Wirtualna Polonia

“-Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i ojczyźnie podnieśliśmy głowy.”

Piękny gest hipermarketów. “Wypuściliśmy niesprzedane karpie z powrotem do lasów”

Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2013-12-26

karppozydowsku1

Ryby znów na łonie natury.

Nie było dnia przed świętami, żeby w internecie nie pojawiały się dowody skandalicznego traktowania karpi w polskich hipermarketach. Tym bardziej powinna cieszyć decyzja wiodących sieci, aby zwrócić wolność niesprzedanym rybom.

– Wszystkie pozostałe na stanie karpie po zamknięciu sklepów w Wigilię od razu trafiły z powrotem do polskich lasów, gdzie, jak liczymy, znacząco wzbogaciły miejscowy ekosystem – czytamy w specjalnym oświadczeniu.

Według informacji sieci handlowych nowe życie mogło w ten sposób rozpocząć 50 tysięcy osobników. Skala tej wyjątkowej amnestii zaniepokoiła jednak biologów.

– Gdy taka masa zwierza pojawia się w sposób nienaturalny, zawsze istnieje ryzyko zaburzenia delikatnej równowagi gatunków – ostrzega prof. Kazimierz Skalarski z Uniwersytetu Warszawskiego. – Szczególnie martwię się tu o lisy, które będą z karpiami walczyć o pożywienie. Brak zbiorników wodnych w lasach nieco wyrównuje szanse, ale to nowi goście mają przewagę liczebną

Autor: ojciecredaktor

(c) ASZdziennik 2011-2013. Wszystkie cytaty i wydarzenia zostały zmyślone

Komentarze 3 to “Piękny gest hipermarketów. “Wypuściliśmy niesprzedane karpie z powrotem do lasów””

  1. Kapsel said

    Jest okazja aby , kolegom wędkarzom……

    Bogdan Barton:

    ZAGUBIENI W…CZASIE

    Dlaczego zdecydowałem się napisać ten tekst? Otóż dlatego, że od jakiegoś już czasu otrzymuję setki e-maili z różnymi pytaniami od wędkarzy. Są to zazwyczaj wędkarze młodzi i fajnie bardzo się z tego cieszę, że jest coraz więcej młodych ludzi interesujących się wędkarstwem. Ale też dużo jest wędkarzy w średnim wieku, którzy jak twierdzą zaczęli się uczyć czegoś nowego ode mnie. Bardzo mi miło że mogę pomóc, a przy okazji i ja się dużo uczę. Ale na ostanie ponad trzysta maili i ileś tam telefonów tylko trzech wędkarzy zapytało mnie panie Bodzio jak złowić duże ryby w jeziorze, jak je zlokalizować, gdzie je szukać, czym się kierować jakimi wskazówkami, gdzie one pływają, gdzie mogą być ich żerowiska? Reszta pyta się o firmy jakich sprzęt używam, o recepty na super moje zanęty, czy używam kupne, to jakiej firmy są najlepsze, jakiej marki żyłki używam, jakiej firmy haczyki i czy one się nadają na duże ryby i ogrom „pustych” pytań bez odrobiny wędkarskiej wyobraźni… Boże drogi co się stało z dzisiejszymi wędkarzami. Naprawdę chylę czoło przed Wędkarzem Polskim, że od czasu do czasu robi wywiady ze starą gwardią wędkarską, to oni opowiadają jak łowią ryby, gdzie zarzucić wędkę w jeziorze, czy rzece żeby złowić porządną rybę. Często trzymają w ręku stare bambusy, czy dederowskie spinningi, ale nikt z dzisiejszych zawodowców nie dorówna im wiedzą wędkarską dosłownie nikt.
    Stara gwardia doświadczonych wędkarzy wiele swoich wielkich wędkarskich tajemnic zostawiła następnym pokoleniom i nadal to robi, ale o tym dziś zapominamy i nie umiemy słuchać. Kto słucha dziadka jak trzeba założyć przynętę na haczyk, czy gdzie zarzucić wędkę, żeby złowić lina, karpia, czy szczupaka. Dziadek jest staroświecki i nie wiem jak dziś się ryby łowi. Prawdziwy wędkarz ma dziś kija za 2tys, łowi na żyłki pajęczyny, haczyk musi być nr 20, 20kg markowej zanęty i muszą brać. W poradnikach wędkarskich, artykułach pisze się o tym czym zlokalizować ryby, jak poznać wielkości ryb na co i czym je złowić. Boże kochany jakie to jest puste. Nikt dziś nie napisze, co ma lin do rodzaju roślinności w jakiej przebywa, w której żyje i żeruje, w jaki sposób grube płocie radzą sobie z racicznicami, o jakiej porze roku i w jakiej temperaturze wody najlepiej im takie menu jest potrzebne i dlaczego, dlaczego grube okonie wiosną są pod trzcinami, a latem nawet na kilkunastu metrach głębokości, przecież tam nie ma narybku… takich pytań można zadawać dziesiątki i mało kogo to obchodzi ważne, że mam sprzęt do lokalizacji i super najdroższe przynęty najlepszej firmy, bo firma się liczy.
    Nowoczesna technika mydli nam oczy sprzętem, zanętami, przynętami, że całkowicie zapominamy o prawdziwym wędkarstwie. O takim, które połączone jest z naturą z tym, co nas nad wodą otacza. Teraz jak się wydaje, a szczególnie młodym wędkarzom, że prawdziwy wędkarz to ten, co ma dodatkowo dobrą łódź z szybkim silnikiem , najlepszą echosondę, GPS, super sprzęt, najdroższe zanęty, kilogramy dodatków w postaci ochotki, czy jokersów. Zlokalizować ryby i tysiącami drogich przynęt zmusić ja do brania. I nikogo nie interesuje dlaczego nie chce wziąć, bo jak nie chce, to trzeba dać jej coś super na przeczyszczenie i musi wziąć bo ja tak chcę. A jak nie weźmie, to zmieniamy producenta zanęt i próbujemy dalej. I nikt nie wspomni o środowisku ryb o tym co nas otacza dookoła jeziora, czy rzeki. A dlaczego nie zaufamy sobie, własnej wyobraźni… dlaczego nie rozejrzymy się dookoła siebie nie poczujemy natury nad wodą. To zaczyna zanikać w ludziach kończy się instynkt, a zaczyna działać psychika na technikę.
    Do dziś się trzymam starych przyzwyczajeń i wiem, że to, co naturalne zawsze będzie najlepsze o tym świadczą moje wyniki wędkarskie. Mój atraktor- dip jak go nazwałem po nowoczesnemu jest taki sam jak 30 lat temu. O jego działaniu może dziś powiedzieć wielu wędkarzy od zawodników po speców karpiowych. Starsze pokolenie wędkarzy wie o czym mówię i szkoda że tylko oni… Leszczynowe kije, szczytówki z jałowca, potem bambusy, haczyki zdobyte z trudem. A żyłki też były i to jakie! cienka taka na przypony na leszcze to musiała być nie cieńsza niż 0,30mm do 0,35mm. Sam łowiłem na takie i to leszcze o jakich dziś nawet nie śnię. Żadnej rybie nie przeszkadzała żyłka ważne było dla ryb to, co na haczyku i z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że to się nie zmieniło. Pewnie że dziś nie łowię na takie grube żyłki, bo wytrzymałość dzisiejszych żyłek daje mi komfort łowienia. Bambusów już też nie używam, bo nie mam tyle już siły żeby je przez kilka godzin utrzymać w ręce. Pewnie, że łowię na lekkie i mocne kije. Ale mojej wędkarskiej wyobraźni nie straciłem do dziś ba jest o wiele większa i skuteczniejsza.
    Dawne zanęty, to wszystko co było w domu czy zostało z obiadu. Najlepsze były ziemniaki i to gotowane w mundurkach. Nic nie tracą wtedy na swoim naturalnym smaku i aromacie. Zgniecione z łupinami i zmieszane np. z miodem mieszały latem linom czy karpiom we łbach. Pamiętam jak jako 13 letni chłopak z takimi ziemniakami jako zanętą i przynętą stałem dosłownie po pachy w wodzie w trzcinach i z bambusem bez kołowrotka polowałem na karpie, które wypatrzyłem poprzednio z drzewa jak się wygrzewają na powierzchni w oczkach trzcinowiska. Po zacięciu taki trzy kilowy karp robił trochę zamieszania. Z jednego oczka wyciągałem w kilkanaście minut dwa, trzy karpie i przechodziłem dalej, one te karpie mnie nie widziały, bo byłem w wodzie. Ale widzieli mnie inni wędkarze łowiący na skraju trzcin ze spinningami z kołowrotkami niemieckie żyłki jakieś ładne wiaderka z czymś pachnącym, ale ryb zero. Za to wydzierali się na mnie jak holowałem kolejnego karpia Barton gówniarzu spieprzaj stąd, bo ryby płoszysz. Do kaszy która została z obiadu dodawałem nazbieranych kłodaków, ślimaczków, racicznic i wszystkiego co było przy brzegu. To po rozgnieceniu i wymieszaniu z moim smrodkiem (dipem) leciało do wody. Nie było ryby w jeziorze która by się oparła takiej mieszance. Na skraju trzcin w łowisku zanęconym taką zanętą jednego dnia łowiłem ogromne krasnopióry, płocie po kilka średnich leszczy i zawsze kilka karpi. I od razu w takim łowisku zjawiały się drapieżniki zwabione tak wielkim zamieszaniem. I nie musiałem wtedy kombinować zanęty na poszczególny gatunek ryby.
    Już wtedy na początku lat dziewięćdziesiątych byli wędkarze pozbawieni wyobraźni liczył się tylko sukces. Dziś dla mnie jest, to śmieszne, że każda ryba w jeziorze ma inny gust w pożywieniu jak twierdzą producenci zanęt. Powiem krótko jeżeli chcę łowić jakiś wybrany gatunek ryby to nie ważne co podam rybie tylko gdzie jej to coś podam. A żeby to wiedzieć gdzie tej wybranej rybie podać zanętę muszę znać jej zwyczaje, sposób życia itd… Już średnie pokolenie wędkarzy ma zamydlone oczy od reklam twierdząc, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do d… takich pytań mam wiele od wędkarzy, którzy pytają na jaką rybę jest mój dip, a kiedy odpowiadam, że na każdą to po prostu nie mieści im się w głowie. A dziś dzięki mojemu dipowi wale już nawet dwucyfrowe dorsze aż miło i co? Nie wspomnę już o łowionych dzis przez wędkarzy wielkich karpiach, węgorzach, sumach, sandaczach, linach, leszczach, płociach itd., ba nawet pstrągach.
    Przynęty pełzały, skakały na łące czy na polu. Na koniki polne brały takie ryby na zawodach, że ten kto miał ich najwięcej miał puchar w kieszeni. W tej kwestii nic się nie zmieniło, bo wszystko co najlepsze na haczyk znajduje się przed moim nosem na łące, nad brzegiem jeziora, czy tuż przy brzegu w wodzie i jest tego wszystkiego dosłownie ogrom. Dżdżownice wygrzebane z darni z nad brzegu jeziora mają tak specyficzny zapach, że biją na łeb wszystkie inne gatunki. Mają zapach, który ryby znają dosłownie od urodzenia. Bo ile ich tych robaków podczas ulewnych deszczy wyłazi na powierzchnie i są potem spłukiwane do wody jeziora dosłownie wielkie ilości i różnych rozmiarów. W słoneczne dni można w trawie znaleźć tyle różnych larw owadów, że aż trudno w to uwierzyć, ale i nie tylko larw też i dorosłe owady. To wszystko wiele razy wpada do wody i jest pokarmem dla ryb. O rany ile razy ja łapałem jako dziecko w domu muchy po ścianach i wkładałem do pudełka po zapałkach. Krasnopiórek i płoci łowiłem nawet po sto sztuk za jednym posiedzeniem na te przynęty. A latem w trzcinach jak bez ołowiu położyłem muchy na powierzchni to karpisko albo linisko tak przedzwoniło w zestaw że z bambusem lądowałem w wodzie. Ale zawsze najlepsze były i są pijawki, które zbieram po kamieniami w wodzie, pod kołkami ta przynęta bije na łeb wszystko i o każdej porze roku. Jeżeli ktoś kiedyś złowił jesienią leszcza z głębiny z którego wyciekała jakaś szara maź to ja wiem że to są, a raczej były te małe pijawki, Skąd wiem? A od szczupaków, które łowię jesienią na kilkunastu metrach głębokości. Ile razy taki szczupak ma poprzyklejane takie pijaweczki do ciała nie jeden wędkarz to potwierdzi. Tych pijawek jest mnóstwo tam głęboko w na dnie, ale i przy brzegach i jak nazbieram zgniotę i zrobię z nimi ciasto to bójcie się ryby. Albo też dodaję taką miazgę z pijawek do białych robaków i jak się w tym wytrą to…tak robiłem 30 lat temu i robię do dziś
    Tamte przepisy na ciasta wtedy były szybkie i bez żadnych prawie nakładów finansowych. Dosłownie wszystko daję nam natura teraz też, tylko teraz my jesteśmy leniwi i wygodni. Dlatego ucieka nam to, co najważniejsze w naszym hobby- wyobraźnia, czucie natury i radość bycia z nią. Nie mówcie mi, że wtedy to były ryby. Teraz są też i to wielkie. Tylko my się zagubiliśmy. Moim ulubionym ciastem na ryby jakie robiłem wtedy i robię do teraz to ciasto z kaszy manny z dodatkiem rozgniecionych kłodaków oczywiście bez domków. Kłodaki wyciągam z domku wkładam do garnka rozgniatam na miazgę dodaję trochę wody, podgotowuję to i wsypuje kaszy manny. Potem ugniatam już w dłoniach. Nie ma to ciasto na gorąco przyjemnego zapachu dlatego robię je jak nikogo nie ma w domu i przy otwartym oknie. Ale co się dzieje, kiedy założę ciasto na haczyk, to nie chcę opisywać, bo mało kto w to uwierzy. Łowię na moje ciasto wszystkie gatunki ryb z okoniami włącznie.
    Jak wtedy tak i teraz dokładnie sprawdzam o każdej porze roku przewód pokarmowy ryb czym są objedzone. Wiecie co tam jest tam jest dosłownie to czego nie ma w żadnym poradniku wędkarskim na świecie. Nikt niestety nie zwraca na to uwagi, a jeżeli nawet wyciśnie to coś z przewodu pokarmowego to na nie miłym popatrzeniu się skończy. Bo będzie to jakaś maź z jakimiś twardszymi kawałkami no może współczesny łowca się zorientuje,że to pomiażdżone muszelki, ale nie będzie wiedział czego. Mogą to być i u płoci, leszcza, czy karpia te same mięczaki czyli ślimaki,racicznice czy też larwy kłodaki z domkami. I jeżeli mam trochę wyobraźni, to dzięki takim wskazówką już wiem gdzie szukać ryb i czego teraz najbardziej potrzebują. I nie szukam markowych zanęt tylko sam robię zanętę jak najbardziej zbliżoną do tego co naturalne.
    Tak łowiłem karpie z marszu takie do 5kg, które żerowały na stromym spadzie porośniętym rdestnicą przeszytą i kędzierzawą tam było ogrom ślimaków tuż przed spadem. Nazbierałem dosłownie pół wiaderka to wszystko zmiażdżyłem dodałem dużo płatków owsianych żeby to trochę zlepić i od razu większą połowę wrzuciłem do wody tak na skraj występowania roślinności. Długo nie czekałem na efekty najpierw podeszły płocie po chwili wyrośnięte karasie, kilka mniejszych linów i dwa po 1,5kg, a po wysypaniu reszty tej zanęty weszły karpie, pięć takich po trzy kilo dostałem po kolei potem dwa po piątce i trzeci zabrał mi całą żyłkę. Po jednej rybie z każdego gatunku zabrałem i dokładnie sprawdziłem co mają w przewodach pokarmowych. Były aż napchane moim żarciem a ja nie straciłem prawie grosza, a wyniki były niesamowite i wspaniała przygoda no i doświadczenie.
    W każdym metrze sześciennym wody jeziora jest wpisane życie tego co żyje w jej wodach, to z kolei bardzo się wiąże z tym co jest na lądzie nie tylko dookoła zbiornika. Kiedyś wędkarze i zawodowi rybacy tylko wiązali to, co się dzieje na lądzie z tym co się dzieje w wodzie. Kwitnienie różnych drzew owocowych i innych było związane z np. tarłami ryb inne z początkiem tarła inne z końcem tarła. I potrafili w różnych rejonach kraju bardzo dokładnie i trafnie określić te zjawiska nakładające się na siebie. Dziś rybacy tego doświadczenia nie mają, ale za to mają taki markowy sprzęt, że nic i im nie umknie z sieci bez względu na wymiar waga się liczy. (Nad nimi nie ma żadnej straży rybackiej chociaż tak się nazywa). Ale ja całe szczęście ma ciągle stare nawyki i tamtą wyobraźnię. Ciągle też wierzę, że to się zmieni i będzie coraz więcej wędkarzy z prawdziwą pasją wędkarską, którzy zadbają o to żeby wszystko wracało do natury, żeby były naturalne tarliska nie wykoszone przez amury, żeby nikt niby humanitarny nie wypuścił karpia świątecznego hodowanego w stawach do naturalnego zbiornika, bo dokładnie wiemy z jakimi niebezpieczeństwami chorobowymi to się wiąże dla takiego zbiornika i jego rdzennych mieszkańców. Kiedyś nie było w dużych jeziorach amurów, tołpyg, karpi, ale za to były takie ilości wielkich naturalnie urodzonych tam ryb, że każdy połowił do syta i wędkarz i rybak. Rybacy robili nawet sztuczne tarliska z gałęzi jałowca w chłodniejszych porach roku żeby ryby miały się gdzie wytrzeć. Dbali o środowisko, bo to była ich praca. Teraz się wpuszcza ryby, które niszczą tarliska i cały ekosystem. Boże czy kiedyś wrócą tamte czasy tamto wędkarstwo i ludzie…
    Są jeszcze nie skażone rejony i nie odłowione jeziora dlatego zapraszam do Przechlewa na wędkowanie z przewodnikiem, czyli oczywiście ze mną.
    Bogdan Barton

  2. Kapsel said

  3. Izaurus said

    „…i fajnie bardzo się z tego cieszę…” ??????????
    „Fajna” zachęta jak „fajny” Podbipieta
    „Fajny” ten głosik jak „fajny” bigosik
    „Fajne” święta w „fajnej” wannie
    To „fajnie”, to tak jakby taplanie w łajnie!

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: