Wirtualna Polonia

“-Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i ojczyźnie podnieśliśmy głowy.”

Leszek Biernacki

Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2014-06-14

leszek.biernacki. komuno wroc

Leszek Biernacki, Paris

Reklamy

Komentarzy 17 to “Leszek Biernacki”

  1. Newman said

    Nigdy nie wyszla!!!

    Teraz przetacza sie kolejna fala. Mozna powiedziec, ze z polskiej perspektywy, do 1989 roku mielismy Pierwsza Komune, teraz zas mamy Druga Komune, Komune kontynentalna, zmierzajaca stopniowo do ostatecznej, Trzeciej Komuny, czyli Komuny Globalnej. Tak ze jestesmy zanurzeni w tym szambie po uszy, a jak przejdzie kolejna, ostateczna fala globalizacji, to koniec.

    Maranatha! Kroluj nam Chryste!

    Rodzina Chrystusa Krola
    Nowy Jork

  2. Pytanie pod jakim znakiem ta globalna komuna?!
    ŻYDOBOLSZEWIA,która przyswoiła sobie rosyjski rasizm raj na ziemi miała budować pod znakiem CZERWONEJ GWIAZDY.Co dalej z tym rajem?!

  3. adsenior said

    „o wraca” CZYŻBY „WADZA” PRZESTAŁA TAK KRAŚĆ NA POTĘGĘ, JAK TO CZYNIŁA W „CZECIEJERP”?

  4. Lubomir said

    Kastratom umysłowym, podpuszczanym przez niemiecką agenturę wydawało się, że nawet jak podzielą się rozkradzioną Polską, to Polska będzie istniała nadal. Dzisiaj odkrywają, że mogli nie mieć racji. Odkrywają, że ograbiony okręt tonie w morzu długów, nieodpowiedzialności i bałaganu. Widać porady marksistów z DDR były nie do końca szczere. Chyba jednak hochsztaplerzy znad Szprewy to nie najlepszy sojusznik. II RP miała o wiele lepszego partnera strategicznego – Francję. Ten partner wojskowy, finansowy i gospodarczy, nie zawiódł Polski nawet w jej największej konfrontacji w 1920 roku. Dzisiaj niemiecka propaganda wykreowała siebie na przyjaciela nr1 Polski, Polaków i polskości. Kontynuowana jest niemiacka polityka mundtot. Polityka zamykania ust na zawsze – przeciwnikom idei niemieckiej Europy. Przeciwnicy niemieckiej Europy jeżeli nie umierają fizycznie, to przynajmniej przepadają medialnie. Oby Ameryka włączająca się do globalnej gry, rozbiła ten niemiecki monopol na kreowanie przyszłości.

  5. Bon Ton said

    . Wg mnie mamy jeszcze pole do działań np. metoda Ghandiego. Pokojowo wypędził on wroga (Anglików) z własnego kraju. Wtedy też wydawało się że Indie i Pakistan nie mają szans na uwolnienie się od najeźdźców, a jednak się udało. Poza tym można zadziałać tworząc struktury nowego państwa za pomocą internetu, czyli stworzyć wirtualne państwo bazujące na demokracji bezpośredniej, tworząc ustawy i podpisując je, a następnie przenieść to do realu. Taki rozwój jest możliwy i realny.
    Niedawno w ten sposób powstała republika wenecka, we Włoszech (choć był to najprawdopodobniej skok banksterów na kasę wenecjan, bo zaraz po ogłoszeniu niepodległości weneckiej wystawili papiery dłużne na ogromne sumy aby ludzie je kupowali, że niby te pieniądze mają służyć odbudowie niepodległej republiki weneckiej….. pozostawia do życzenia jednak fakt, iż jeśli jakieś państwo odzyskuje i deklaruje wolność to może samo drukować pieniądze,,, bez wystawiania żadnych papierów dłużnych… i bez płacenia komukolwiek procentów…)

    wracając jednak do spraw naszych, to uważam że należy uczyć się od najlepszych… czyli od banksterów??? i jeśli im udało się startując od wirtualnej rzeczywistości stworzyć nowy twór republikę wenecką, to i my też moglibyśmy wykorzystać te metodę, z tym że trochę ją modyfikując… tworząc nowy system rządzenia naszym krajem za pomocą demokracji bezpośredniej. Pierwszą rzecz jaką trzeba zrobić by coś realnie zmienić w naszym kraju, to przestać pożyczać pieniądze z banków obcej finansjery, aby to zrobić należy „tylko” usunąć zapis z konstytucji art 220 ustęp 2
    „Przez jeden zapis w konstytucji, Polska poległa na dwóch frontach. Straciliśmy miliardy złotych na odsetkach zapłaconych obcym bankom i uzależniliśmy się od finansjery.
    Zakaz konstytucyjny
    W 1997 roku ekipa Aleksandra Kwaśniewskiego, przy uchwalaniu Konstytucji Polski wprowadziła taki zapis:
    Rozdział 10, art. 220 ustęp 2 mówi:
    „Ustawa budżetowa nie może przewidywać pokrywania deficytu budżetowego przez zaciąganie zobowiązania w centralnym banku państwa”.
    Oto link do artykułu http://robertbrzoza.pl/ekonomia/unia-europejska-okrada-nas/
    Tak więc, aby coś zmienic trzeba mieć wiedzę na temat tego jak funkcjonuje państwo oraz wiedzę jakim sposobem można to zrobić aby jaknajmniej ludzi ucierpiało. Dlatego informujmy ludzi i oświecajmy ich, aby byli coraz bardziej świadomi bo tylko społeczeństwo oświecone jest w stanie poprawic swój byt.
    Mam nadzieje iż udało mi się choć troche rozświetlić sytuację i skłonić do myślenia ludzi swoim umysłem, a nie czekać na cud lub kolejnego najeźdźcę, który rozwiąże nasze problemy… na marginesie podam iż gdzieś na necie natknąłem sie na info że katastrofa smoleńska prawodopodobnie była efektem tego iż ktoś z ekipy rządzącej miał pomysł aby przestać pożyczac pieniądze na procent od obcej finansjery… podobne lub na pewno? Kennedy został zabity, gdyż zaczął drukować pieniadze zamiast pożyczać je od prywatnych banków…. historia lubi się powtarzać… pierwszą rzeczą w odzyskaniu wolności jest uwolnienie sie od pożyczania pieniędzy od obcej finansjery, potem będą następne reformy oraz rozliczenie wszystkich po kolei ekip które rządziły naszym krajem doprowadzając je do upadku. Chyba że jako katolicy im wybaczymy…. pod warunkiem jednak iż pokojowo i z niczym opuszcza nasz kraj….

    SAMYM NARZEKANIEM I KRYTYKĄ NIE POPRAWIMY NASZEJ SYTUACJI… POTRZEBA DZIAŁAŃ ALE BARDZO INTELIGENTNYCH….. I POSTĘPOWYCH…..

  6. Bon Ton said

    JEST!! JEST!!! POJAWIŁA SIE WRESZCIE SZANSA NA ZMIANY. dołącz i zaproponuj swoje idee i pomysły aby zmienic nasz kraj: oto link http://www.braterstwo.org/braterstwo-rwbp/69-plan-wyzwolenia-i-rozwoju-polski

  7. Bon Ton said

    JEST!!! JEST!!! POJAWIŁA SIĘ SZNASA NA ZMIANY. dołacz i zaproponuj swoje pomysły, w końcu ktoś zamiast narzekac zaczął działać: http://www.braterstwo.org/braterstwo-rwbp/69-plan-wyzwolenia-i-rozwoju-polski

  8. ALI BABA said

    ad 5….katastrofa smoleńska prawodopodobnie była efektem tego iż ktoś z ekipy rządzącej miał pomysł aby przestać pożyczac pieniądze na .. TO B. UPRASZCZA SPRAWĘ…TYM KIMŚ BYŁ SKRZYPEK SZEF NBP…ZREZYGNOWAŁ Z NASTĘPNEJ LINII KREDYTOWEJ DLA NAS..!! ALE NIE CHODZIŁO TYLKO O NIEGO.!!

  9. marek said

    Ad 6 i 7
    Tam nie ma odniesienia do Boga.
    Poza tym, za Grzegorzem Braunem, demokracja jest nie do uleczenia.

  10. Wszystko zaczyna się od filozofii.Rys historyczny najnowszej,aby zrozumieć POLSKIE LOGOS A ETHOS Feliksa Konecznego :

  11. Lubomir said

    Re: Bon Ton Ci od tzw republiki weneckiej oglądają świat zza krat. Chyba tego nikt nie życzyłby Polakom. Myślę, że raczej trzeba podbierać się przykładem włoskiego zjednoczenia, a nie niemieckim podjudzaniem do ruchów separatystycznych.

  12. aga said

    Komuna nigdzie stąd nie wychodziła aby wracać. Ona tylko przebrała się w inne garnitury.Popatrzeć na życiorysy ich i ich ojców, a wszystko jasne.No chyba,że ktos się nabiera na ojca Rajmunda K.z „ak” ,w ’47 prof. politechniki a nie więźnia kazamatów ubeckich 😉

  13. aga said

    Towarzyszka komuna

    Pogrzeb generała Jaruzelskiego i towarzyszące temu komentarze sprawiły, że powrócił problem rozliczenia się Polaków z przeszłością. Niedawny sukces wyborczy Adama Gierka (syna Edwarda, premiera PRL w latach 70 minionego wieku), powtarzane przez wielu Polaków sformułowanie, że „za komuny było lepiej”, tęsknota za przeszłością i rzekomą potęgą PRL pokazują, że nie jest najlepiej z naszą pamięcią historyczną.

    Dochodzi do tego infantylizm młodego (choć nie tylko) pokolenia, dla którego autorytetem jest Jerzy Urban, zaś antybohaterami Żołnierze Wyklęci, ks. Popiełuszko i płk. Kukliński. To pokazuje, iż wszystkim potrzebna jest porządna lekcja najnowszej historii Polski. Problem w tym, że nie ma jej komu napisać. W szkołach i na uczelniach nie ma czasu, by ją porządnie wyłożyć. A jeżeli już ktoś odważny próbuje się podjąć zadania, ściąga na siebie furię i masę oskarżeń o mściwość, budzenie demonów i faszyzm. Tylko niewielu jest w stanie to dźwignąć. I tak trwamy w zawieszeniu pomiędzy epokami, miotający się w labiryncie półprawd, przekłamań i manipulacji.
    Na zewnątrz czerwona, w środku biała…

    Tak naprawdę komunizmu nigdy w Polsce nie było. Była jakaś jego hybryda, namiastka. Poza dość nieliczną grupą ideowców ogół traktował książeczki partyjne jak trampolinę do kariery, zabezpieczenie świętego spokoju, sposób na „urządzenie się” itp. Ktoś bacznie obserwujący Polaków z boku powiedział, że są jak rzodkiewka: na zewnątrz czerwoni, w środku biali. Dużo w tym było racji. System też był zagadkowy: niby nic nie było, ale ulicami jeździły samochody, budowało się domy, ludzie w miarę normalnie żyli. Wchodzenie na kolejne szczeble kariery wykluczało przynależność do Kościoła, ale dzieci chrzciło się nocami, śluby brało przy zamkniętych drzwiach świątyni. Wydawało się dwa razy tyle, co się zarabiało. Się żyło.

    A że trzeba było przy okazji wyjazdu za granicę „wyspowiadać się” panu oficerowi na ubecji? Podkablować sąsiada, podpisać lojalkę, przełknąć upokarzającą mowę nt. szkodliwości religii i zbrodniczej działalności watykańskich szpiegów? To były koszty nieświętego świętego spokoju. Powszechnie akceptowalne. Lud wiedział swoje, partia też – i wszystko jakoś się domykało. To wtedy właśnie nauczyliśmy się, jako naród, dwulicowości, zakłamania i kombinatorstwa. Wsiąkły one w mentalność całych pokoleń na dziesięciolecia – i choć może już nie ma obecnie architektów owego toksycznego porządku — do dziś mają znaczący wpływ na rzeczywistość.
    Jaka niewola?

    Oczywiście ogół Polaków nie „bywał” na komisariatach, nie miał do czynienia ze smutnymi panami jeżdżącymi czarnymi wołgami. Ogół Polaków cieszył się, gdy udało się kupić kawałek schabu, papier toaletowy czy cytrusy na święta, załatwić przydział na cement, talon na malucha. Sam pamiętam radość z dobrze spełnionego obowiązku, gdy po czterech, sześciu godzinach stania w kolejce w mięsnym w Warszawie (jako mały knypek, oczywiście razem z mamą – wszak przydziały były „na łebka”), udało się kupić krakowską czy zwyczajną. Albo gdy z dumą założyłem na nogi nowe relaksy! Ale był szpan przed kolegami!

    Ogół Polaków chodził do kościoła. – Jakie prześladowania? – dziwą się, gdy ktoś próbuje im dziś opowiadać o inwigilacji księży, morderstwach, wsadzaniu do więzień prymasa czy biskupów. Owszem, różni „harcownicy” coś tam próbowali tłumaczyć: że Sowieci traktują nas jak kolonię, że jest niewola, że ludzie giną bez wieści, że cały system to jedno wielkie zakłamanie, oparte na wzajemnym pilnowaniu siebie, donosicielstwie, sprzedajności i kombinatorstwie. Niektórzy – ci odważniejsi – słuchali w tajemnicy trzeszczących audycji Radia Wolna Europa i Głosu Ameryki, ale to były tak różne światy, tak nieprawdopodobne wieści, że wielu nie dowierzało. Tu, w Polsce, było inaczej. Żeby przeżyć, trzeba się był przystosować. Więc skwapliwie to robili.

    Niewolnicy byli syci, a władza dbała, aby też nie zabrakło igrzysk…

    Ów stan z porażającą szczerością zdiagnozował Tadeusz Konwicki w „Kompleksie Polski” (1977 r.). „Dziś niewola stała się niewidzialna – pisał. Dawniej zniewolonym przysługiwało prawo krzyku. Dziś niewolnikom zapewnia się prawo milczenia, niemoty. Krzyk przynosił ulgę, krzepił zdrowie, jak noworodkowi, hartował na przyszłość. Milczenie, niemota degenerują duszę, zabijają. Dawniej zniewolony, kiedy odzyskiwał wolność, mógł bez przeszkód włączyć się do wielkiej rodziny narodów wolnych. Dziś, przypadkiem uwolniony, nie będzie już zdatny do życia. Sam zginie od jadów, które zgromadził w sobie podczas czarnej nocy ubezwłasnowolnienia”.

    całość:

    http://www.opoka.org.pl/biblioteka/P/PS/echo201423-komuna.html

  14. aga said

    ad.13
    Jednak nie mogę sobie odmówić przyjemności wklejenia reszty 😉

    (…)Czyż dzisiejsze spory, obelgi, poziom skłócenia Polaków nie są dowodem, że stało się tak, jak pisał Konwicki? Ale wtedy jeszcze mało kto tak o tym myślał…

    Pozostały wspomnienia…

    To jest niesamowite, jak ludzie potrafili się cieszyć! Z wszystkiego. Z kupienia najprostszej rzeczy: zdobycia meblościanki czy kolorowego telewizora, paczki prawdziwej kawy „ekstra selekt”(rety, jak ona smakowała!), sznurka do snopowiązałki. Z wczasów pod gruszą, wyjazdu na kolonie do Juraty. Darmowych biletów kolejowych, przydziałów na węgiel i tego, że wszystko można było sprzedać: świniaki w punkcie skupu, zboże w geesie, jajka w sklepie – nikt nie marudził z ceną, wszystko schodziło na pniu, a litr mleka kosztował tyle, co litr oleju napędowego. Szynka wtedy inaczej smakowała, korki od butelek z lemoniadą strzelały, a świąteczny stół różnił się od tego „codziennego”. Jeśli czegoś brakowało – a gotówki był wystarczający zapas – można było dokupić to i owo w Peweksie albo u spekulantów (milicja ich co prawda ścigała, od czasu do czasu organizowano różne „pokazówki”, ale bazar Różyckiego w stolicy przez dziesięciolecia nieprzerwanie przeżywał czas świetności). Itd. Generalnie: było mnóstwo pozytywnych emocji!

    Ośmielę się postawić tezę, że to one właśnie wdrukowały się w pamięć części – nazwijmy ją: dojrzalszą – społeczeństwa. Przykryły prawdę o minionej epoce. Myślę, że nostalgia za „komunizmem” tu ma jedno ze swoich źródeł. Żyjąc w świecie, gdzie wszystko można kupić „od ręki”, ale nie ma za co, gdzie wartość człowieka mierzy się miarą jego wypchanego gotówką (bądź nie) portfela. I jeszcze ta wolność… Z tego powodu powstaje mnóstwo negatywnych emocji, frustracji. Przybierają one często postać dramatu: gdy głodowa renta bądź emerytura nie wystarcza na czynsz, leki czy zaspokojenie podstawowych potrzeb egzystencji. Nie brakuje oskarżeń, że to wszystko przez „solidaruchy”, że po co było psuć, skoro było dobrze. Nie ma szans na przebicie się prawdy, iż to właśnie gospodarczy i ekonomiczny infantylizm rządzących, potem gierkowska mitomania, podszyta kolosalnymi kredytami i nadmuchaną koniunkturą, wreszcie doprowadzenie polskiej gospodarki do ruiny, uwłaszczenie się czerwonych cwaniaczków na narodowym majątku sprawiły, że właśnie dlatego te ich emerytury i renty dziś na nic nie wystarczają…

    Ale to już wymaga myślenia, a różnie z tym jest.
    …i poczucie potęgi, której nigdy nie było

    Życie wielu ludzi coś znaczyło, ich pozycja społeczna była solidna, a pewność, że nigdy się to nie zmieni – niewzruszona jak skała. Nie było ich mało. Przez dziesięciolecia setki tysięcy z nich pełniło ważne funkcje publiczne, pracowało w milicji, ZOMO, w SB. Było suto opłacanymi tajnymi współpracownikami bezpieki. Mieli świadomość swojego realnego wpływu na rzeczywistość, wkodowaną wyższość nad „hołotą” (jak to malowniczo, z maksymalną dozą pogardy wyartykułował jeden z uczestników pogrzebu generała). I nagle wszystko się skończyło! Czyż to nie wystarczający powód, aby serdecznie znienawidzić tych, którzy wszystko „popsuli” albo co gorsza – chcą dziś wyjawiać skwapliwie chroniony wstyd, zapisany w teczkach w IPN?

    Czas na pointę. Kiedyś rozmawiałem ze znajomym (który przeżył więcej wiosen niż ja) na temat: dlaczego tęsknimy za komuną?

    – A to nie wiesz? – zapytał. – To oczywiste: byliśmy wtedy dużo młodsi!

    Rzeczywiście! Ale to zbyt prosta odpowiedź. Czas odkrywania przeszłości i nazywania prawdy po imieniu chyba jeszcze przed nami.

    KS. PAWEŁ SIEDLANOWSKI
    Echo Katolickie 23/2012

  15. aga said

  16. aga said

    Biskup Wiesław Mering: Komunizm się nie skończył

    Jest bardzo ważne, by ideały wyprzedzały nasze działania, by one kształtowały te działania. W przeciwnym razie będziemy usiłowali tworzyć sobie ideały uzasadniające postępowanie – z ordynariuszem włocławskim bp. Wiesławem Meringiem rozmawia Łukasz Kaźmierczak z „Przewodnika Katolickiego”.

    Łukasz Kaźmierczak: – Pamięta Ksiądz Biskup słynny plakat z rewolwerowcem i napisem „Solidarność” w tle? Wtedy wydawało się, że 4 czerwca 1989 r. to będzie rzeczywiście pojedynek w samo południe.
    Reklama

    Wiesław Mering: – Moja ocena dnia 4 czerwca 1989 r. nie jest jednoznaczna. Po pierwsze dlatego, że oczekiwania, jakie niosłem w sobie tamtego dnia, były znacznie większe. Wydawało mi się, że powtórzy się cud letnich miesięcy 1980 r. i tamtej niezapomnianej atmosfery wielkich nadziei Polaków. 4 czerwca 1989 r. czekałem na coś podobnego! Niestety, zbyt wiele działo się poza świadomością zwykłych obywateli: nasze nadzieje jeszcze nie mogły zostać spełnione.

    Skończyło się tylko na cichym strzale z kapiszona…

    – Najtrudniejsze do przyjęcia było to, że twarzą zwycięskich wyborów stało się oblicze szczerze znienawidzone przez wielu obywateli. Skąd wiem, że znienawidzone? Przypomnijmy sobie banknoty, na których Polacy masowo uwieczniali głowę Generała! Jak więc w tych warunkach uznać wydarzenia z 4 czerwca za rzeczywisty przełom? Myślę też, że podobnie patrzyli na tamte wybory ci, którzy w nich nie chcieli uczestniczyć, a wśród nich także dzisiejsi czołowi urzędnicy państwa: zainteresowani polityką wiedzieli więcej i nie chcieli firmować pozorowanych na wolne – z góry ustalonych wyników. A zatem zawiedzione nadzieje to pierwszy powód mojej niskiej oceny 4 czerwca.

    A powód drugi?

    – Tamtego dnia jechałem z posługą duszpasterską do Górzna – dziś w diecezji toruńskiej. Była niedziela, na drodze mało samochodów, a zatem swobodnie mogłem skupić się na wiadomościach przekazywanych przez Polskie Radio. I wtedy usłyszałem o masakrze w Pekinie. Wiele dni wcześniej całym sercem „byłem” ze studentami, młodymi Chińczykami, którzy, tak jak my w 1980 r., pragnęli wolności. Tak bardzo chciałem, żeby im się udało, żeby zyskali oddech po komunistycznej nocy. Tymczasem jak grom z jasnego nieba uderzyły we mnie informacje o czołgach miażdżących swoje ofiary, o kresie złudzeń.

    – Wiele miesięcy później odnalazłem zapis tych przeżyć, które dokonywały się w sercu ks. prof. Janusza Pasierba, mojego ówczesnego profesora w pelplińskim Wyższym Seminarium Duchownym w jego wierszu pt. Pekin, maj/czerwiec 1989. Przytoczę fragmenty: „Li, nie zapomnę twego dziecinnego uśmiechu/ kiedy pozując kamerzystom/ siadłeś pod gigantyczną oponą/ pancernego wozu/ na placu niebezpiecznego pokoju/ potwór stał nieruchomo/ aż wreszcie ruszył (…) Li, odnalazłem cię znów na ekranie/po wyroku/ rozszerzonymi oczyma / spod granatowych włosów patrzyłeś/ w wymierzoną w ciebie kamerę/lufę / śmierć…”.

    Przejmujące…

    – I właśnie dlatego nie wydawało mi się stosowne radowanie się w tym samym czasie, kiedy rozstrzeliwane były nadzieje i oczekiwania rówieśników moich ówczesnych studentów.

    – A wreszcie był przecież jeszcze jeden 4 czerwca – ten, w którym obalony został rząd Jana Olszewskiego: nocą, z akompaniamentem diabolicznych chichotów innych polityków.

    – Wszystkie wymienione okoliczności, o których historycy mogą opowiedzieć więcej i dokładniej, uniemożliwiają mi satysfakcję i radość z tamtego dnia. Muszę jeszcze dodać, że mobilizowanie na siłę do świętowania i radości zawsze mi się źle kojarzy. Dzisiaj też – z okazji 25. rocznicy – wiele „resortowych dzieci” doczekało się medali. A o „Solidarności” i jej wkładzie jakby zapomniano.

    Tegoroczne huczne obchody odbywają się jednak pod hasłem „święta wolności”…

    – „Święto wolności”? Wolność bez wątpienia nieco się poszerzyła, choć koniecznie powinniśmy powiedzieć, co ona oznacza: jeżeli wolność rozumiemy jako wierność dokonanemu wyborowi, to 25 lat, które minęły, dowodzą, że egzaminu z tej wierności nie zdaliśmy do końca: osobista godność prostych ludzi nie znajduje sprawiedliwej obrony; wobec prawa są równi i równiejsi; kraj się wyludnia: z najlepszych, najbardziej utalentowanych młodych ludzi, z najbardziej przedsiębiorczych rekrutują się emigranci!

    Tak, zbyt wielu świętuje tę wolność na brytyjskim zmywaku…

    – Kościół ostrzegał już w latach 60. przed podobnym zjawiskiem. Wtedy „ludowa” władza nie brała poważnie tych głosów. Dziś nie widać żadnej próby powstrzymania emigracji: tracimy bezpowrotnie, kolejny już raz, elitę naszego narodu! Nie widzę też troski o fundament życia społecznego: małżeństwo i rodzinę! Przeciwnie, nieszczęsne pomysły niskiego lotu prądów kulturowych – z osławionym genderyzmem na czele – wspierane są z mocą przez niektóre osoby czy środowiska sprawujące dziś władzę. Chore pomysły wprowadzane są na siłę, wbrew społeczeństwu i rodzicom, do przedszkoli, do szkół, na uniwersytety (nawet na uniwersytet katolicki w Lublinie!), nie mówiąc już o stacjach telewizyjnych czy łamach gazet. Przypominając te fakty, chcę podkreślić, że jeżeli wyborem Polaków było dobro osoby ludzkiej i dobro kraju, to chyba tak rozumianej wolności nie zrealizowaliśmy najlepiej.

    Raczej nie…

    – Nic dziwnego, że Jan Paweł II, jakby przeczuwając rozmaite klęski, nieustannie akcentował konieczność właściwego wykorzystania wolności i zobowiązania, jakie z niej wynikają.

    – Wolność jest dynamiczna, nie statyczna; nie można raz jej odzyskać i zapaść w sen zimowy. Nie można też uznać, że przynosi ją w darze tylko lewica, tylko liberałowie albo tylko prawica. Spektrum ludzkich poglądów jest tak szerokie, że w mądrym korzystaniu z wolności trzeba kierować się bardziej rozmową, dyskusją, tłumaczeniem niż narzucaniem z poczuciem wyższości jednego światopoglądu.

    – Inna sprawa, że trudno tak naprawdę wskazać precyzyjną datę, kiedy skończył się komunizm. Ktoś zresztą celnie to podsumował: „4 czerwca upadła komuna na cztery łapy”.

    – Komunizm się nie skończył, ani w Polsce, ani w świecie. Niedawna wypowiedź nauczycielki, że „komunizm to najlepszy z systemów” – wprost mnie przeraziła. Nie chciałbym, aby ktoś taki uczył młodych rozumienia świata.

    – O zakończenie komunizmu w nas, w kraju, we władzach Polski, w Europie przyjdzie nam stoczyć jeszcze niejedną i bolesną bitwę. Pogrobowcy komunizmu to przecież dzisiejsza elita Parlamentu Europejskiego, czyli młodzi z 1968 r. ze swoimi sympatiami do Che Guevary, Mao i im podobnych; to nasi niektórzy posłowie mylący gender z walką o równość! I w tym sensie owe „cztery łapy” to porównanie słuszne: pogrzeb z honorami autora stanu wojennego, a wcześniej masakry w Gdyni 1970 r.; potęga medialna i „autorytet” Jerzego Urbana, dobre warunki materialne morderców ks. Jerzego Popiełuszki – to zaledwie czubek „komunistycznej góry lodowej”!

    Przegraliśmy bitwę o pamięć?

    – Nie tylko bitwę o pamięć historyczną, ale także o umiejętność kojarzenia wydarzeń dziejących się dziś. Przegraliśmy walkę o społeczeństwo podmiotowe, wierzące w siłę wyborczej kartki. Kiedyś ks. Tischner mówił słusznie o największym spustoszeniu, jakie komunizm wywarł w sferze moralnej: rozmyła się skutecznie w postmodernistycznym bełkocie różnica między dobrem a złem, prawdą i fałszem, odwagą a kunktatorstwem, solidarnością a egoizmem, bezinteresownością a zimną kalkulacją.

    – I, żeby nie było wątpliwości, ten bełkot zamieszał w głowach prawie wszystkim: trzeba wielkości i męstwa świętych, by nie poddać się terrorowi relatywizmu, przed którym tak nas ostrzegał Benedykt XVI.

    – Ale dzisiejsze elity nie mają sobie raczej nic do zarzucenia. Za to piórem salonowych publicystów oskarżają „Kościół zwartych szeregów” o zmarnowanie ostatnich 25 lat…

    – Elity zwykle myślą o sobie dobrze, a często nawet przebudzenie po wyborach nie skutkuje dostatecznie: to przecież społeczeństwo jest niedojrzałe i prymitywne – jak głosił niedawno po wyborczej przegranej biłgorajski winiarz.

    – A Kościół? Zapewne i on nie ustrzegł się błędów. Jego siła jednak nie wynika z papieskich czy biskupich kalkulacji. Jego mocą jest moc Ducha Świętego. Jeżeli pozostanie wierny duchowi – nie ma się czego obawiać; musi zawsze na nowo odczytywać stare zadania: głosić Ewangelię i o niej świadczyć. Jak sobie z tym radzi? Odpowiedzią prawdziwą są życiorysy świętych wszystkich czasów!

    Jak więc powinniśmy dobrze wykorzystać ten nasz „dar wolności”?

    – Trzeba trwać wiernie przy ideałach, które zrodził rok 1980, „Solidarność”, polskie umiłowanie wolności. Jest bardzo ważne, by ideały wyprzedzały nasze działania, by one kształtowały te działania. W przeciwnym razie będziemy usiłowali tworzyć sobie ideały uzasadniające postępowanie, czyli będziemy usprawiedliwiać określone wybory.

    – A równie ważna jest umiejętność powściągliwości, skromności, umiaru! Gdyby politycy i nasze „medialne autorytety” nabyły choć trochę tych umiejętności, które nazwać można „wyczuciem prawdy”, to pewnie nasze życie społeczne stałoby się i lepsze, i znośniejsze, i bardziej nastawione na szukanie wspólnego dobra! Czy to jest jednak możliwe? Doprawdy, nie wiem. Chciałbym być optymistą.

    Przewodnik Katolicki

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: