Wirtualna Polonia

“-Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i ojczyźnie podnieśliśmy głowy.”

Stanisław Michalkiewicz: Trębacze w trąby dmą

Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2013-08-19

bukiet.zielny1Na Placu Piłsudskiego trębacze w trąby dmą. Tam wódz państwa polskiego przegląda armię swą” – śpiewało się w koszmarnych czasach sanacji, kiedy nie było wątpliwości, kto jest „wodzem państwa polskiego”. Żeby nikt nie miał wątpliwości, nawet zadekretowano, że marszałek Edward Rydz-Śmigły jest „drugą osobą w państwie”, zaraz po prezydencie Ignacym Mościckim. Dzisiaj jest inaczej; konstytucja sobie, a życie sobie. Zresztą nawet i na gruncie konstytucji trudno odpowiedzieć na proste pytanie, kto mianowicie dowodzi wojskiem. Swego czasu próbowałem to sobie rozebrać z uwagą, ale im bardziej zagłębiałem się w konstytucyjne rozwiązania, tym bardziej oddalałem się od odpowiedzi na to, zdawałoby się, proste pytanie. Podobnie zresztą było i na początku transformacji ustrojowej, kiedy to poseł Janusz Korwin-Mikke, będąc członkiem sejmowej komisji obrony narodowej i z tego względu uczestnicząc w posiedzeniach Komitetu Obrony Kraju, zadał pytanie, kto dowodziłby wojskiem, gdyby Polskę, dajmy na to, napadła mafia czeczeńska. W tym profesjonalnym gronie otrzymał cztery różne odpowiedzi – a od tamtej pory sytuacja musiała się jeszcze pogorszyć.

Nie mówię już nawet o rozporządzeniu prezydenta Putina z 20 maja b r., nakazującym rosyjskiej FSB nawiązanie współpracy ze Służbą Kontrwywiadu Wojskowego w Polsce. W jaki sposób ta współpraca przełoży się na dowodzenie wojskiem – tego oczywiście jeszcze nie wiemy, chociaż jest rzeczą absolutnie pewną, że jakoś przełożyć się musi. A jeśli się jakoś przełoży, to kto właściwie będzie „wodzem państwa polskiego”? Przypominam, że formalnie za takiego może być uważany pan prezydent Komorowski, ale czy aby na pewno? Pamiętamy przecież, jak to pan generał Marek Dukaczewski przechwalał się, iż w przypadku wygranej pana marszałka Komorowskiego w wyborach prezydenckich otworzy sobie szampana. Trudno o bardziej wyrazisty sygnał dla wszystkich tajniaków i konfidentów, na kogo powinni głosować.

Skoro jednak tak, to znaczy, że i pan marszałek Komorowski był pomazańcem razwiedki, która obecnie „współpracuje” z FSB w następstwie rozporządzenia prezydenta Putina. W tej sytuacji nie jest wykluczone, że pan prezydent Komorowski tylko markuje wodzostwo państwa polskiego, podczas gdy prawdziwym wodzem naszego nieszczęśliwego kraju może być zupełnie kto inny. Żeby nie być gołosłownym przypomnę, że zaledwie przed kilkoma dniami jakiś izraelski grandziarz, co to „sze kręczy” przy handlu bronią, publicznie groził wiceministrowi obrony narodowej w rządzie premiera Tuska, panu generałowi Skrzypczakowi, że jeśli nie kupi w bezcennym Izraelu wież do „Rosomaków”, to on go „zniszczy”. Ciekawe, czy pan minister Sikorski odważył się wezwać izraelskiego ambasadora w celu wyjaśnienia, co to ma znaczyć, ciekawe, czy ów grandziarz został uznany w Polsce za osobę niepożądaną, która pod żadnym pozorem nie może przekroczyć granicy, a gdyby jakimści sposobem udało się jej to zrobić, to natychmiast zostałaby pod konwojem odstawiona do najbliższego przejścia granicznego, czy wreszcie pan generał Skrzypczak wyjaśnił „wodzowi państwa polskiego”, ktokolwiek by nim nie był, czy rzeczywiście może on być „zniszczony” przez izraelskiego grandziarza i w jaki ewentualnie sposób można by takiemu zniszczeniu przeciwdziałać – i tak dalej.

Ja oczywiście nie mam możliwości drobiazgowego śledzenia krajowych wydarzeń, ponieważ na plebanii w miejscowości Montagnana w Toskanii, gdzie przebywam dzięki łaskawej uprzejmości tamtejszego proboszcza, przewielebnego księdza Krzysztofa (nawiasem mówiąc, na Mszę św. w dniu Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny przyszedłem z bukietem ziół uzbieranych wczesnym rankiem po miedzach, co wywołało zainteresowanie miejscowych, a gdy ks. Krzysztof dodatkowo objaśnił znaczenie tego polskiego obyczaju, włoscy parafianie byli zachwyceni i kto wie, czy w następnych latach ten zwyczaj nie zadomowi się również w tej części Toskanii) – więc w Montagnanie nawet Internet odbywa długie sjesty – ale w rzadkich chwilach łączności z krajem widzę, że niezależne media głównego nurtu po staremu pracują w służbie ciszy i sprawy szantażu wiceministra obrony narodowej przez izraelskiego grandziarza w ogóle nie ośmielają się dotknąć. A przecież w sezonie kanikularnym taka sprawa to dla mediów prawdziwy dar Niebios, więc skoro mimo to na ten temat ani słowa, to znaczy, że ktoś nałożył na to surdynę. Kto? Czy przypadkiem nie anonimowy, ale za to prawdziwy „wódz państwa polskiego”, który kręci lody na interesach z izraelskimi grandziarzami? Warto przypomnieć, że na tych interesach nasza niezwyciężona armia już wcześniej wychodziła, niczym Zabłocki na mydle, chociaż ministra Janusza Zemke, o ile mi wiadomo, nikt specjalnie nie szantażował.

Ale wróćmy na Plac Piłsudskiego, gdzie trębacze w trąby dmą, żeby utrwalić w publiczności wrażenie posiadania niepodległego państwa polskiego, co to nawet ma swojego „wodza”. Co prawda nie tyle na samym Placu, ale na pobojowisku Bitwy Warszawskiej odbyła się uroczystość upamiętniająca pomoc narodu i państwa węgierskiego dla Polski w roku 1920. Węgierski rząd oddał do dyspozycji Polski fabrykę amunicji na wyspie Csepel w Budapeszcie, skąd okrężną drogą eszelony z amunicją karabinową i artyleryjską dotarły niemal w ostatniej chwili na stację kolejową w Skierniewicach, skąd bezpośrednio z wagonów dostarczane były na pole bitwy. Bez tego żadnego „cudu nad Wisłą” mogłoby nie być, a gdyby mimo wszystko był, to byłby to cud podwójny w postaci zwycięstwa militarnego bez amunicji. To dobrze, że ktoś w Polsce o tym pamięta zwłaszcza dzisiaj, gdy na Węgry ujadają wszystkie kundle; zarówno finansowi grandziarze, brukselska faszystowska biurokracja, no i oczywiście – „Gazeta Wyborcza”.

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie – a nie jest żadną tajemnicą, że podczas wojny bolszewickiej w 1920 roku znaczna część ludności żydowskiej przeszła na stronę wroga. Gdyby Polska miała „wodza państwa polskiego”, to może by jakoś wytłumaczył, kto jest przyjacielem naszego kraju, a kto tylko przyjaźń markuje, żeby nasz nieszczęśliwy kraj tym łatwiej wydymać – ale nie wymagajmy zbyt wiele. W dobie wszechstronnego kryzysu, obejmującego również kwestie przywództwa, nie ma co grymasić, więc musi nam wystarczyć, że w ramach historycznych rekonstrukcji nasza niezwyciężona armia znowu pokona bolszewików.

15 sierpnia jest bowiem też dobrą okazją do przyjrzenia się naszej niezwyciężonej armii. Jeśli dobrze sobie przypominam, liczy ona około 100 tys. żołnierzy, z czego 22 tysiące, to oficerowie, 45 tys. to podoficerowie, 12 tys. to żołnierze zawodowi i 10 tys. – nadterminowi. Taką mniej więcej strukturę miała nasza niezwyciężona armia w czasach saskich, w okresie największego upadku państwa – nawiasem mówiąc wspomaganego również z zewnątrz – bo jak wiadomo w 1720 roku w Poczdamie stanął traktat prusko-rosyjski, żeby w żadnym wypadku nie dopuścić do powiększenia wojska w Polsce. Ciekawe, czy i dzisiaj Stronnictwo Pruskie w tubylczej bezpiece dogaduje się w tej sprawie ze Stronnictwem Ruskim? Pewnie tak, bo czyż w przeciwnym razie nasza niezwyciężona armia wyglądałaby tak, jak wygląda?

A tu jeszcze rząd premiera Tuska w ramach akcji „szukamy 20 miliardów”, od której – jak pamiętają ludzie starzy – zaczął się powolny upadek Edwarda Gierka, przykazał surowie, by wszystkie resorty włączyły się do poszukiwań. Największe nadzieje rząd pokłada podobno w resorcie obrony i pewnie dlatego pełniący obowiązki „wodza państwa polskiego” pan prezydent Komorowski oświeca i uspokaja, że oszczędności naszej niezwyciężonej armii nie zaszkodzą. I pewnie słuszna jego racja, bo skoro naszej niezwyciężonej armii nic już zaszkodzić nie może, to niby dlaczego miałyby jej zaszkodzić oszczędności? Ach, aż się prosi, by zacytować pana marszałka Komorowskiego, że jaki wódz, taka i armia, a nawet całe państwo, to znaczy – III Rzeczpospolita, która z łaski generała Czesława Kiszczaka i jego konfidentów, co to przy okrągłym stole dogadali się w sprawie podziału władzy nad mniej wartościowym narodem tubylczym, jest kolejna, okupacyjna formą państwowości polskiej.

.

Stanisław Michalkiewicz

http://michalkiewicz.pl/

Jedna odpowiedź to “Stanisław Michalkiewicz: Trębacze w trąby dmą”

  1. z Bibuły said

    Włochy: Prawo do odprawiania starej Mszy jest nietykalne

    Kto myślał, że z przybyciem na Tron Piotrowy południowoamerykańskiego jezuity Jorge Mario Bergoglio Msza święta po łacinie, w swojej nadzwyczajnej formie, zostanie przeniesiona do archiwum na zawsze, przeliczył się. Ratzingerowe Motu Proprio z 2007 roku, Summorum Pontificum, jest nietykalne. Mszał Jana XXIII z 1962 roku, który jest ostatnią wersją trydenckiego Mszału Papieża św. Piusa V został uratowany. Ten ryt z celebransem zwróconym w stronę Boga a nie w stronę ludu, z balustradami oddzielającymi ławki dla wiernych od prezbiterium, nie jest jakimś starociem, przeznaczonym do wysłania do muzeum, aby się zakurzył – powiedział papież Franciszek, podejmując w Pałacu Apostolskim delegację biskupów apulijskich, przybyłych do Rzymu z wizytą „ad limina apostolorum”, jak to czynią wszyscy biskupi świata co pięć lat.
    Biskup Domenico Padovano powiedział, że priorytetem wizyty w Rzymie biskupów z regionu Apulia było wyjaśnienie Papieżowi, że Msza w dawnej formie rytu wprowadza wielkie podziały we wnętrzu Kościoła. Między wierszami natomiast, była prośba o zniesienie Summorum Pontificum albo przynajmniej stanowcze jego ograniczenie. Papież Franciszek na wszystkie te propozycje odpowiedział stanowczym „Nie”. Biskup Padovano wyjaśniał, że Papież odpowiadając w ten sposób, polecił by czuwać nad grupami tradycjonalistycznymi, podpowiadając inne „Tak”, by czynić skarb z tradycji i by szukać założeń, by mogła ona współistnieć z innowacyjnością.
    Tłum. ks. T.G.

    Źródło: http://www.circololarocca.it/larocca/vetus-ordo/

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: