
    otrzymywaniu sygnalow Morse’a (nallepszy na jakies 200 zolnierzy w wojsku, nawet przychodzili mnie zobaczyc). Bylem chudy i marnie rozwiniety, chyba jeszcze nie przechodzilem puberty w wieku 21 lat. I mimo wszystko uchowalem sie bez czytania, nie posiadania w swojej kolekcji ksiazki „Ksiaze”, o ktorej tyle razy czytalem, ale nie o przecietnosci czlowieka. Ostatni zachwycilem sie sensacyjnym artykulem Marty Kwasnickiej o krolowej Jadwidze, ktory
    przeczytalem dwa razy i staralem sie nawiazac z nia kontakt azeby uzyskac tytul ksiazki Hanny Arendt wymieniona przez nia
    w artykule wydrukowanym w Goncu. Mam kilka ksiazek Hanny Arendt , ktora doradzono mi czytac „urzedowo” Nie wiedzialem jak ja tytulowac (tj.Marte Kwasnicka), Pani Profesor czy jak. Stracilem do niej szacunek jak bylem zmuszony do wlaczenia sie do Facebook i zrezygnowalem. Przypomnialem sobie ostrzezenie: badz ostrozny z sensacjami.

  6. Ileż hańby plynie od tego polskojęzycznego posła said

    Niesiołowskiemu prosto w oczy.

  7. Ileż hańby plynie od tego polskojęzycznego posła said

    Zaczął sypać pierwszy! – Elżbieta Królikowska-Avis o „Leopoldzie” Stefanie Niesiołowskim

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: