Wirtualna Polonia

“-Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i ojczyźnie podnieśliśmy głowy.”

Mity o ka­to­lach. Mateusz „Mate.O” Otremba: dostałem drugie życie

Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2013-12-24

Mateusz "Mate.O" Otremba (fot. Tom Swoboda)
  • .

O jego mał­żeń­stwie ta­blo­idy pi­sa­ły chęt­nie, choć nie­praw­dę, o jego mu­zy­ce na­to­miast już rza­dziej, bo to o Bogu, na­tchnio­ne, ja­kieś nie­po­pu­lar­ne. Jak się wie­dzie komuś, kto wy­brał taką drogę? Ja­kie­go Cze­sła­wa Nie­me­na pa­mię­ta i dla­cze­go nie boi się śmier­ci?

Mateusz „Mate.O” Otremba (fot. Tom Swoboda)Foto: Materiały prasowe

Od 1997 roku, kiedy to roz­po­czął swoją ka­rie­rę, na­grał trzy so­lo­we al­bu­my: „To­tal­ne Uwiel­bie­nie” (1997), „Je­steś dobry dla mnie” (2002), „Za­po­mi­nam sie­bie” (2006). W ubie­głym roku, na­kła­dem Phi­la­del­phia Re­cords, uka­za­ło się kon­cer­to­we wy­daw­nic­two Mate.O Aku­stycz­ny i Przy­ja­cie­le „Usiądź przy mnie” (CD+DVD), z któ­rym kon­cer­tu­je w kraju i za­gra­ni­cą. Można go rów­nież usły­szeć na pły­tach i kon­cer­tach TGD oraz New life’m. Po­nad­to współ­pra­co­wał m.​in. z Na­ta­lią Nie­men, z Miet­kiem Szcze­śnia­kiem i Mar­ci­nem Po­spie­szal­skim. Swoją mu­zy­kę okre­śla mia­nem „pio­sen­ki au­tor­skiej”. Ostat­nio sporo kon­cer­tu­je, jesz­cze wię­cej po­dró­żu­je, a co naj­lep­sze od­po­wia­da nawet na naj­bar­dziej nie­wy­god­ne py­ta­nia – cały Mate.O.

Mity o ka­to­lach

Wiara = ubó­stwo?

Hm, Katol to nie to samo co ka­to­lik? Ra­czej jed­nak nie? Znam kilka mitów o ka­to­li­kach, ale są zbyt ogól­ne, w związ­ku z tym uzna­ję je za nie­praw­dzi­we. Wiara równa się ubó­stwo? Bo­ga­ci że­brzą­cy u Ducha. Bo­ga­te ubó­stwo opi­sa­ne jest u ewan­ge­li­sty Ma­te­usza w roz­dzia­le pią­tym. Pa­ra­doks? Nie­po­ję­ta rze­czy­wi­stość w na­szej ludz­kiej eko­no­mii.

Chrze­ści­ja­nin = zły gust?

Zły gust mają ci, któ­rzy świa­do­mie lub nie­świa­do­mie po­zwo­li­li się zmieść tsu­na­mi ma­so­wej kul­tu­ry. Rów­nież są i tacy, któ­rzy za­mie­ni­li pro­sto­tę sztu­ki lu­do­wej i sztuk pięk­nych w lu­dycz­no-sier­mięż­ną. Wśród nich coraz czę­ściej by­wa­ją rów­nież chrze­ści­ja­nie.

Katol = brak to­le­ran­cji?

Jed­nak okre­śle­nie Katol zo­sta­wił­bym na spe­cjal­ne oka­zje. Bywa, że na­su­wa się ono na myśl, kiedy do głosu do­cho­dzą współ­cze­śni in­kwi­zy­to­rzy. A ka­to­lic­ka, czy chrze­ści­jań­ska to­le­ran­cja wobec dru­gie­go czło­wie­ka jest na miej­scu, je­że­li nie myli się jej z apro­ba­tą lub przy­zwo­le­niem na roz­prze­strze­nia­nie się szko­dzą­ce­go innym stylu życia. Grzesz­ne­go stylu życia.

U Nie­me­nów

W ja­kich oko­licz­no­ściach po­zna­łeś swoją żonę, Na­ta­lię Nie­men?

Był to li­sto­pa­do­wy wie­czór jesz­cze w mi­nio­nym stu­le­ciu. Spo­tka­li­śmy się w war­szaw­skim, już dzi­siaj nie­ist­nie­ją­cym klu­bie Tam Tam, gdzie Na­ta­lia grała kon­cert wraz ze swoim ze­spo­łem. Wy­sze­dłem oszo­ło­mio­ny. Na­stęp­ne­go dnia wy­pi­li­śmy kawę w ka­wiar­ni Bli­kle na Nowym Świe­cie, ale po­zna­wać za­czę­li­śmy się, wspól­nie śpie­wa­jąc z TGD.

Mu­zy­ka zbli­ża ludzi. Wiara też.

Mu­zy­ka to spo­sób ko­mu­ni­ko­wa­nia się mię­dzy ludź­mi. Pod tym pre­tek­stem mo­że­my się spo­ty­kać. A dzię­ki wie­rze mamy wspól­no­tę.

Przy tej oka­zji chciał­bym, żebyś roz­wiał bądź po­twier­dził rze­ko­me „in­for­ma­cje” o tym, że Cze­sław Nie­men nie zga­dzał się na wasz zwią­zek.

Tak pi­sa­ły dzien­ni­ka­rzy­ny z tzw. ko­lo­ro­wych ga­ze­tek. Za­tru­te źró­dło in­for­ma­cji. Jest to tak głu­pie, że aż mi głu­pio się na ten temat wy­po­wia­dać. Za­chę­cam do po­grze­ba­nia w swo­ich majt­kach.

W jakim mo­men­cie swo­jej ka­rie­ry była wtedy Na­ta­lia?

Była jakiś czas po wy­da­niu de­biu­tanc­kiej płyty. Ale w tam­tym okre­sie śpie­wa­ła już z TGD i za­czy­na­ła współ­pra­cę z New Life’m.

Czyli nim cie­bie po­zna­ła, już ro­bi­ła taką mu­zy­kę.

Zanim mnie po­zna­ła, już była wo­ka­list­ką TGD i za­czy­na­ła współ­pra­cę z ze­spo­łem New Life’m. Nasza pierw­sza rand­ka wią­za­ła się z tym że mu­sia­łem ją wy­cią­gnąć z waż­nej próby. W tym cza­sie bo­wiem ze­spół przy­go­to­wy­wał się do na­gra­nia, re­we­la­cyj­nej ską­d­inąd płyty „Dla Cie­bie i dla mnie”.

Bru­kow­ce twier­dzi­ły, że to dla cie­bie zre­zy­gno­wa­ła z ka­rie­ry so­lo­wej.

Oj tam, oj tam. Coś tam mu­sia­ły pisać. W końcu re­dak­cja mu­sia­ła z cze­goś żyć, czyż nie?

Ja­kie­go Cze­sła­wa Nie­me­na pa­mię­tasz?

Cho­ciaż­by przy wspól­nym ku­chen­nym stole prze­ga­du­jąc go­dzi­na­mi o mikro i makro rze­czy­wi­sto­ści. O kon­dy­cji świa­ta, który współ­two­rzy­my – słu­cha­li­śmy przy tym mu­zy­ki.

Był za­zdro­sny o Na­ta­lię?

Przy­pusz­czam, że tak jak każdy oj­ciec o swoją córkę, która, gdy na­de­szła chwi­la, po­szła za innym.

Jak dziś pa­trzysz na jego mu­zy­kę?

Je­stem zdu­mio­ny i za­czy­nam sły­szeć.

Na­ta­lia od­kry­wa mu­zy­kę taty na nowo, pew­nie się cie­bie ra­dzi­ła czy do­brze robi, czy nie. Co jej od­po­wia­da­łeś?

„Kto jak nie Ty! Zrób to dziew­czy­no!”.

Je­steś z nią w cza­sie tej trasy?

Je­stem z nią cały czas, a na kon­cer­tach bywam.

Nagrywasz muzykę katolicką?

Nic mi o tym nie wiadomo. Nie jestem artystą wyznaniowym, czyli ani twórcą katolickim, ani protestanckim lub świeckim. Piszę piosenki, śpiewam i nagrywam je na swoich albumach. Jestem chrześcijaninem, czyli naśladowcą Chrystusa i mam nadzieję, że to doświadczenie jest odczuwalne również w moim artystycznym komunikacie i twórczości.

Jaka jest różnica między twoją muzyką a muzyką katolicką, o której mówimy, bo taki termin przecież funkcjonuje?

Do tej pory spotykałem się z terminem „muzyka chrześcijańska”, ale o muzyce stricte katolickiej nie słyszałem. Nie wiem, jaka jest różnica, czy jest jakaś różnica, trzeba by posłuchać i porównać. Może muzyka katolicka to ta, która opiewa doktrynę, dogmatykę i tradycję kościoła katolickiego. Czyli ściśle jest związana z katolicką konfesją, wyznaniem.

Nie uznajesz tego terminu? Jest on potrzebny?

Nie uważam, żeby stwarzanie takich terminów było takie istotne. Do tej pory artyści, którzy identyfikowali się z osobą Chrystusa, tworzyli i grali muzykę razem, bez względu na to z jakich wspólnot, odłamów kościoła pochodzili. Wystarczy podział na muzykę „dobrą” i „złą”. Ale jeżeli istnieje coś takiego jak muzyka katolicka, to jest to muzyka wyznaniowa, bardzo konkretnej części kościoła, bo kościół katolicki to nie cały kościół, to tylko część całego kościoła, który ma bogatą historię mającą swój początek 2000 lat temu w Jerozolimie, wśród żydów. Mamy również prawosławie i protestantyzm. Muzyki tworzonej przez artystów wywodzących się z tych historycznych odłamów kościoła nie nazywamy prawosławną czy protestancką, chyba że jest to muzyka związana ściśle z liturgią i tradycją danego kościoła.

Twój tata jest pastorem.

Tak jak i mój dziadek, brat i wielu wujków. Mój tatuś obecnie jest na emeryturze, po przebytej ciężkiej chorobie.

Jaka muzyka była w twoim domu rodzinnym?

W domu słuchałem starego gospel, muzyki klasycznej, żydowskiej. Moi rodzice śpiewali, tata grał na gitarze, mama na mandolinie, organach, brat grał na pianinie, mój stuletni dzisiaj dziadek Wincenty pochodzący z Grodzieńszczyzny, pisał pieśni i wiersze, a babcia Nina, również kresowiaczka, śpiewała i recytowała poezję. Cała rodzina grała i śpiewała. Krótko mówiąc, muzyka była naturalnym językiem komunikacji między nami oraz między nami a Bogiem.

Założyciel i dyrygent chóru TGD, pracujący z największymi wokalistami polskiej sceny muzycznej oraz wykładowca Akademii Teatralnej Piotr Nazaruk, opowiedział mi kiedyś o swoim śnie. Pojawiła się w nim melodia, którą zapisał tuż po przebudzeniu i którą możemy usłyszeć na ostatniej płycie Trzeciej Godziny Dnia. Do ciebie też przychodzi Duch Święty, z gotowymi pomysłami na muzykę?

Ja nie miałem dosłownie takich zdarzeń jak Piotrek, momenty natchnień owocowały w procesie twórczym. W pewnym sensie piszę o tym, co słyszę i widzę, tylko że w innym wymiarze.

Twoja współpraca z Piotrem Nazarukiem i TGD trwa już kilkanaście lat. Od czego się zaczęło?

Bliskość z Bogiem wyniosłeś z domu, dorastałeś z Nim. Szczęściarz z ciebie, bo znam takich, którzy poznali go na łożu śmierci.

Tak, jestem szczęściarzem, mogąc wyrastać w domu, w którym była żywa wiara, ale osobiste doświadczenie nastąpiło w innym momencie. Nie stałem się wierzący przez to, że wychowałem się w chrześcijańskiej rodzinie, czy przez chodzenie do kościoła. Taka możliwość pomogła jednak mi w podjęciu osobistej decyzji wiary.

Kiedy to się stało?

Byłem dorastającym, nastoletnim chłopcem. Zaczynałem się już wychylać i „cwaniakować”. Chciałem spróbować życia poza strefą bezpieczeństwa. Wychowując się w domu rodzinnym, nie tylko wiedziałem o Bogu, ale widziałem Jego działanie i realność. Jednak to nie wystarczyło. W sercu było rozdarcie, wiedziałem, że nie jest to dobre. Krótko mówiąc: było kilka okoliczności, pod wpływem których pewnego ranka byłem przekonany, że bardzo bym chciał samodzielnie, osobiście stawić się przed Bogiem, a nie tylko tradycyjnie uczestniczyć w czymś, o czym osobiście nie byłem przekonany. W sercu pojawiło się pragnienie i swoisty żal i tęsknota. Mówiłem do Niego, że chcę Go poznać osobiście i żyć tak jak On zaplanował. Taki był początek drogi. Nadal nią idę.

W jakim wieku są twoi synowie?

No, już w dorastającym, prawie 10 i 8 lat. Mają na imię Bronisław i Wincenty.

W jaki sposób mówisz im o Bogu?

Chcę, aby moi synowie byli świadkami drogi, którą idziemy razem z Natką, moją żoną. Aby doświadczali tego, że nie mają przejąć jakiejś religii, ale zadbać o osobistą więź z Bogiem. Tak jak czytamy o tym w Biblii. Wiem, że o Bogu można mówić dużo, ale wiem też, że może to nie przynieść dobrego rezultatu. Uczymy się żyć i rozumieć to życie słuchając słów Chrystusa, które do nas kieruje przez Pismo Święte, a do którego uzdalnia nas On sam, od kiedy zaprosiliśmy Go do naszego życia. Bo jak tu kochać i być kochanym, jak przebaczać i przyjmować przebaczenie, jak dobrze myśleć o sobie i o innych bez Chrystusa, który tym wszystkim wartościom nadaje sens i znaczenie. Więc staramy się razem przyglądać temu, co ważne, budować od fundamentu nasz dom rodzinny ufając, że On jedynie jest solidny jak lita skała.

Boisz się śmierci?

Nie. Już raz umarłem. Nie w sensie fizycznym, ale wtedy kiedy zrezygnowałem z samostanowienia o swoim życiu i dostałem drugie życie, wchodząc na drogę poddania się Jego Królewskiej Mości. Chrystus mówi o sobie, że jest Drogą, Prawdą i Życiem, a ci, którzy Jemu zaufali, przeszli ze śmierci do życia. Jak mawia mój stuletni dziadek Wincenty, moment śmierci fizycznej jest jedynie momentem przekroczenia granicy do wieczności.

Znamy się z Piotrem od dziecka, a nasi rodzice znali się jeszcze zanim my się urodziliśmy. Nasz kontakt odświeżył się w roku 1999, kiedy byliśmy dość młodymi muzykantami. Piotrek intensywnie działał wraz z Pawłem Bzimem Zareckim nad muzyką TGD, a ja byłem młodym debiutantem po nagraniu albumu „Totalne uwielbienie”. Przyjechałem do Warszawy, aby popracować z Bzimem nad moimi piosenkami i pojawiłem się w mieszkaniu naszego wspólnego znajomego na warszawskiej Woli. Tam po latach spotkałem się z Pedrem [Piotr Nazaruk – przyp. PB] i wkrótce potem zostałem zaproszony do gościnnego zaśpiewania koncertu z TGD w Krakowie. Wtedy zaczęła się nasza współpraca. Nagraliśmy razem kilka płyt, zagraliśmy dziesiątki jak nie setki koncertów i przeżyliśmy ważne chwile.

Wasze koncerty to nie tylko muzyka, ale i modlitwa uwielbieniowa. To wszystko trwa już długo, bo aż kilkanaście lat. Nie spowszedniało ci to?

Oj, wiele razy byłem zagrożony spowszednieniem, jak i również celebrowaniem siebie w zawoalowany i pozornie dobrze wyglądający sposób. Parafrazując Tolkiena odpowiem, że „karą za trywializowanie pozornie banalnej rzeczywistości jest spowszednienie”. Muzyka ta ma swoje źródło w zachwycie i wdzięczności wobec Jedynego dawcy życia – Chrystusa. Poczytuję to sobie za wielki przywilej, aby móc śpiewać wobec innych ludzi oraz mojej publiczności o ważnych, a nawet najważniejszych sprawach, wokół których kręci się nasze życie, jego sens i cel.

Jakich?

Mam nadzieję, że można to wyłapać, słuchając moich płyt i podczas koncertów. Zapraszam. Ostatnio koncertuję z moim ulubionym zespołem Mate.O Akustyczny Kwartet.

Zrezygnowałeś z show-bizesu.

Nie rezygnowałem z niego. Ja po prostu nigdy nie byłem jego częścią, choć pewnie nasze drogi nieraz się przecinały. Nie znam się na show-biznesie. Staram się uaktywniać jednak w przestrzeni, która daje mi znacznie więcej możliwości tworzenia i dzielenia się tym z innymi.

Żyjesz z muzyki czy zajmujesz się też czymś innym?

Również zajmuję się fotografią.

Canon czy Nikon?

Ha! Ostatnio powróciłem do używania aparatów średnio i wielkoformatowych, których akurat ci producenci nie produkują. W przestrzeni cyfrowej służy mi Canon.

Wiernie?

Do tej pory niezawodnie.

Muzyka ma wpływ na duchowość?

Dla mnie istnieje ścisły związek. Muzyka to nie tylko dźwięki, częstotliwości, które słyszymy, ale również to, co rezonuje w nas pod jej wpływem gdzieś w tzw. wewnętrznym człowieku.

Miałeś doświadczenia ze złą muzyką?

Jak każdy z nas. Nie wchodziłem w świat artystów z „ciemnej strony mocy”, ale czuję, która muzyka jest dobra, a która zła i nie chodzi mi tutaj o jakość warsztatową i estetyczną. Te dźwięki niosą z sobą coś, co mnie niepokoi, dlatego ich unikam.

Jestem ciekaw, jak podchodzisz do Jima Morrisona, uznawanego za poetę balansującego na granicy natchnień dobrego i złego pochodzenia. Taką muzykę też wyłączasz?

Nie słucham, nie znam jej naprawdę. Podsłuchiwałem wiele lat temu, będąc nastolatkiem, ale mnie nie wzięła w obroty.

Jakich płyt nigdy byś nie wyrzucił za okno?

Chyba żadnej płyty z mojej kolekcji nie wyrzucił przez okno, ale jest kilka specjalnych, chociażby albumy Petera Gabriela, Mahalii Jakson, Otisa Reddinga, U2, a z młodszych muzykantów Johna Mayera, Tedeshi&Trucks Band, Gotye.

Jak postrzegasz przez ten pryzmat muzykę Czesława Niemena?

To muzyka natchniona. Jej dźwięki i słowa oraz ich współistnienie nazwały do tej pory nienazwane.

Muzyka korespondowała z jego charakterem? Był poszukującym człowiekiem?

Ten wielki artysta z charakterem tworzył muzykę, która korespondowała z jego poszukiwaniem.

Wierzysz w dobre lub złe podszepty, natchnienia?

Tak, wierzę. Można być tego bardziej lub mniej świadomym. Artyści ulegają konkretnym wpływom, czasami jest to również beznadziejna strona rzeczywistości. Wiadomo, że muzykanci rozrywkowi nie zajmują się duchowymi poszukiwaniami w swojej działalności, ale różne podszepty, o których mówiłem można wysłyszeć w muzyce, chociażby w „Voodoo Child” Hendrixa. Kilka lat temu wróciłem do nagrań Dylana z lat siedemdziesiątych i zaadoptowałem jego piosenkę „Gotta Serve Somebody”. Nagrałem ją na swoim ostatnim albumie Mate.O Akustyczny, pod polskim tytułem „Musisz komuś służyć”.

Jak podchodzisz do wyznań wiary świeżo nawróconych, tzw. neofitów, pokroju gitarzysty nu-metalowej grupy Korn Briana „Head” Welcha, który po powrocie do zespołu nagrał płytę z otwierającym ją utworem „Pray For Me”, czy do Muńka Staszczyka, którego rozmowy o nawróceniu były drukowane w poczytnych tytułach? Jak na to reagujesz?

Jeżeli ktoś odnajduje drogę, którą jest Chrystus, to jest wielkie święto i świetna nowina. Jak tu nie mówić, że przytrafiło ci się takie szczęście.

Warto o tym mówić w mediach?

W pewnym sensie może to być naturalne dla osób publicznych. Zostałeś uratowany, więc jak pytany mógłby o tym nie mówić. Trzeba przyznać się do tego, co się stało, aby i inni mogli skorzystać z tej niepojętej łaski nawrócenia.

Zostałeś kiedyś wyśmiany?

Może bardziej odrzucony niż wyśmiany.

W kręgu artystów również?

Nie przypominam sobie. Artyści to nadwrażliwcy, oni pytają, poszukują, nie dziwi ich, że ktoś ma duchowe pytania i doświadczenia. Ale w innych środowiskach byłem atakowany, pośrednio lub nawet bezpośrednio.

W jakich okolicznościach?

Czym innym jest otwierać serce, po to, żeby się spotkać z drugim człowiekiem, a czym innym jest zająć stanowisko w istotnej sprawie. Jeżeli widzę, że ktoś nie jest zainteresowany, to idę dalej, ale wielokrotnie zajmowałem zdecydowane stanowisko na scenie i w życiu, twierdząc, że coś jest ważne lub coś jest prawdą absolutną. Niejednokrotnie wywoływało to sprzeciw i pomówienia.

Czy muzyka może ewangelizować?

Może być przepełniona ewangelią, czyli treścią o tym, że człowiek stworzony przez Boga, a zaplątany w śmiertelne konsekwencje swojego grzechu, potrzebuje do niego wrócić i morze to zrobić dzięki radykalnej i miłosnej interwencji Chrystusa na krzyżu. Jak śpiewała Arka Noego „przebaczone winy, darowane długi/ zaczynam nowe życie”.

Masz zwyczaj modlenia się przed koncertem?

Mam taki zwyczaj i to jest bardzo dobry zwyczaj. Modlę się przed koncertem, jak i przed wieloma innymi zdarzeniami, mniej lub bardziej ważnymi. To jest naturalna cześć mojego życia.

Modlisz się sam czy z zespołem?

Jeśli gram z chłopakami, to modlimy się wspólnie. To normalna sprawa, nie ma w tym żadnego patosu, nie zmieniamy tonu głosu do tej modlitwy. Rzeczywistość bycia z Chrystusem jest ciągła i niezmienna, a jeśli dzieje się coś ważnego, to trzeba z Nim o tym porozmawiać.

Gdybyś nie był uczniem Chrystusa to…

Już dawno bym zwariował.

A może żyłoby się wygodniej?

Nie sądzę i wolę nie próbować takiej wygody. Złudzenia, złudzenia.

http://muzyka.onet.pl/alternatywa/mateusz-mate-o-otremba-dostalem-drugie-zycie/vs6wl

Reklamy

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: