Wirtualna Polonia

“-Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i ojczyźnie podnieśliśmy głowy.”

Rok 3333, czyli sen niesłychany – J.U. Niemcewicz

Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2014-01-31

Rok 3333 po raz pierwszy czytałem jako 10/11 letni chłopak. Wyssałem z rodzinnej biblioteki. „Sen niesły­chany” Niemcewicza wydawał mi się wtedy „niesłychanym”,  nawet za tysiąc lat! Minęło parę dziesięcioleci i wczoraj wyciągnąłem z piwnicy i .. i to nie w r. 3333-cim, ale… Zapraszam do lektury.
Włodek Kuliński/Admin

Untitled

W niedawnych czasach, gdy wiele wybor­nych pism wychodziło o urządzeniu żydów, gdy materyę tę jako bytu lub z czasem zatracenia rodu i imienia polskiego tyczącą się, po wszyst­kich roztrząsano zgromadzeniach, ja również z innemi czytałem, słuchałem doświadczeńszych ode mnie, nieraz nawet odważałem się i sam odezwać.

Czytanie różnych pism, rozumowanie nad przedmiotem ich, długo zajmowały wszystkich umysły, a mnie do tego stopnia, iż czyli to u siebie, czy idącemu przez ulicę, czy w do­branych towarzystwach, gdzie i pół pejsaka na­wet nie znajdowało się, mnie w rozognionej imaginacyi mojej snuły się same starozakonne postacie, a nawet W wytwornych pięknych dam przybytkach, kędy w porcelanowych donicach same tylko tchnęły jaśminy i róże, mnie zala­tywał zapach, jednym tylko łapserdakom wła­ściwy.

Nie dziw więc, że tak gwałtownie, tak długo myśl moja na jawie jednemi zajęta przed­miotami, też same stawiała mi i we śnie, lecz w jak dzikim, w jak niesłychanym sposobie, co sama tylko nieograniczona nadana wolność drzymaniom wytlómaczyć i wymówić potrafi.

Zdało mi się naprzód, żem był we Wło­chach, wiosce o pół mili od Warszawy.

Tam obejrzawszy przykładne gospodar­stwo, wprowadzone w rolnictwie i narzędziach wynalazki, wypiwszy szklannicę wybornego mle­ka, do Warszawy wracałem; lecz jakie było po- dziwienie moje, gdy zbliżając się do stolicy, postać miasta tego inną wcale od dzisiejszej w oczach moich stawała. Im bardziej zbliżałem się, tembardziej odmienność ta uderzała mię i zadziwiała.

Napróżno wolskich rogatek szukałem; na miejscu ich znalazłem nieforemną bramę, a ra­czej potężne wrota z okopconego wiekiem ka­mienia, na szczycie ich, była herbowa tarcza przez dwóch lewiatanów trzymana. Długo sta­rałem się rozeznać coby się w polu jej mieści­ło, aż nareszcie odkryłem, że to były cycełe (poświęcone sznureczki, które żydzi w kraju łapserdaków swoich noszą), dość kunsztownie wyryte. Na gzemsie dwa wiersze w hebrajskim języku, a pod niemi te słowa łacińskiemi literami: Moszkopolis A. 5353.

Mimo przywileju snów, w których naj­dziksze rzeczy zdają się rzetelnemi, nie mo­głem się pojąć w zdumieniu mojem. Następu­jące jednak snu tego opowiadanie dowiedzie, te z każdym prawie krokiem com uczynił, wzrastało smutne zadziwienie moje.

Wjechawszy w miasto ujrzałem po obu stronach domy, na wzór karczem dzisiejszych stawiane, z wystawami i stajniami. W niektó­rych miejscach sterczały żerdzie. Od nich od jednego domu do drugiego naprzeciw przecią­gnięte były sznury, na znak, że właściciele tych domów powinowactwem byli złączeni.

Przed domami siedziały żydówki, a przed niemi macki z obarzankami, kukiełkami i solą. Nigdzie nie było bruku, lecz natomiast błoto niezmierne. Około domów mnóstwo kaczek, gęsi, kur, indyków babrzących się w tern bło­cie. Wszędy snuły się ćmy brudnych żydów, naprzód i w tył, na lewo i na prawo.

—     Przebóg! zawołałem: gdzież ja to je­stem? jakże się zżydziło to miasto? jakże? nie ujrzęż i jednego chrześcianina-polaka.

Ledwiem wyrzekł te słowa, alić spostrze­głem małą, brudną dryndulkę, a na niej siedzą­cego woźnicę, przecież nie W żydowskim ubio­rze. Kiwnąłem i przybył. Wsiadłem umyślnie, bym od tego człowieka mógł powziąść obja­śnienie względem tego wszystkiego com wi­dział, i czegom pojąć nie mógł.

Ze dorożka w niezmiernem na ulicach błocie postępowała powoli, a niedostatek bru­ku wszelki hałas oddalał, ja i woźnica mogliś­my się wybornie słyszeć i wygodnie rozmawiać.

—     Mój przyjacielu — rzekłem — zaklinam cię, powiedz mi co się znaczy, tak niepojęta, tak prędka odmiana. Niedawno Warszawa by­ła miastem chrześciańskiem, polskiem, skądże dzisiaj w mieszkańcach, w domach, słowem we wszystkiem tak się zżydziła?

—     Albo jegomości musi się śnić — odpowie­dział trochę z żydowska Woźnica, albo z innego kraju musiałeś tu przybyć. Gdzie tam niedaw­no! ludzie powiadają, że tu już z tysiąc lat, jak żydowstwo opanowało tę niegdyś polską ziemię.

—     Jakimże sposobem — zawołałem — wo­jenny lud dał się podbić tym kapcanom?

—     To mędrsi i uczeńsi doskonalej wam powiedzą, ja tylko wiem to, czegom się z ustnego podania, od dziadów i naddziadów mych nauczył. Nie orężem oni podbili Polaków, lecz sztuką, podstępami, przekupstwem; nie wiem dokładnie jak to było, lecz gdy raz otrzymali prawo wchodzenia do wszystkich urzędów, na­

bywania własności ziemskich, nic niezmordo­wanej przebiegłości ich i wykrętom tamy po­łożyć nie mogło, tak, że z wiekami zgnietli Polaków chrześcian, sami opanowali wszystko, a gdy nikt nie chciał brudno zaszarganego Królestwa, wybrali sobie króla i starożytną Pol­skę Palestyną nazwali.

Osłupiałem na te słowa, i byłbym długo w zdrętwiałości mojej pozostał, gdyby dorożka nie przejeżdżała wedle miejsca gdzie bywał, „pałac błękitny”.

Tu westchnął głęboko Woźnica mój i rzekł:

—     Ten dom co widzicie po prawej ręce, należał przed wiekami do przodków moich, na­przód był książąt Czartoryskich, a potem prze­szedł do imienia mego, do Zamoyskich.

—     Co ja słyszę! — zawołałem — ty jesteś Zamoyski?

—     Nieinaczej — powtórzył z westchnie­niem — jestem Zamoyski i poganiam tę dryndulkę. Żona moja jest Zosia Czartoryska, ko­bietka, jak ludzie powiadają, wcale ładna, mój szwagier Czartoryski ma ogródek na przed­mieściu, który uprawia i z którego żyje.

—     Przedwieczny Boże!—zawołałem — do czegóż to przyszło.

—     Nie dziwcie się – przydał dorożkarz — to samo się stało z wszystkiemi dawnemi rodami polskiemi. Radziwiłłowie są mularzami, Potoccy i Sanguszkowie bawią się furmanką i drzewo wożą do Wisły, Chodkiewicze, Krasińscy, Lubomirscy, Sapiehy pośli na cieślów. Nikomu z chrześcian nie wolno mieć ni ziem­skiej, ni miejskiej własności, chyba, że żydem zostanie. Jakoż niejeden przyciśniony biedą, znużony i upodlony uciskiem, zapomniawszy co winien Bogu i sobie, został żydem, zapuścił pejsaki i tak się dobrze kiwa nad talmudem jak Jud najlepszy.

Ledwie skończył te słowa, gdyśmy spo­strzegli tłum żydów na koniach z włóczniami w ręku, w lisich czapkach i ładownicach, bez żadnego porządku jadących, dwóch trębaczów w podobnymże ubiorze jechało przodem, mieli oni trąbki, mało co większe od tych, któremi się dzieci bawią, i raptem tak przeraźliwie zapisknęli w te trąbki, iż konie zaczęły się trwo­żyć i kręcić, jeźdźcy gubić pantofle, zsiadać, szukać ich po błocie. To zastanowiło i poczet ów wojenny, a zarazem i dorożkę moją.—Cóż to się znaczy?—zapytałem przewodnika mego.

—     Jest to — rzekł — gwardya konna królew­ska, powracająca z zamku, zawsze taka bieda, kiedy się ich napotka, bo ustawnte coś zgubić lub upuścić muszą, gorzej kiedy na ćwiczenia wyjadą w pole, jak się to paskustwo puści kłu­sem, to pada jak gdyby gruszki jakie.

Nie wiem jak długo trwałby ten nieporzą­dek, gdyby się nie pokazał zdaleka w karecie wspaniałej stary żyd z dużemi utrefionemi pejsakami, w opończy, którą potężne srebrne okry­wały haftki. Wielu żydków w samym kwiecie młodości harcowało koło karety na konikach.

Jak tylko poczet konny spostrzegł go, wraz czy, który znalazł pantofle, czy nie, czy który dopadł konia lub nie, wierzchem, piechotą, jak kto mógł, porwali się z miejsca i uciekli w po­boczną ulicę. Mój dorożkarz, korzystając z oczyszczonej na ulicy luki, ruszył naprzód, a prze­jeżdżając około wielkiego owego starego Pa­na, zdjął czapkę i schyliwszy głowę aż na ko­lana długo w tej pozyturze zostawał. Zapyta­łem ktoby był ów żyd bogaty?

—     Jest to — odpowiedział – Książę Wojewo­da Icek Szmulowicz, prezes rady stanu, jeden z największych panów naszych. Oprócz znacz­nych dóbr ma pałac na Krakowskiem Przedmieściu, i blisko miasta Wilanów.

—     Co — zawołałem — żyd jest panem Wi­lanowa?

—     A zkądźe znów Jegomość jedzie? — zapytał z zadziwieniem woźnica—jużci zapew­ne nie będzie go miał żaden z chrześcijan, tym nie wolno tylko za pańszczyznę uprawiać rolę, albo po miastach prowadzić podlejsze rze­miosła.

—      W jakimże stanie jest dzisiaj Wilanów, czy tak piękny i porządny jak był za dawnych właścicieli, czy ta murowana wioska, ten fol­wark, ta nowa część ogrodu, co ją pani Potoc­ka założyła, dobrze są utrzymane?

—     Nie wiem ja — odpowiedział dryndulkarz — co było wprzódy, to wiem, że dziś stoi tam wielka gorzelnia, browar, wołownia. Pałacysko brudne strasznie, zachowano nad Wi­słą dwa drzewa, pod któremi Icek Szmulewicz kuczki swoje odprawia, król go bardzo kocha.

—     To macie króla, i któż jest tym królem?

—     A któż ma być? juźci żyd.

—     Jakże się zowie?

—     Moszko XII — odpowiedział mój prze­wodnik.

Wpadając raz po raz z zadumienia w zadumienie, już się nakoniec (jako w snach by­wa) przekonałem, że to wszystko prawda, zo­stała tylko mocna ciekawość widzenia wszyst­kiego co się działo w tem czarnem królestwie.

—     Nie mógłbyś mnie — rzekłem do doroż­karza — zawieść do zamku, po dykasteryach, teatrach, etc. a zapłacę sowicie.

—     Do wszystkich tych miejsc — odpowie­dział dorożkarz—chrześcijanom zabroniony jest przystęp.

—     Co to za nieszczęście — rzekłem — dał­bym wiele żebym te wszystkie niewidziane dzi­wy mógł widzieć.

—     Jeśli Jegomość chce odłożyć pienię­dzy, to wszystko zobaczy.

—     Jakże gdy mówisz, że to zakazane.

—     Zakazane to prawda, ale za pieniądze u nas wszystko wolno.

Pomacałem się po kieszeni i kazałem się wieźć do zamku. W samej bramie zatrzymał mię zaraz żyd grenadyer z ogromną lisią czap­ką i z upudrowanemi pejsakami, wrzeszcząc co miał głosu:

—     Stój Waść.

Tu dryndulkarz obróciwszy się rzekł mi:

—     Dajcie mu talara.

Uczyniłem jak radzono, i natychmiast ta­lar przełamał zaporę. Jak całego miasta, tak też nie poznałem i dawnego zamku Zygmun­tów. Bóg tam wie, co to było za straszydło! Stało na dziedzińcu mnóstwo teleg, koszlawych karet i koczów. Przy wnijściu na wschody, druga przeszkoda, podobnież z mej strony uła­twiona jak pierwsza. Wszedłem nakoniec na pokoje królewskie. Pokazanie się moje, strój, postać, nie małe sprawiły zadziwienie, zaczęło żydowstwo szeptać, krzywić się, gdy dwóch młodych żydków w popielatych łapserdakach z czarną aksamitną lamówką, zbliżyło się do mnie. Spostrzegłem, że to były szambelany, gdyż przy wiszących cycełach nosili u kolan dwa złote klucze.

—     Waści tu nie wolno wchodzić! — rzekł mi jeden dość przykro.

Nie tracąc przytomności, pamiętny na ra­dy dorożkarza dobyłem dwa dukaty i po je­dnym każdemu z szambelanów nieznacznie wścibiłem do ręki. Natychmiast wypogodziły się czoła młodych izraelitów, jeden z nich po­biegł do Wielkiego Marszałka, jak rozumiem z doniesieniem o mnie, drugi pozostawszy:

—     Uważam — rzekł — że waść jesteś cu­dzoziemcem, ciekawym zapewne widzieć dwór Najjaśniejszego Judy, szczęśliwie wcale trafi­łeś, ujrzysz go w całej okazałości, dziś bowiem jest uroczystość obrzezania Najjaśniejszego królewicza Lejby. Król okaże się w całej oka­załości, jeżelibyś waść znał się na grzeczno­ści, tobym ja mu służył za przewodnika, oka­zał i oprowadził wszędy.

Lubo przymówienie się to ze strony szambelana dworskiego zdawało mi się cokolwiek niedelikatnem, z tem wszystkiem rzuciwszy oko na pejsaczki przestałem się dziwić, i dobywszy

dwa jeszcze dukaty wsunąłem w dłoń szambelanowi.

Ściskając mię za rękę, rzekł:

—     Nie odstąpię waści aż wszystko obej­rzysz. Pójdźmy do drugiego pokoju, gdzie są zebrani panowie radni i ministrowie.

Żydziak szepnął do ucha na prawo i na lewo, Wraz nam uczyniono miejsce. Weszliś­my do wielkiej sali pozłacanej, lecz brudnej, po jednej i drugiej stronie siedziały żydy w bo­gatych łapserdakach. Acz kosztownie ubrani, uważałem jednak, że pantofle ich nie były wychędoźone, i nie było jednego coby nie miał pończoch granatowem suknem na piętach ła­tanych. Przy samych drzwiach stało dwóch żołnierzy z lejb gwardyi, mający na łapserda­kach blaszane posrebrzane zbroje i włócznie w ręku.

Wkrótce uwagę moją obudziło mocne, potrójne uderzenie we drzwi. Na ten hałas porwały się wszystkie żydy z ław swoich, a mój przyjaciel szambelan szepnął mi:

—     Pójdź waść w tę stronę, a wygodnie wszystko zobaczysz.

Jakoż otworzyły się podwoje i zaczął iść dwór królewski, pazie, szambelanowie, pano­wie radni. Nakoniec ukazał się sam król Moszko, a w tem wszystkie żydy, co tylko ich było, jęli się kiwać na kształt chińskich bałwan­ków. Mój przyjaciel szambelan powiedział, że ten był sposób witania króla. Osoba monarchy wielce mi się okazałą wydała. Był to pan, mogący mieć około lat czterdziestu, niezmier­nie czerwony, tłusty i piegowaty, pejsaki miał rudo-kasztanowate i brodę tejże samej maści. Łapserdak i opończa były z czarnego aksamitu z potrzebami dyamentowemi jak najpiękniejszej wody. Jarmułkę otaczał szereg pereł różowych, z których każda po 50 karatów mieć mogła; u szyi freza obyczajem żydowskim, z tej na złotym łańcuchu zwieszał się order na kształt Złotego Runa, lecz przyjaciel mój powiedział mi, że to był order Icka Wielkiego. Nic atoli nie zastanowiło bardziej blaskiem nadzwyczaj­nym oczu mych, jak cycełe wiszące u kolan królewskich, były to sznurki z samych soliterów, z których najmniejszy jako orzech duży. Szambelan powiedział mi, iż ojciec królewski Moszko XI dał za te cycełe 10 milionów zło­tych holenderskich.

—     Nie dziwuj się temu — mówił dalej szam­belan—Najjaśniejszy Pan sam handluje drogiemi kamieniami i wiele na nich zarabia (tu szep­nął mi do ucha): a czasem nawet fałszywe za prawdziwe sprzedaje.

Za danym znakiem żydy przestały się ki­wać i przedniejsi panowie uczynili koło. Wten­czas król obchodząc krąg cały, rozmawiał z każ­dym prawie, niektórych faworytów familiarnie targał za pejsaki i brodę, w konwersacyi mięszając dowcipne żarciki, jak mnie przynajmniej zapewniał przyjaciel mój szambelan, cała bo­wiem rozmowa była w żydowskim języku. Po skończonych powitaniach, choć stałem zdaleka, król spostrzegł mnie, a zdziwiony figurą moją, kazał do siebie przystąpić. Powiedziano mu żem był z dalekich krajów wędrownik. Mo­narcha z nieporównanym wdziękiem rozśmiawszy się do mnie, podał mi swą rękę, którą ją z najżywszem uczuciem pocałowałem.

Odprowadził mnie przyjaciel mój szambe­lan aż do dorożki mojej, a żegnając oświad­czył, iż życząc by pobyt mój w Moszkopołis był jaknajprzyjemniejszym, zaprasza mię na bal do ciotki swojej hrabiny Rachel, na ulicy Łokszyn mieszkającej.

—     Nim wieczór nastąpi — przydał grzecz­nie — będziecie może chcieli widzieć ciekawo­ści Moszkopołis. Oto jest bilet — rzekł dając mi kartę — za którym wszędzie wolny przystęp otrzymasz. Trzeba jednak — przydał ze zna­czącą miną — znać się na grzeczności.

Pożegnawszy się, wsiadłem do pojazdu,nie mogąc pojąć jak do tyła można było łą­czyć z dostojeństwem tak niedelikatną chciwość pieniędzy.

—     Jakże się tam długo Jegomość bawił — rzekł mi mój dorożkarz — miałem czas i konie paść i napoić i jeszcze nie widziałem końca. Dokądże teraz pojedziem?

—     Jedź na sądy — rzekłem — wszędzie mię teraz puszczą, bo mam bilet.

Lubo postać cała Warszawy, ulice jej na­wet odmieniły się, rozeznałem jednak, że do­rożka zajechała na dziedziniec, gdzie niegdyś stał pałac Krasińskich, a dziś stała ogromna karczma.

—     Gdzież mię to wieziesz? — zapytałem.

—     Na sądy — odpowiedział woźnica.

I tu na wnijściu, mimo okazanego biletu, były trudności, lecz za daniem dwóch talarów zniknęły. A nadto tłum żydków z faktorskiem prawdziwie narzucaniem się obstąpił mię, ofia­rując się być przewodnikiem i tłomaczem moim. Wybrałem najpocześniejszego i dobrzem trafił, był to bowiem jeden z sławnych mecenasów żydowskich.

Weszliśmy po schodach pełnych śmieci i brudów do obszernego przedsionka, napeł­nionego tłumem żydowstwa. Sędziowie byli na ustępie. Usiedliśmy w kącie na ławie, co dało mi czas rozmawiać z uczonym mecenasem moim i wiele światła zasięgnąć od niego.

—     Panie — rzekłem mu — dlaczegóż tak nie­miłosiernie zburzyliście gmachy miasta tego i na miejscu wielu niegdyś, jak słyszałem, wspania­łych, tak nikczemne popostawiali?

—     Uczyniliśmy to — odpowiedział mece­nas — na mocy zakonu Mojżesza: „Zburzycie do szczętu, mówi Mojżesz wszystkie miejsca, na których mieszkali narodowie, a które wy posia­dacie i porozwalacie ołtarze ich, i połamiecie słupy ich, spalicie Bogi ich, i wygładzicie imię z miejsca onego“.

—     Przyznasz waść — mówił mecenas — że prawo to jest dosyć wyraźne. Jeśli wam niedosyć na niem, przytoczę więcej. Tenże Mojżesz tak mówi: „Wytracisz naród, który Pan Bóg twój poda tobie, nie sfolguie mu oko twoje, bo poszle Pan Bóg twój na naród ten szerszenie i zetrze je starciem wielkiem, aż będą wyniszczeni, a po­da krocie ich w ręce twoje i wygubisz ich pod niebem, nie ostoi się żaden przed tobą, aż ich wytracisz. W ziemi, którą Pan Bóg twój dawa to­bie w dziedzictwo, byś ją posiadał, wygładzisz pamiątkę Amalekową pod niebem. Ani się nie zlitujesz nad niemi, ani się spowinowacisz z niemi, albowiem Pan wybrał ciebie, abyś był osobnym ludem. Nie zapominajże tego”.

—     Mógłbym—mówił dalej mecenas — ty­siąc podobnych praw, podobnych zakazów cy­tować.

—     Jakże — zawołałem — toście wytępili całe plemię dawnych Polaków chrześcijan?

—     Talmudziści nasi—odpowiedział mece­nas—którzy jeszcze więcej mają rozumu jak Mojżesz, tak słowa patryarchy tego wytłoma- czyli: „Wygładzicie wszystkich właścicieli ziem­skich i miejskich, zabierzecie dobra ich, lecz możecie zachować wieśniaków ubogich i wy­robników, aby pracowali dla was”.

—     Jakimźe sposobem— zawołałem — mo­gliście tak waleczny naród częścią wytępić, częścią obrócić w niewolę?

—      Jak nam przykazał Mojżesz „po lekku i po trochu”; przekupstwem, podejściem i wy­trwałością. Najprzód przekładaliśmy, że to nic nie szkodzi gdy nam nadadzą prawo nabywa­nia własności ziemskich i miejskich. Skorośmy to otrzymali, pomnożyły się sposoby nasze otrzy­mania i więcej. Pchaliśmy się do nabycia wszystkich praw obywatelstwa i piastowania wszystkich urzędów; kosztowało nas to niema­ło, lecz czego złoto i wytrwałość nie zmogą? Spełnione życzenie nasze; już najpiękniejsze majątki były w rękach żydowskich. Senat, ministerya, rady najwyższe, najpierwsze dostojeń­stwa państwowe piastowane były przez Moszków i Leybów. Ze wszystkich końców Euro­py potokami jęło się do Polski cisnąć żydowstwo. Nie zważano długo, że naród nasz przez samo prawo religii swojej spoić się z innym narodem nie może, że wiara nasza nie stowa­rzyszać się z ludźmi innego wyznania nakazu­je, lecz wytępiać ich i niszczyć; postrzegło się potem chrześcijaństwo, lecz to już było zapóźno.

Gdy mecenas mój kończył te słowa, potrójne uderzenie we drzwi dało znać, że się ustęp zakończył, i natychmiast otworzyły się podwoje.

—     Jakiemiż prawami, jakimże sądzicie się kodeksem?

—     Kodeksem Mojżesza — odpowiedział mecenas mój.

Weszliśmy do sądowej izby.

Stał pośrodku stół około którego jedena­stu sędziów siedziało. Dwunasty najwyższy, może ministra sprawiedliwości zastępujący’ sie­dział na wyższem nieco krześle od innych. Był to otyły, siwy starzec, tak już latami znękany, że ni słyszeć, ni widzieć, ni zatem wiedzieć mógł o co rzecz szła. Młode żydki pisarzów i sekretarzów miejsca zastępujący uwijali się

koło niego i sędziów i podobno całą sprawie­dliwością podług woli swojej rządzili. Przywo­łano sprawę kobiety i mężczyzny, obojga chrześcijan. Była to przekupka około pięćdziesiąt lat mająca, niezmiernie tłusta, czerwona, sło­wem jak się pospolicie mówi „wyszczekana” w najwyższym stopniu. Sama ona indukowała sprawę swoją po żydowsku, gdyż lud nasz ję­zyka tego uczyć się musiał.

—     Kodeks Mojżesza—rzekła—w rozdzia­le XXV powtórzenia zakonu, nakazuje, że po mężu bracie bez potomstwa, brat męża tego z wdową żoną jego koniecznie ożenić się po­winien. Ja się w tym przypadku znajduję, je­stem wdową po mężu zeszłym bez syna, brat jego nie chcę się żenić ze mną, oskarżam go przed najjaśniejszym kahalem i upraszam, aby rozkazał, by mię wraz pojął, i kochał z całej duszy swojej.

W czasie tej indukty tłusty prezes zwie­siwszy siwą brodę na piersi chrapał i nic nie słyszał. Młody pisarz zbliżył się do ucha jego i jak gdyby odpowiedź odebrał, przywołał oskarżonego. Był to ubogo lecz czysto ubrany mło­dy człowiek bardzo przystojnej postaci.

—     Jakóbie — rzekł pisarz — sąd cię zapy­tuje, czy prawda, że się sprzeciwiasz prawu Mojżesza i nie chcesz bratowej twojej pojąć za żonę?

—     Prawda — odpowiedział — bo zakon no­wy nie zaś prawo Mojżesza, chrześcijanina wią­zać powinny.

Na te słowa porwały się z zapalczywości wszystkie żydy.

—     Co za zuchwalstwo! — krzyknęli — ty się śmiesz z nowym zakonem odzywać?

Gniew i zgroza od sędziów przeszły do słuchaczów; młode nawet żydki, jak żygawki zaczęli przyskakiwać do Jakóba, i pazurami drapać go, szczęściem wszczęty wrzask obu­dził zgrzybiałego prezesa. Zadzwonił więc i na­kazał spokojność.

Jakób dalej mówił:

—     Prócz przywiedzionej przyczyny, nie chcę pojąć stojącej tu Małgorzaty, naprzód, że jest pijaczka, powtóre, że jest brzydka, po trze­cie, że jest stara, po czwarte i ostatnie, że ko­cham inną dziewczynę, i już z nią zaręczony jestem.

—     Więc tedy nie chcesz jej pojąć?—za­pytał Kahał.

—     Przez żaden sposób — odpowiedział Jakób.

Tu pisarz kahalny otworzywszy zakon czy­tał następujące prawo: „A jeśliby mąż jaki nie chciał pojąć bratowej swojej i nie chciał wzbu­dzić bratu swemu imienia w Izraelu, tedy przy­stąpi bratowa jego do niego, przed oczyma starszych i zrzuci trzewik jego z nogi jego i plunie na twarz jego, a dom jego zwać się będzie domem wyzutego”.

Pisarz trybunalski skończywszy czytać:

—     Małgorzato — zawołał — czyń co masz czynić.

Natychmiast Małgorzata zdjęła but Jakóbowi i plunęła mu na twarz: a Jakób otarł się i skończyła się sprawa.

Przywołano potem dwóch żydów oskarżo­nych, że w domu swoim mieli obrazy i posą­gi, i stawiono je przed sądem. Z miłem za­dziwieniem ujrzałem między rzeźbami kilka sta­rożytnych posągów pięknego dłuta, wśród obra­zów zaś kilka najznakomitszych malarzy. Prze­czytano prawo zakonu, nakazujące kruszenie wszelkich bałwanów i wizerunków, i w tejże chwili powyrzucano z okien wszystko, gdzie stojące już z oskardami i motykami żydowstwo, wszystko w kawałki potłukło i podarło. Prze­jęty do żywego takiem barbarzyństwem, nie chciałem słuchać dłużej tak mądrych wyroków i dawszy dwa talary mecenasowi, wyszedłem.

Natura i we śnie nawet trzyma się prze­pisanego biegu: uczułem apetyt gwałtowny, po­ kazał mi dorożkarz najsławniejszego restaura­tora. Wszedłem; przez długą i wązką izbę cią­gnęły się po obu stronach małe osobne stoliki, przykryte niezmiernie brudnemi serwetami, sta­ły na każdym talerze z cynowemi sztućcami. Żydziaki, połowę z żydowska, połowę gadający z francuska, obskoczyli mię natychmiast, podając mi kartę potraw, i zapytując czegobym so­bie życzył. Wziąłem kartę, na której z pomię­dzy wielu przysmaków te tylko przypominam sobie:

Łokszyna la Machabeje, Kugiel au Szmelc, Kaczkes a la Jerćmie, Maces, obarzankes. Na spodzie napisano było po francusku: zapewnia się, że wszystko jest koszerne.

Przyniesiono mi wiele z tych potraw, lecz wszystkie tak czosnkiem zaprawne, tak okrop­nie brudne, iż zjadłszy tylko kilka jaj i dwie mace bez soli zapłaciłem i wyszedłem.

Już też była godzina szósta wieczorna, wychodząc spostrzegłem wiele pojazdów, sto­jących przed dużym szkaradnym gmachem, a woźnica mój oznajmił mi, że to był teatr na­rodowy żydowski. Jak ciekawy wędrownik nic, co jest ciekawego nie chcąc opuścić, wsze­dłem. Górne ganki i poziom (parter) dość by­ły próżne, lecz w lożach pełno. Dawano operę w żydowskim języku podtytułem: „Abigal grze­jąca Dawida”.

Sytuacje w tym dramacie nie były naj­przystojniejsze, w orkiestrze najwięcej cymbały słyszeć się dawały, głos pierwszej śpiewaczki, choć trochę przeraźliwy miał wielką rozcią­głość. Sztuka ta była jednego z aktorów, i dla­tego ustawicznie ją grano.

Po skończonej operze grano krotochwilę czyli farsę, lecz mogę wyrazić zgrozę i głębo­kie oburzenie moje, gdym postrzegł, że w sztu­ce tej naigrawano się, wyszydzano najświętsze tajemnice wiary naszej chrześcijańskiej. Pełen żalu i gniewu wyszedłem z teatru, lecz na sa­mem wsiadaniu spotkałem szambelana mego.

—     Czemuż waść tak zapyrzony?—rzekł mi.

Opowiedziałem mu przyczynę zgorszenia i gniewu mego.

—     Nie dziw się — rzekł — trzeba czem ba­wić pospólstwo, a nadto polityką jest naszą utrzymywać wzgardę dla religii katolickiej. Dzie­je się to z przyczyn stanu, a wiesz, że w ta­kim razie nikt się nie pyta o słuszność, spra­wiedliwość, a nawet rozum. Jedź raczej do ciotki mojej na bal, ten wypogodzi zachmurzo­ne czoło twoje.

Tak byłem rozgniewany, żem się długo szambelanowi memu opierał; przemógł na koniec naleganiem swojem i pojechaliśmy na gody.

Stanęliśmy przed obszerną karczmą czyli pałacem JW. hrabiny Rachel. Blask niezmier­ny w oknach uwiadomił nas, że się już bal rozpoczął. Szambelan wziąwszy mię za rękę, wprowadził do sali. Trafiliśmy właśnie, gdy młody książę Icek z hrabianką Szlomą tańco­wał solo narodowy taniec, to jest, że każde z nich wziąwszy koniec chustki podskakiwało do siebie.

Gdy wszyscy unosili się nad gracyą i łu­bem ułożeniem tej pięknej pary, ja tymczasem prowadziłem oczyma po sali i gościach zebra­nych. Izba była obszerna i bogato ustrojona, lecz podłoga niewymieciona, na wszystkich meblach pełno kurzu, postrzegłem nawet w ro­gach pozłacanych gzemsów kilkoletnie gęste pajęczyny, z których pająk niezmierny spuszczał się na jedwabnej swej nici, i już siadał na gło­wie księżniczki Joselówny, gdy młody hrabia Chaim, piorunem się ze stołka porwawszy i poskoczywszy naprzód, lisią swą czapką przeciął nić pajęczą i samego brzydkiego robaka pan­toflem zagniótł.

Oklask powszechny okrył czyn zwycięz­cy, a szambelan, przyjaciel mój, powiedział mi, że hrabia był jednym z najwaleczniejszej mło­dzieży izraelskiej i że nie był to pierwszy do­wód nieustraszonego męstwa jego.

Tymczasem ta pojedyncza bitwa hrabiego z pająkiem przerwała taniec i przyjaciel mój miał sposobność przedstawienia mię szanownej ciotce swojej.

Była to wysoka żydówka około lat czter­dziestu mająca, jeszcze świeża i dosyć ładna; miała ona drojetową suknię w winogrona, na głowie czerwoną chustkę, z pod której wycho­dzące skrzydła z dużych pereł zakrywały znacz­ną część twarzy, na piersi wisiał duży kanak z dyamentów.

Pani ta przyjęła mnie z grzecznością bar­dzo blizko graniczącą z przymiotem, który my kokieteryą nazywamy.

Siostrzeniec jej, szambelan, chciał mnie innym damom przedstawić, lecz nie dopuściła do tego hrabina Rachel i owszem, wziąwszy mnie w rekwizycyę dla siebie samej, usiadła ze mną na boku i, jakgdybyśmy się znali od wieków, zaczęła mi opowiadać historyę życia i obyczajów wszystkich zaproszonych przez sie­bie dam i kawalerów, Bawiła mnie wprawdzie jej rozmowa, lecz nie mogę powiedzieć, by do­broć jej wyrównywała dowcipowi.Untitled

Podług twierdzenia hrabiny Rachel, nie było jednej kobiety, któraby przynajmniej dwudziestu miłosnych awantur nie miała, nie było żydka, któregoby tysiącem nie obłożyła śmiesz­ności.

—     Czy wiesz — mówiła, pokazując mi mło­dą parę — ten hrabia Lejbuś, co to niby trzyma tylko tę damę za rękę, w tym momencie oto daje baronowej Nuche ustrzyżone z pejsaków swych włosy. Lejbuś jest strasznie głupi, a ona największa w świecie kokietka.

Uważałem ogólnie, że im piękniejsza by­ła żydówka jaka, tem ostrzejszemi obmowy gro­tami obsypywała ją dobra ta pani.

Niejeden może zapyta: jakżem z hrabiną tak długą mógł prowadzić rozmowę, nie umie­jąc ni słowa po żydowsku?

Przypominam czytelnikom naprzód, że to był sen, a zatem marzenie pełne przeciwieństw i niedorzeczności; powtóre, o ile pamiętam, nietylko hrabinę, ale wszystkie damy izraelskie, wszystKie nawet młode bachorzęta nie trzepały jak po francusku.

Na dowód tego jeszcze jedna okoliczność przychodzi mi na myśl. Pamiętam, że hrabina, opisując mi łaskawie charaktery wszystkich snujących się przed oczyma naszemi osób, wskazując na jednego starego żyda, rzekła:

To jest osobliwy oryginał, zawsze kwa­śny i opryskliwy; dzikie jakieś urojenie opano­wało głowę jego: koniecznie chce, żeby żydzi po żydowsku gadali, i lak to ustawicznie po­wtarza, iż wszystkich już na śmierć zanudził; zresztą i z innych względów nieznośne to jest stworzenie.

Postrzegłszy, że długa moja z hrabiną roz­mowa nie podobała się kilku żydkom, co się koło niej kręcili, wstałem, by zobaczyć co się po innych izbach dzieje.

I tam, jak wszędzie, pokątne rozmowy, zawiść, szepty.

Roznoszono na dużych tacach wódkę, miód i wiśniak, tudzież pieczone mace, obwa­rzanki. Między konfiturami najwięcej widziałem cebul w cukrze smażonych, na kształt naszych kasztanów.

Nic wyrównać nie mogło pieczołowitości matek około córek swoich; ta szeptała swojej do ucha, żeby się prosto trzymała, owa zgrza­nej po tańcu nie dozwoliła pić piwa, tamta swo­ją zakrawała chustką, trzecia nakoniec intry­gowała, żeby córka jej, nie kto inny, tańczyła solo (znaczy sama jedna) ulubiony taniec na śliczną nutę Majufes.

Wśród tych tańców i śmiechów, ministro­wie rozmawiali o sprawach publicznych, a sy­nowie ich szeptali o miłości.

Kamerdynerowie roznosili chłodniki. Wkrótce jeden z nich, niosący na niezmiernej tacy kubki z czosnkowemi lodami, poślizgnął się i z całym ładunkiem padł na ziemię jak długi. Brzęk tyła potłuczonego szkła tak był przeraź­liwy, iż mnie, acz twardo śpiącego obudził.

Otworzyłem oczy. Silnie zwodniczemi ma­miony obrazami, długo pojąć nie mogłem gdzie byłem. Dalsze dopiero zebranie zmysłów prze­konało mnie, iż smutne przedmioty, które mnie przez całą noc dręczyły, snem tylko były zni­komym.

Pisane w 1817 roku  J.U. Niemcewicz

Reklamy

Komentarze 4 to “Rok 3333, czyli sen niesłychany – J.U. Niemcewicz”

  1. NowyEkran said

    Pisane w 1817 roku J.U. Niemcewicz……Zapomniałem Niemcewicza a teraz dziękuję serdecznie za fragmenty realnego snu tak aktualnego jak exodus i banicja Polaków z Polski 2014.

  2. Prometeusz said

    http://www.bibula.com/?p=64494
    http://www.bibula.com/?p=60758
    http://ncronline.org/

  3. News ki said

    Pospolite ruszenie
    Anna zechenter

    Czternastolatek zastrzelony przez Niemca, gdy chciał podać chleb Żydom z getta w Sokołowie Podlaskim, długo umierał z powodu upływu krwi.

    Kobieta rozstrzelana za przyjęcie pod swój dach dziecka cudem ocalałego z likwidacji getta w Kołomyi; pozostawiła dwoje sierot. Takich świadectw są tysiące.

    Ponad 6 tysięcy Polaków zostało uhonorowanych medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata za pomoc Żydom pod niemiecką okupacją. Inni byli przez dziesięciolecia bezimienni. Żyli tylko w pamięci bliskich. W czasie wojny płonęły dokumenty, ginęli świadkowie. Czasem uratowani urywali kontakt ze swymi wybawcami, a przecież ich zeznanie wymagane jest przez Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu Yad Vashem w Jerozolimie do uznania kogoś za Sprawiedliwego. Liczba tych, którzy ryzykowali śmierć swoją i całej rodziny dla ocalenia nieznanych im czasem ludzi, jest więc znacznie wyższa niż owe 6 tysięcy – może nawet wielokrotnie…

    Szlak na Słowację

    Młodziutka Żydówka szła na spotkanie z Franciszkiem Koperstyńskim, przedwojennym żołnierzem Korpusu Ochrony Pogranicza, który od zimy 1939 roku przechowywał żydowskich uciekinierów w swoim rodzinnym domu w Jaśliskach przy granicy ze Słowacją, a potem przeprowadzał ich na słowacką stronę. W Daliowej kobietę zatrzymał oddział złożony z Niemców i Ukraińców. Według wspomnień brata Franciszka, Antoniego, było to na przełomie lat 1942 i 1943. Przerażona dziewczyna podała adres, pod który zmierzała, nazwisko Koperstyńskich i hasło kontaktowe. O tym, co stało się później, opowiedział Antoni, wówczas 11-letni chłopiec. Oddział niemiecki obstawił dom w Jaśliskach. „Franciszek był na strychu, nas wszystkich wyciągnęli z domu, bili i popychali kolbami, postawili pod mur, przyprowadzili tę Żydówkę i na naszych oczach rozstrzelali. (…) W naszą całą rodzinę wycelowali karabiny i tylko cud, prawdziwy cud sprawił, że nas nie zastrzelili. Krzyczeli i szukali Franka, ten zdążył już uciec, był bardzo sprytny. Nie mogąc znaleźć najstarszego brata, zabrali ze sobą młodszego Bolka, zabrali też ojca”.

    Bolesława Koperstyńskiego po bestialskim śledztwie w Jaśle wywieziono do Auschwitz, gdzie został zamordowany w marcu 1943 roku. Ojciec przesiedział w gestapowskiej katowni kilka miesięcy i został wypuszczony. A Franciszek zdecydował się opuścić dom, żeby nie narażać bliskich, i rozpoczął walkę przeciwko Niemcom z bronią w ręku w partyzanckich szeregach Armii Krajowej.

    Zanim jednak nadszedł ów tragiczny dzień, w domu rodziny Koperstyńskich, w specjalnie urządzonym pomieszczeniu pomiędzy dachem a sufitem strychu, Żydzi spędzali zawsze jedną noc przed skokiem na słowacką stronę. Franciszek wyruszał z nimi przez góry na Słowację. Maria, jego siostra, szacowała, że przez ich dom przeszło od kilkudziesięciu do ponad stu polskich Żydów. Wspominała też, że po wojnie przychodziły do nich liczne listy z podziękowaniami za ocalenie.

    Nie doczekał tych czasów Franciszek, zamordowany w lutym 1944 roku w miejscowości Haczów przez szefa lokalnego gestapo. Korespondencja z Zachodu budzić zaczęła natomiast zainteresowanie władz komunistycznych. Według słów Marii, ból po śmierci dwóch braci, ogrom cierpienia, który spadł na nich podczas wojny, a także ciągłe nękanie przez komunistów sprawiły, że listy te palili, a o heroizmie brata zmuszeni byli zapomnieć na długie, długie lata.

    Ocalili dwoje dzieci, stracili syna

    Danka Błażejewska była Żydówką – we wspomnieniach Witolda Szczęśniaka żyje pod tym nazwiskiem, bo prawdziwego nie zna. Jego ojciec, Stanisław, przywiózł pewnego dnia wiosną 1942 roku do domu w Suchodole pod Sokołowem Podlaskim dziewczynę w wieku około 13-14 lat, blondynkę mówiącą dobrze po polsku. Sąsiadom nawet przez myśl nie przeszło, że może być Żydówką.

    Latem 1942 roku, gdy Szczęśniakowie przeprowadzili się do Sokołowa Podlaskiego, wzięli Danutę ze sobą. Wtedy właśnie Stanisław Szczęśniak wyrobił jej niemiecką kenkartę na nazwisko Danuta Błażejewska. „Danka prowadziła nasze gospodarstwo domowe i wychowywała mnie i moją siostrę Annę” – napisał w relacji z października 2013 roku Witold. Oficjalnie była polską sierotą zatrudnioną przez Szczęśniaków. Po śmierci ojca w 1947 roku matka Leontyna wyszła ponownie za mąż i przeniosła się do Kosowa Lackiego – rodzinnej miejscowości Danuty. Tam dziewczyna zaczęła szukać swoich bliskich – nie pozostał po nich jednak żaden ślad. Prawdopodobnie zginęli.

    Po odwiedzinach przedstawicieli Komitetu Pomocy Żydom jesienią 1949 roku Danuta, wówczas już okołodwudziestoletnia kobieta, wyjechała do Izraela na zawsze. Nigdy nie odezwała się do ludzi, którzy uratowali jej życie i z którymi mieszkała siedem lat – może nie chciała albo nie potrafiła wracać pamięcią do tamtych czasów, kiedy każdy dzień mógł być ostatnim.

    W rodzinie Szczęśniaków było – obok Witolda i Anny – jeszcze trzecie dziecko, Tadeusz. Czternastoletni chłopak nie mógł patrzeć na nędzę Żydów w getcie. „Wspólnie z dwoma kolegami postanowili przed Wszystkimi Świętymi [1943 roku] przemycić chleb i warzywa Żydom do getta – wspomina Witold. – Przebywała tam ostatnia garstka Żydów wykorzystywanych przez Niemców. Pracowali przy ekshumacji zwłok zamordowanych przez Niemców w czasie likwidacji getta w 1942 roku. Ładowali zwłoki na samochody i wywozili do obozu w Treblince, gdzie były palone”. Tadeusz i dwaj jego koledzy dogadali się z pilnującym terenu Niemcem, ten jednak, pijany, otworzył do nich niespodziewanie ogień. „Brat został postrzelony w kręgosłup. Zmarł po kilku godzinach z upływu krwi” – podaje Tadeusz Szczęśniak.

    Zigban Elimelech trafił do rodziny Szczęśniaków jeszcze przed Danką, bo jesienią 1941 roku. „Był w stanie skrajnego wyczerpania fizycznego i psychicznego, strasznie wychudzony. Brat najpierw ostrzygł jego włosy na głowie. Pamiętam, że skóra miała dziury wyżarte przez wszy do kości czaszki”. Wołali na niego „Władek”, pozostał u nich przez osiem miesięcy, ukrywał się na strychu. Potem wziął go do siebie wuj Witolda, Franciszek Tyszko z Suchodołu – tam na oczach całej wsi chodził na Msze św. do kościoła, żeby rozwiać wszelkie podejrzenia. Zigban Elimelech „Władek” też wyjechał po wojnie do Izraela, ale utrzymywał kontakty z Franciszkiem Tyszką. Korespondencja zaginęła – ocalała karteczka z jego izraelskim adresem, którą pozostawił w Suchodole, szukając tam w 2005 roku swoich wybawicieli. Żaden z nich nie dożył tej chwili. „Trzeba pamiętać, że na terenie naszego powiatu działała niemiecka fabryka śmierci w Treblince. Jesteśmy dumni, że w naszych rodzinach Tyszków i Szczęśniaków udało się przeżyć Władkowi całą wojnę” – pisze Wojciech Szczęśniak. „Szkoda, że tak mało pozostało w pamięci i właściwie żadnych dokumentów”.

    „Zmówcie za mnie ’Wieczne odpoczywanie’”

    Zuzanna Puławska używała imienia Zosia – tak podpisywała swoje listy z więzienia w Stanisławowie, dokąd zabrało ją gestapo za to, że pozwoliła zostać w swoim domu żydowskiemu dziecku ocalałemu z likwidacji getta w Kołomyi. Przed wojną rodzina Puławskich dobrze znała żydowską krawcową i jej troje dzieci: Hanię, Basię i Mojszego. Gdy Niemcy zaczęli likwidować getto, Mojsze przeżył cudem. Wydostawszy się spod zwałów trupów, przerażony chłopak ruszył przed siebie, szukając schronienia. Dotarł do domu Puławskich, których znał i pamiętał z czasów przedwojennych. Wpadł do mieszkania i od razu pobiegł na strych. Zuzanna nie wahała się z decyzją: chłopca należy ratować.

    Miesiącami siedział na strychu, przeżywając zapewne wciąż od nowa koszmar, który rozegrał się na jego oczach. Nerwy miał w coraz gorszym stanie. Któregoś dnia nie wytrzymał, zbiegł na dół i jak w amoku zaczął grozić, że się zabije, utopi, krzyczał, że nie ma ani po co, ani dla kogo żyć. Nie zdołali go zatrzymać – wybiegł na ulicę i przepadł. Gdy Zuzanna Puławska wróciła z nabożeństwa w cerkwi greckokatolickiej w święto Matki Bożej Zielnej, pod domem było już gestapo.

    W listach, które pisała do brata Józefa ze stanisławowskiego więzienia, chęć życia („Nie chcę dopuszczać myśli do siebie, że jutro mogę nie żyć – bo ja chcę żyć, i to bardzo!!!”) przeplata się z poczuciem, że postąpiła słusznie. „Tak moi Kochani, za dobre serce siedzę, jak nie warto (…) być tylko [słowo „tylko” podkreślone mocno dwa razy] egoistą, żyć dla siebie samego”. A nad wszystkimi uczuciami dominuje niepokój o los dzieci: „Gdyby jednak Bóg mnie powołał, proszę Cię, zaopiekuj się moimi dziećmi jak ojciec. Od Matki dowiesz się o mojej śmierci”. W marcu 1944 roku w ostatnim liście do brata pisała: „Zmówcie czasem za mnie Anioł Pański i wieczne odpoczywanie. Nie rozpaczajcie”. Dwa miesiące później została zamordowana przez Niemców.

    Współwięźniarka Olga Plewa napisała w 1986 roku z Detroit do córki Zuzanny Puławskiej, Stanisławy Kopeć: „Pani Puławska jest mi znana, bo siedziałam razem ze swoją Matką w więzieniu (…) za pomoc Żydom. Pani Matka zabrana była z więzienia na śmierć i nie wróciła nigdy, a ja ze swoją Matką zostałyśmy ocalone. (…) Gdy klucznik otworzył drzwi i wykrzyknął: ’Frau Pulawski, raus!’, jeszcze odwróciła się do nas głową i powiedziała ’do widzenia’. Bardzo płakaliśmy za Panią Puławską, bardzo była przyjemna, ładnie śpiewała. My bardzo lubiliśmy, jak Pani Puławska śpiewała”.

    „Jak własne dziecko”

    „Kiedy sytuacja Żydów stała się bardzo trudna, rodzice moi zadecydowali, że jedyną możliwością przeżycia (…) było umieszczenie mnie u ich nieżydowskich znajomych (…). Ojciec zostawił mnie u Józefa Bika, Mariana Bika i ich siostry Marii. Przyprowadził mnie do nich w środku nocy. Miałam wtedy około trzech lat, ale pamiętam, jak mówił mi, że jestem Żydówką i żebym o tym zawsze pamiętała, ale nikomu nie mówiła, gdyż mogłabym zostać zabita” – takie notarialne oświadczenie złożyła Ester Weber z domu Muehlbauer w latach 90. Mieszkająca w USA Żydówka pamięta dobroć i miłość, z jaką przyjęto ją wiosną 1940 roku w domu Bików. „Wychowywali mnie jak własne dziecko. Oczywiście chodziłam z nimi do kościoła, uczyłam się wszystkich modlitw i prowadziłam życie dobrej chrześcijanki. Byłam tam szczęśliwa do czasu, gdy jacyś młodzi chłopcy zobaczyli mnie na polu pasącą krowy i donieśli o mnie policji”. Rzecz działa się w Krzemienicy na Podkarpaciu.

    Rodzinną historię pomocy Żydom Marian Bik opowiedział swojej córce Marii Lis, a ona złożyła relację: „Mój ojciec pamiętał, jak jego matka wynosiła jedzenie młodemu Żydowi, który ukrywał się w polu kukurydzy. Na stryszku w chlewiku ukrywali rodzeństwo żydowskie, trzy osoby – do chwili, gdy znalazła się dla nich lepsza kryjówka”. Po donosie na Ester Muehlbauer Bików ostrzeżono, że muszą pozbyć się dziecka lub zostaną wszyscy rozstrzelani, a gospodarstwo spalone. Ostatnią noc przed wyprawą w nowe miejsce dziewczynka spędziła w stajni. „Marian Bik i cała rodzina płakali. Przychodzili kolejno do mnie, żeby się pożegnać” – wspomina. Rankiem Maria Bik zawiozła ją pociągiem do Warszawy, żeby poszukać siostry ojca dziewczynki, której wcześniej pomagali załatwiać fałszywe dokumenty. W tym czasie ojciec Ester ukrywał się w lesie, a matka została zastrzelona przez Niemców. „Rodzina Bik zrobiła wszystko, co w ich mocy, żeby uratować moją rodzinę, narażając przy tym własne życie”.

    Ester ze swoim mężem i dziećmi wybrała się w 1993 roku do Krzemionki, gdzie odnalazła żyjących jeszcze Mariana i Marię Bików – Józef został zamordowany przez komunistów w 1945 roku.

    Ojcu Ester Chananowi Muehlbauerowi udało się przeżyć niemiecką okupację. On również złożył w latach 90. notarialne oświadczenie, w którym podkreślił, że „Marian, Józef i Maria Bikowie uczynili wszystko, co możliwe, dla ocalenia mojej córki. Żyje ona dzisiaj dzięki nim”.

    Wciąż pojawiają się nowe relacje, poznajemy nieznane dotychczas historie – czemu bać się tego słowa – heroizmu ludzi, którzy na szalę rzucali życie bliskich, by ratować życie Żydów. Kiedy ginęli, pozostawiali po sobie sieroty. Niech na koniec przemówi Władysław Augustyn, który w lutym 1943 roku był świadkiem rozstrzelania rodziców za ukrywanie siedmiorga Żydów w Szerzynach w Tarnowskiem. „Do dnia dzisiejszego odczuwam boleść po utracie najbliższych memu sercu Ojca i Matki. Nie mogę zapomnieć tej tragedii”.

    Niechby twórcy kłamstwa o udziale Polaków w holokauście spotkali się z dziećmi ludzi wymordowanych za pomoc Żydom, które dorastały jako sieroty i dziś jeszcze nie mogą mówić bez łez o śmierci najbliższych. Niechby wysłuchali prawdziwych opowieści i spojrzeli im w oczy, zamiast „rozprawiać się z mitami o polskiej martyrologii”.

    W artykule wykorzystano relacje i materiały nadesłane na apel Radia Maryja w sprawie Kaplicy Pamięci w Toruniu.

  4. rozsądna - said

    ogromnie dziękuje za zamieszczenie tego niezwyklego utworu. wstrzasające!!!niestety prorocze i… nie sen to, ni sen

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: