Wirtualna Polonia

“-Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i ojczyźnie podnieśliśmy głowy.”

Przeczytajcie książkę abp. Stanisława Wielgusa! „Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki. Historia mojego życia”

Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2015-02-02

Abp St. WielgusW ostatnich tygodniach  nakładem Wydawnictwa Sióstr Loretanek ukazała się książka abp. Stanisława Wielgusa „Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki. Historia mojego życia”. Z zaskoczeniem odnotowuję – jeśli nie liczyć publikacji „Naszego Dziennika” – że pamiętniki arcybiskupa zostały całkowicie przemilczane przez media. Moje zaskoczenie jest tym większe, że przecież jeszcze stosunkowo niedawno tzw. sprawa abp. Wielgusa była prezentowana jako wydarzenie niemalże decydujące o losie i przyszłości polskiego Kościoła. Na przełomie 2006 i 2007 r. angażowały się w nią niemal wszystkie środowiska opiniotwórcze uczestniczące w życiu publicznym – od zatroskanych o Kościół katolików różnych odcieni, poprzez liberałów i religijnie obojętnych publicystów, aż po jawnych wrogów Pana Boga i chrześcijaństwa. Można odnieść wrażenie, że doszło wówczas do egzotycznego sojuszu wszystkich ze wszystkimi, którego ofiarą był abp Wielgus. Niemal wszyscy wówczas domagali się usunięcia arcybiskupa z warszawskiej stolicy biskupiej zarzucając mu świadomą współpracę z SB i szkodzenie Kościołowi, a opinia publiczna dowiadywała się o wydarzeniach tak niesłychanych jak rzekoma osobista interwencja Ojca Św. w tej sprawie. 

Ponad miesięczny huragan medialny który się w tej sprawie przetoczył, a który odcisnął swe piętno na stosunkach wewnątrz polskiego episkopatu, ostatecznie doprowadził do bezprecedensowego w historii złożenia urzędu metropolity warszawskiego w dniu ingresu przez abp. Stanisława Wielgusa. I to w obecności najwyższych władz Rzeczypospolitej i świetle kamer telewizyjnych z całego świata. Milczenie wobec tej książki musi więc zdumiewać. Ale zastanawiając się jakie są przyczyny zasłony milczenia, jaką pokryto pamiętniki arcybiskupa, odnoszę wrażenie, że ta dzisiejsza cisza bliższa jest prawdy o tzw. sprawie abp. Wielgusa, niż medialny hałas sprzed ośmiu lat, gromy miotane nad Polską i Kościołem, i razy wymierzone w osobę metropolity warszawskiego.

Wiedziony tym właśnie zdziwieniem, jako historyk najnowszych dziejów Polski dla którego niektóre elementy tej sprawy wchodzą w zakres naukowej kompetencji, a który kiedyś z boku przyglądał się medialnej awanturze wokół abp. Wielgusa, zdecydowałem się na lekturę tej książki. Moja ciekawość była tym większa, że niespełna przed rokiem ukazała się też książka Sebastiana Karczewskiego „Zamach na arcybiskupa. Kulisy wielkiej mistyfikacji” (Warszawa 2013), która mimo sporego potencjału poznawczego również została przemilczana. Ale w tym przypadku można było pomyśleć, że rozprawa Karczewskiego jest wyłącznie głosem stronniczym, napisanym w obronie skrzywdzonego hierarchy, a więc pozbawionym autoryzacji przez samego abp. Wielgusa.

W każdym razie kiedy sam abp Stanisław Wielgus zdecydował się obecnie zabrać głos w sprawie, która w takim stopniu poruszyła opinię publiczną w latach 2006-2007, powinnyśmy dla pełni obrazu zainteresować jego świadectwem czytelników.

Odpowiedź arcybiskupa

A jest to relacja niebanalna, pod wieloma względami nowatorska, pozwalająca spojrzeć na wydarzenia z lat 2006-2007 oczami jej głównego aktora, wybitnego przecież przedstawiciela polskiego Kościoła. Przy słabości polskiej literatury pamiętnikarskiej i niechęci uczestników życia publicznego do osobistych relacji, szczerość i otwartość świadectwa abp. Stanisławowa Wielgusa należy jednak docenić pomimo wygłaszanych emocjonalnych i ostrych sądów. Mogą one wielu czytelników zaskakiwać a nawet zdumiewać i nastawiać krytycznie do arcybiskupa, ale mimo tego trzeba to odnotować jako wartość, bo w ten sposób uzyskujemy rzadko dostępny wgląd w świadomość i sposób myślenia wybitnego człowieka i przedstawiciela hierarchicznego Kościoła.

Abp Wielgus nie był jedynym hierarchą zarejestrowanym przez bezpiekę jako współpracownik, ale jedyny padł ofiarą tak ostrej kampanii medialnej i stracił urząd, również w wyniku niejasnej gry, jaką prowadził nuncjusz apostolski

Już dawno w polskiej literaturze pamiętnikarskiej nie było książki tak radykalnej w formie, demaskatorskiej, odsłaniającej nawet walkę frakcji w polskim episkopacie i intrygi nuncjusza apostolskiego abp. Józefa Kowalczyka przeciwko abp. Wielgusowi. Książki przepełnionej takim bólem i zawodem, ale też nierzadko żółcią i nieskrywaną niechęcią do wielu osób, które na przełomie 2006 i 2007 r. przyłożyły rękę do bezprecedensowego wymuszenia na abp. Wielgusie złożenia urzędu metropolity warszawskiego w związku z oskarżeniami o współpracę z SB. Pamiętniki arcybiskupa są jakby pamiętnikarską odpowiedzią na przeżytą krzywdę i medialny hałas, któremu został poddany osiem lat temu, a z którego skutkami nigdy się nie pogodził. Zrezygnował z urzędu dobrowolnie, choć uczynił to – jak twierdzi – w wyniku presji związanej z fałszywymi zarzutami, medialną nagonką, intrygami nuncjusza i obojętnością braci w biskupstwie.

Na każdym nieuprzedzonym czytelniku, który zapoznając się z momentami bolesnymi w tonie przeżyciami arcybiskupa, musi to robić wielkie wrażenie. Łatwo zauważyć, że wbrew podtytułowi pamiętników – „Historia mojego życia”, są one w istocie odpowiedzią na krzywdę. W przeważającej części koncentrują sie one na tragicznych okolicznościach towarzyszących objęciu i rezygnacji z warszawskiej stolicy biskupiej w styczniu 2007 r. (ponad 300 stron z 460 poświęconych jest tej sprawie!). To wielka szkoda, bo przecież dopiero ukazanie bolesnych wydarzeń z lat 2006-2007 w perspektywie tego wszystkiego, co arcybiskup robił wcześniej na niwie duszpasterskiej, teologicznej i naukowej, pokazałoby realne zasługi hierarchy dla Kościoła i Polski. Sam dobrze pamiętam chociażby pełne głębokiej treści listy ks. Stanisława Wielgusa, jako rektora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, adresowane do polskich katolików. Trudno dziś nawet wyrazić to w lakonicznych słowach, jak były one dla mnie wówczas ważne, i jak bardzo odbiegały od nowomowy w którą w latach dziewięćdziesiątych popadło nawet wielu biskupów zachłyśniętych kształtem polskiej wolności. Już w wówczas ks. Wielgus był więc osobowością, która wpisała się w powszechną pamięć Polaków. Tym większa szkoda, że w takim stopniu skupił się na własnej krzywdzie z 2007 r.

Lista wrogów

Zaprezentowana przez arcybiskupa forma obrony i argumentacja posiada braki i może budzić wątpliwości. Zwyciężył u niego duch polemiczny ze wszystkimi, którzy poddali go w przeszłości ostrej krytyce. Czasem jest to nawet zdecydowane uderzenie w wartości, które wyznaje większość polskich konserwatystów. Tak też odbieram niepotrzebne wtręty abp. Wielgusa na temat „demoralizacji” i pijaństwie „żołnierzy wyklętych” strzelających „pod byle pretekstem” do siebie, krytyczne tyrady o lustracji i rozliczenia komunistycznej przeszłości, niepochlebne opinie o IPN i prezesie Kurtyce, czy pochwałę postawy episkopatu po katastrofie smoleńskiej w 2010 r. wobec usunięcia krzyża z Krakowskiego Przedmieścia.

Abp Wielgus sporządził nawet długą listę osobistych wrogów na której znalazło się kilkadziesiąt osób (głównie publicystów), które na przełomie 2006 i 2007 r. wypowiadały się i pisały na jego temat. Arcybiskup nie tylko nie ukrywa, ale i nie przebiera przy tym w słowach (czasem czyni to wyjątkowo ostro), że za swoich największych wrogów uważa Tomasza Terlikowskiego i Tomasza Sakiewicza, zaś za patronów całej medialnej awantury uznaje Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Na liście arcybiskup umieścił też m. in.: Stanisława Janeckiego (którego uznał za „wroga Kościoła katolickiego”!), Pawła Milcarka, Piotra Semkę, Roberta Krasowskiego, Dorotę Kanię, ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, Mikołaja Lizuta, Rafała Ziemkiewicza, Roberta Mazurka, Marcina Przeciszewskiego, Andrzeja Friszke, Pawła Lisickiego, Monikę Olejnik, ojca Wacława Oszajcę, Piotra Zarembę, Jerzego Jachowicza, Krzysztofa Zanussiego, Andrzeja Zolla, Władysława Bartoszewskiego, Wiesława Chrzanowskiego, Marka Jurka i Jana Żaryna, któremu zresztą poświęcił nieco dłuższy opis: „to on wykorzystał moją naiwność i w grudniu 2006 r. przeprowadził ze mną wywiad, mający charakter prokuratorskiego przesłuchania, który nie wniósł nic poza moje późniejsze oświadczenie”.

Wymienionym w ten sposób osobom abp Wielgus przeciwstawia postawę „prawdziwego człowieka i chrześcijanina” czyli Romana Giertycha, Andrzeja Leppera, Waldemara Pawlaka, Jana Engelgarda, Bogusława Kowalskiego, Waldemara Gontarskiego i Włodzimierza Blajerskiego.

„Określone potężne siły”

Niewątpliwie słabość tej autobiograficznej opowieści domaga się jakiegoś uzupełnienia. Myślę, że potrzebna jest pełna biografia abp. Wielgusa, którą w przyszłości weźmie na swoje barki któryś z historyków. Może zwłaszcza sprawa do której arcybiskup przywiązuje wyjątkową wagę – udział masonerii w akcji przeciwko niemu, powinna zostać bliżej przeanalizowana.  „Atak na moją osobę prowadzony był systematycznie w kraju i za granicą. Na polecenie określonych potężnych sił zrobiono wszystko, by mnie skompromitować i zdeptać” – pisze arcybiskup, aby w innym miejscu bez ogródek wyjaśnić kogo ma na myśli: „w czasie kampanii prowadzonej przeciwko mnie skontaktował się ze mną jeden z wybitnych hierarchów światowego Kościoła katolickiego, który mnie poinformował, że atak przeprowadzony na mnie został wykonany na rozkaz światowej masonerii, w którą uwikłani są liczni z tych, którzy mnie atakowali. Wydaje się to być możliwe, gdy uwzględni się historię przyjaciela Lecha Kaczyńskiego, Bronisława Wildsteina, a także to, z jaką radością witano w dniu 9 września 2007 roku reaktywowanie żydowsko-masońskiej loży B’nai B’irth”. „Moje wymuszone, przypadkowe i zupełnie dla nikogo nieszkodliwe kontakty ze służbami specjalnymi PRL – kontynuuje arcybiskup – dawały znakomity pretekst do ich działań, ale tak naprawdę chodziło o coś innego. Zasadniczym powodem, jak sądzę, były głoszone przeze mnie przez lata – jako rektora KUL i biskupa płockiego – poglądy sprzeciwiające się postmodernizmowi, neomarksizmowi i lewackiemu, ateistycznemu liberalizmowi. Nie można było dopuścić do Warszawy człowieka, które je stanowczo i jednoznacznie głosił. Okazałem się zbyt groźny dla tych ideologicznych nurtów, dla masonerii i dla przedstawicieli  tzw. otwartego Kościoła (niektórzy powiadają: otwartego na śmieci)”.

Takie – wolnomularskie – wytłumaczenie tzw. sprawy abp. Wielgusa może zaskakiwać, a nawet szokować. Nie dlatego, że bagatelizuję rolę masonerii w walce z Kościołem, ale z uwagi na powierzchowność, schematyczność i płytkość tej argumentacji. Przyznaję, że i mnie osobiście owa szczerość i lekkość sądów w tej kwestii czasem zdumiały. Tym bardziej, że nawet jeden z moich tekstów (poświęcony związkom abp. Józefa Kowalczyka z wywiadem PRL) abp Wielgus również połączył z wpływami masonerii (sic!).

Kaczyńscy siłą sprawczą

Ale – szczerość za szczerość – w tym miejscu muszę powiedzieć o tym, co przy okazji lektury pamiętników abp. Wielgusa jednoczenie mnie zaskakuje i wywołuje rozbawienie. To przede wszystkim uczynienie z Lecha (ale i Jarosława Kaczyńskich) polityka owładniętego „obłędem lustracyjnym”, który sprawił, że stał się on „współautorem ataku” na abp. Wielgusa. „Rodzi się pytanie, dlaczego Lech i Jarosław Kaczyńscy oraz ludzie z nimi związani byli autorami nagonki na moją osobę? – pyta arcybiskup – Przytoczone wyżej opinie wskazują na to, że po pro­stu nie nadawałem się do budowy IV Rzeczypospolitej, ja­ką sobie wymarzyli i jaką przez dwa lata próbowali realizo­wać, dzieląc Polaków i w swoim obłędzie lustracyjnym prześladując – niemal po bolszewicku – wielu z nich, w tym zwłaszcza ludzi Kościoła, który potraktowali instrumentalnie i który chcieli sobie całkowicie podporządkować”.

Taka interpretacja tzw. sprawy abp. Wielgusa brzmi tyleż nieprawdziwie, co niepokojąco zwłaszcza dla współautora obszernej i drobiazgowej biografii Lecha Kaczyńskiego. Można o byłym prezydencie (i jego bracie) wypowiedzieć wiele krytycznych uwag i opinii, ale akurat „obłędu lustracyjnego” (w innym miejscu: „szaleństwa lustracyjnego”) – chociażby w kontekście osłabienia i popsucia ustawy lustracyjnej z 2007 r. przez prezydenta oraz konsekwentnej obrony takich osób, jak zarejestrowana jako TW ps. „Beata” Zyty Gilowskiej – przypisywać im po prostu nie przystoi.

Ale konstatacje te padły i, niezależnie od intencji arcybiskupa i jego prawa do riposty, wydanie i treść tych pamiętników, uderza dzisiaj w patriotyczny mit Lecha i Jarosława Kaczyńskich, stworzonej przez nich formacji i stawia wielki znak zapytania nad trwałością szerokiego frontu prawicy obejmującej zarówno środowiska zbliżone do Radia Maryja, jak i liberałów od Jarosława Gowina i Pawła Kowala. Wspomnienie o tym wydaje mi się ważne chociażby z uwagi na satysfakcję, jaką wyraził abp Wielgus pisząc, że przegrane PiS w wyborach 2007 i 2010 r. mają związek z jego sprawą.

Lustracyjny wyrok

Nie mam wcale zamiaru ustawiać się w roli adwokata abp. Stanisława Wielgusa w kwestii jego związków z SB, tym bardziej, że on sam w istocie im nie zaprzecza, choć jak większość osób oskarżanych o współpracę z tajnymi służbami PRL relatywizuje znaczenie swoich kontaktów z tajnymi służbami. Znając pragmatykę, instrukcje i wytyczne obowiązujące w antykościelnym Departamencie IV MSW uznaję w każdym razie fakt jego rejestracji agenturalnej, która była konsekwencją nawiązania kontaktów przez SB z młodym kapłanem na terenie Lublina pod koniec lat sześćdziesiątych. Wiem natomiast, że szczupłość materiału archiwalnego, ograniczonego w istocie do rejestracji, opinii i charakterystyk funkcjonariuszy SB (głównie wywiadu) przy jednoczesnym braku rękopiśmiennych a nawet ustnych doniesień (zachowało się zaledwie sześć dokumentów sygnowanych podpisem „Grey” i „Adam Wysocki”, ale i one nie dotyczą tzw. materialnej – informacyjnej, strony współpracy z SB), pozwala na sporo niedomówień i możliwości interpretacyjnych. Dla mnie – w każdym razie – fakt utrzymywania niejawnych kontaktów z SB nie ulega wątpliwości, choć na podstawie dostępnych źródeł nie byłbym w stanie określić ich zakresu i jakości. Sam arcybiskup pisze w swoim pamiętniku: „miałem w przeszłości kontakty ze służbami specjalnymi PRL przy okazji moich wyjazdów zagranicznych”, ale „nigdy nie podpisałem żadnej współpracy z SB” i „na nikogo nic złego ani nie pisałem, ani też nie mówiłem, ale raz na jakiś czas (niekiedy raz w roku) nachodził mnie pracownik SB i zmuszał do prowadzenia z nim rozmów”. „Poza tym – pisze arcybiskup – byłem gwałtownie przymuszany do współpracy z wywiadem PRL, gdy jechałem na stypendium naukowe do Niemiec, ale nigdy nie wykonałem żadnego zadania, jakie usiłowano mi narzucić w związku z wyjazdami za granicę”.

Warto w tym kontekście jedynie przypomnieć, że mimo tak niewielkiego materiału archiwalnego (łącznie niecałe 70 stron zmikrofilmowanych dokumentów) media, publicyści i niektórzy historycy (znani dziś często z powściągliwości w wyrokowaniu w sprawach o znacznie poważniejszym kalibrze) kategorycznie wypowiadali się w sprawie abp. Wielgusa przypisując mu świadomą i szkodliwą współpracę z bezpieką, a nawet kłamstwa i złe intencje. Arcybiskupem zajmowali się wówczas wszyscy – publicyści, politycy, duchowni i urzędnicy państwowi. Oświadczenie w sprawie abp. Wielgusa wydał nawet Rzecznik Praw Obywatelskich, który na podstawie opinii Andrzeja Paczkowskiego, Zbigniewa Nosowskiego i ks. Tomasza Węcławskiego (później porzucił kapłaństwo i wyrzekł się wiary z bóstwo Chrystusa) oznajmił stanowczo, że „nie podlega wątpliwości fakt świadomej tajnej współpracy ks. Stanisława Wielgusa ze Służbą Wywiadu (Departament I MSW) w latach 1973-1978”! Ten osąd wsparty został nieco łagodniejszym orzeczeniem powołanej przez polski episkopat Kościelnej Komisji Historycznej z 5 stycznia 2007 r.: „Komisja stwierdziła, że istnieją liczne, istotne dokumenty potwierdzające gotowość świadomej i tajnej współpracy ks. Stanisława Wielgusa z organami bezpieczeństwa PRL. Z dokumentów wynika również, że została ona podjęta”. Historycy afiliowani przy episkopacie dodali jednak, że materiał, którym dysponowali opierał się głównie na opiniach funkcjonariuszy SB, którzy w notatkach służbowych wskazywali, że „działalność ks. Stanisława Wielgusa w środowisku lubelskim mogła wyrządzić szkody różnym osobom z kręgu Kościoła”. Jeśli zaś chodzi o współpracę w wywiadem cywilnym PRL „analiza dokumentów nie pozwala jednoznacznie stwierdzić, że ks. Stanisław Wielgus wyrządził komukolwiek krzywdę”.

„Przysięgam na Boga w Trójcy Świętej Jedynego”

Ale to wcale nie spór o zakres kontaktów abp. Stanisława Wielgusa z SB i dyskusja o wiarygodności zachowanych na jego temat akt bezpieki jest w tych pamiętnikach najciekawsza i najważniejsza (zajmował się tym niedawno wspomniany już Sebastian Karczewski w interesującej aczkolwiek nie wolnej od zbyt dalekich interpretacji książce „Zamach na arcybiskupa. Kulisy wielkiej mistyfikacji”). To opis kulisów nominacji i detronizacji ze stolicy biskupiej w Warszawie czynią z tej książki prawdziwy thriller, którego wiarygodność potwierdza szereg fotokopii dokumentów zamieszczonych w pamiętniku. Abp Wielgus stanowczo podkreśla, że cała jego „natura przeciwstawiała się tej nominacji”. Początkowo nawet odmówił, kiedy po raz pierwszy (29 października 2006 r.) rozmawiał na ten temat z nuncjuszem apostolskim w Polsce abp. Józefem Kowalczykiem. Już wówczas miał też wspomnieć nuncjuszowi o „kontaktach ze służbami specjalnymi PRL”, które uznane mogą zostać za przeszkodę w objęciu urzędu. Abp Kowalczyk pomniejszał znaczenie tej kwestii, był nieustępliwy i nalegał na Wielgusa by przyjął nominację arcybiskupią.

Wielgus pisze: „20 listopada 2006 r. znowu spotkałem się z Nuncjuszem, który stwierdził, że przeprowadził badania w sprawie moich kontaktów ze służbami specjalnymi PRL i że poza kilkoma niewiele znaczącymi informacjami na mój temat, poza jakimiś przypisywanymi mi pseudonimami – »Adam Wysocki« oraz bliżej nieokreślony »Grey« – niczego więcej w IPN nie ma. Prosiłem wówczas bardzo usilnie księdza Nuncjusza, aby zatelefonował do kardynała Giovaniego Battisty Re i powiedział mu, że chcę zrezygnować z nominacji na arcybiskupa warszawskiego. Ksiądz Nuncjusz nie chciał o tym słyszeć. Moje obawy uznał za przesadzone”. „Popełniłem wówczas błąd – czytamy – Zamiast, mimo nacisków księdza Nuncjusza, zdecydowanie zrezygnować, opisałem co pamiętam z owych kontaktów [z SB]. (…) Moje sprawozdanie przekazałem Nuncjuszowi. Na jego życzenie, już po powrocie do Płocka, złożyłem także na piśmie przysięgę o następującej treści: »Przysięgam na Boga w Trójcy Świętej Jedynego, że w czasie spotkań i rozmów, które prowadziłem z przedstawicielami milicji i wywiadu, w związku z moimi wyjazdami za granicę w latach siedemdziesiątych XX wieku – nigdy nie występowałem przeciw Kościołowi, nie uczyniłem też ani nie powiedziałem nic złego przeciw duchownym i świeckim osobom”.

Wyjaśnienia i przysięga miały trafić do kardynała Re. 6 grudnia 2006 r. papież Benedykt XVI podpisał bullę mianującą bp. Wielgusa arcybiskupem warszawskim.

Medialny hałas

            Kiedy w mediach coraz więcej mówiło się na temat abp Wielgusa i to prawie wyłącznie źle, ten chciał ponownie zrezygnować z nominacji: „Pod presją straszliwych, nieludzkich ataków, prowadzonych – co za paradoks – szczególnie przez tzw. katolickich dziennikarzy, niektórych polityków, zwłaszcza z PiS z panami Kaczyńskimi na czele, ale także polityków z PO, m. in. Jarosława Gowina, Antoniego Mężydłę, Jana Rulewskiego i ludzi związanych z »Tygodnikiem Powszechnym«, »Gościem Niedzielnym« i »Znakiem« – chciałem się wycofać z ingresu. Ksiądz Nuncjusz Józef Kowalczyk i ksiądz Prymas Józef Glemp byli jednak przeciwnego zdania. Uważali, że będzie to zgoda na ingerencję określonych sił politycznych i ich mediów w wewnętrzne sprawy Kościoła”.

Ostatecznie 5 stycznia 2007 r., czyli w dniu ogłoszenia komunikatu Kościelnej Komisji Historycznej, abp Wielgus objął rządy w archidiecezji warszawskiej i czekał na ingres wyznaczony na 7 stycznia. W międzyczasie opublikował obszerne oświadczenie wyjaśniające swoje relacje z SB, które było po części powtórzeniem nieszczęsnego wywiadu, którego arcybiskup udzielił 2 stycznia 2007 r. „Gazecie Wyborczej”. Miałem już wówczas wrażenie, że właśnie ten wywiad i gazeta, której został udzielony, był jakby zwrotem w całej sprawie, jakby pocałunkiem śmierci. Oto oskarżany o związki z SB abp Wielgus tłumaczył się z tego na łamach pisma, które reprezentowało świat antywartości, z którymi walczył, a ponadto od zawsze zwalczało lustrację. Katolicki biskup, odważny pogromca masonerii i liberalizmu znalazł fałszywego sojusznika. W trudnych dla siebie i polskiego Kościoła chwilach abp Wielgus na łamach „Gazety Wyborczej” (o czym nie chcą pamiętać jego obrońcy i sam arcybiskup, który tego wywiadu nie wspomina w swojej książce) chwalił środowisko Michnika za opór przeciwko lustracji jakby szukając w nim wsparcia: „Zawsze byłem bardzo ostrożny w ocenie lustracji. Uważam, że rację ma Watykan, kiedy mówi, że dopiero 50 lat po śmierci człowieka można otwierać akta. Inaczej rodzi się niepokój, nieład i lęk. Każdy świstek można wtedy wykorzystać przeciwko człowiekowi. Uważam, że z tego jest potem więcej krzywdy niż dobra. Tutaj »Gazeta Wyborcza« stała na właściwym stanowisku”.

Kulisy intryg

Abp Wielgus odsłania w książce kulisy dramatu rozgrywającego się pomiędzy 5 a 7 stycznia 2007 r. Najpierw nuncjusz apostolski abp Kowalczyk, który jeszcze niedawno ignorował wątek współpracy z SB uznając go za mało znaczący, przygotował w imieniu abp Wielgusa treść „Odezwy” do kapłanów i wiernych archidiecezji warszawskiej, w której świeżo mianowany arcybiskup miał się publicznie przyznać do związków z bezpieką, krzywdy wyrządzonej Kościołowi i kłamstwa związanego z zaprzeczaniem współpracy z SB. „Odezwa” została opublikowana w mediach. Okazuje się dzisiaj, że abp Wielgus nie był autorem rzekomo własnej odezwy do wiernych. „Ani jedno słowo z tego oświadczenia nie pochodziło ode mnie” – napisał arcybiskup, jednocześnie dodając: „Kto był autorem tego oświadczenia, nie wiem. Jest prawdopodobne, że ówczesny Sekretariat Konferencji Episkopatu Polski. Ogólnie biorąc, niewiele wiem o szczegółach tego wszystkiego, co ze mną czyniono w tych dniach. Nikt mnie o niczym nie informował. Byłem całkowicie samotny, zamknięty w domu warszawskich biskupów jak więzień. Wszelkie intrygi snuto poza mną”.

Abp Wielgus opisuje również naradę zwołaną w tych dniach przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Arcybiskup miał się o niej dowiedzieć już post factum: „na rozkaz (czy życzenie?) prezydenta Kaczyńskiego w nocy z 6 na 7 stycznia stawiali się u niego przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup Józef Michalik, nuncjusz arcybiskup Józef Kowalczyk i ówczesny sekretarz Konferencji biskup Piotr Libera. Prezydent ustalił z nimi, że w czasie przewidywanej Mszy świętej ingresowej zrzeknę się urzędu  arcybiskupa metropolity warszawskiego. Według relacji ks. arcybiskupa Józefa Michalika on nie wyraził na to zgody i opuścił zebranie. Kilkanaście godzin wcześniej Jarosław Kaczyński wysłał Przemysława Gosiewskiego do Rzymu, by wraz z ambasadorem Polski przy Stolicy Apostolskiej Hanną Suchocką (dawną adiunkt na KUL, którą jako rektor przyjmowałem do pracy) uzyskali akceptację Ojca Świętego dla mojej rezygnacji, o której jeszcze nie miałem pojęcia. Z tego, co mi wiadomo, Lech Kaczyński usiłował dodzwonić się do Ojca Świętego. Nie było to możliwe. Prawdopodobnie wraz z Nuncjuszem rozmawiali z kardynałem Re, prefektem Kongregacji ds. Biskupów i że od niego uzyskali zgodę na przyjęcie mojej ewentualnej rezygnacji. Ojciec Święty o niczym nie wiedział. (…) W nocy z 6 na 7 stycznia liczni ludzie, w tym  niektórzy biskupi, wiedzieli już o tym, że ingresu nie będzie. Tymczasem ja przygotowywałem się do wystąpienia inauguracyjnego w katedrze warszawskiej”.

Zdetronizowany wygnaniec

Kiedy rankiem 7 stycznia 2007 r. abp Wielgus gotował się do wyjazdu do warszawskiej katedry na ingres, „nagle zjawili” się u niego nuncjusz Kowalczyk, prymas Glemp i abp. Michalik. Abp Kowalczyk miał powiedzieć, że złożona kilka dni temu „propozycja rezygnacji z arcybiskupstwa warszawskiego jest teraz aktualna, bowiem ustalono ze Stolicą Apostolską”, że „ewentualne zrzeczenie się zostanie przyjęte dziś na Mszy świętej w katedrze”. Kowalczyk – pisze dalej abp Wielgus – „podsunął mi do podpisania tekst zrzeczenia, który miałem wygłosić w katedrze. Podpisałem je machinalnie, ale gdy w kilka chwil później przeczytałem je, zmieniłem jego treść, ponieważ i tu przypisano mi winą za cały skandal”. Rzeczywiście, w pierwotnym, dość niezgrabnym gramatycznie tekście, zawarta była konkretna przyczyna rezygnacji ze stolicy biskupiej w Warszawie związana z „uwikłaniem w przeszłości ze służbami specjalnymi” PRL. Abp Wielgus usunął ten fragment i już w nowej formie odczytał w katedrze składając na ręce papieża swój biskupi urząd.

Niemal z dnia na dzień abp Stanisław Wielgus został emerytem, ale mimo zupełnie podstawowych kłopotów przed którymi nagle stanął (nie znał swojego statusu i nie miał nawet gdzie mieszkać), próbował zgłębić wszystko to, co się wokół niego wydarzyło. Przez znajomego kapłana sprawa została po raz pierwszy objaśniona Benedyktowi XVI, który zresztą już w lutym 2007 r. skierował do abp. Wielgusa serdeczny list w którym pisał, że „współuczestniczył w [jego] cierpieniach”. Ujawnienie tej korespondencji na łamach „Naszego Dziennika” – zdaniem arcybiskupa – wywołało kolejną falę ataków. Tak przynajmniej interpretuje on chociażby sprawę z opóźnianiem procesu autolustracyjnego przez IPN, który na czas – jak twierdzi – nie dostarczył materiałów do sądu, tak by arcybiskup nie zdążył z rozprawą przed nowelizacją ustawy (przed 15 marca 2007 r.), czy rewelacje Jana Pospieszalskiego na temat rzekomej pedofilii w diecezji płockiej w czasach, gdy ordynariuszem był Wielgus. „Pomógł mu przy tym jeden z księży płockich, występujący w programie incognito, z zasłoniętą twarzą” – czytamy w pamiętniku, gdzie zamieszczono w dodatku stanowisko Prokuratury Okręgowej w Płocku o umorzeniu śledztwa „wobec braku znamion czynu zabronionego” w sprawie rzekomej pedofilii na terenie diecezji płockiej.

Ku memu zdumieniu okazało się, że robiono też wszystko, by pozbyć się arcybiskupa emeryta z Warszawy. W marcu nuncjusz apostolski w Polsce przekazał mu stanowisko kardynała Re, który uznał, że skoro abp Wielgusde facto nie wykonywał żadnej czynności biskupiej w Warszawie, to nastąpiło automatyczne zerwanie więzów z archidiecezją warszawską. Oznaczało to faktyczny wyrok banicji! „Komu na tym zależało? Kto tak bardzo obawiał się mojej obecności w Warszawie? Komu przeszkadzałem? Kto uczynił wszystko, by się mnie stąd pozbyć? To są pytania, na które do dziś, mimo, że upłynęły już lata, nie otrzymałem odpowiedzi” – pisze abp Wielgus. „Sponiewierany przez terrorystów medialnych i stojących za nimi polityków, nie miałem najmniejszej ochoty, aby dochodzić prawdy. Tym bardziej, że ktoś się skutecznie postarał, żeby ją ukryć. Moja obecność w Warszawie była zatem niepożądana”. Ostatecznie arcybiskup wrócił do Lublina stając się już na zawsze osobą prywatną.

 

Kryterium oceny

Abp Stanisław Wielgus był od lat sześćdziesiątych zarejestrowanym tajnym współpracownikiem SB. Jego rejestracja jako TW ps. „Adam Wysocki” i „Grey” miała merytoryczne uzasadnienie w pragmatyce służbowej obowiązującej w walczącym z Kościołem katolickim Departamencie IV MSW. Ten fakt, nie przeczy jednak stanowisku, że zmuszeniem go do rezygnacji z posługi arcybiskupa metropolity warszawskiego w 2007 r. został skrzywdzony.

Jako badacz od wielu lat opisujący różne aspekty agenturalnego uwikłania, rozpatrujący różnorodne sytuacje oscylujące pomiędzy ochotniczym donosicielstwem a wymuszaną karierą lub naciskami współpracą z SB, uważam jednak, że zapewne najważniejszym kryterium różnicującym wielość postaw jest podział na świeckich i duchownych.

Uważam, że ludzi świeckich podejmujących działalność antykomunistyczną i narażających się na prześladowania ze strony bezpieki, nie należy traktować tak samo jak duchownych. Ponieważ różnica tkwi w samym punkcie startu do udziału w życiu zbiorowym. Dla świeckich polityka z definicji zawiera dominację czynnika doczesnego – a więc policja polityczna jest nieodzownym elementem politycznego krajobrazu w opresyjnym państwie, z którym musi się po prostu liczyć i go uwzględnić. Musiał więc do zderzenia z nim się przygotować. Antykomunistyczny działacz, którego tajne służby zdołały złamać nakłaniając do podjęcia współpracy agenturalnej, zaprzecza i sprzeniewierza się istocie swojego wyboru i swojej działalności.

Inaczej jest jednak w przypadku duchowieństwa. Sam fakt wyboru służby Chrystusowi i Kościołowi katolickiemu już na początku swojego powołania – z chwilą wstąpienia do seminarium duchownego, ściągał na niego opresję ze strony komunistycznego państwa. Nie decydowała o tym – jak w przypadku świeckich – zadeklarowana chęć walki z system, ale sama więź ze Zbawicielem i Jego Kościołem. Seminarzysta a nawet kapłan nie miał więc świadomości, że w którymś z gabinetów SB jakiś funkcjonariusz bezpieki z chwilą przekroczenia progu seminarium zakłada mu teczkę i przystępuje do rozważań nad możliwością agenturalnego werbunku.

W zderzeniu z bezpieką i jej metodami – szczególnie wyszukanymi i opracowanymi w pionie do walki z Kościołem i religią katolicką – wzywanie i nakłanianie seminarzysty lub księdza do spotkań i rozmów miało charakter formalny. Oto kapłan w systemie antyreligijnym i antykatolickim jest z definicji ofiarą aparatu państwowego, który władny jest umożliwić mu studia teologiczne i podróż do Stolicy Świętej.

Świecki ma więc wroga którego powinien przewalczyć uciekając się do nieograniczonego etyką lub instytucją instrumentarium. Kapłan staje naprzeciw absolutnego zła komunizmu i jego służb, które w jakiś sposób powinien ominąć. Dla kapłana komunizm jest opresją i zniewoleniem Kościoła, które trzeba przemodlić i przetrwać zważając na to, że istotą kapłańskiego powołania i najwyższym prawem Kościoła jest zbawienie dusz, a więc praca duszpasterska z ludźmi. Od tego nie ma odwrotu. Nie ma możliwości dezercji, wewnętrznej emigracji czy ucieczki, która spowoduje, że system przestanie kapłana uważać za swojego wroga. Kapłan w komunizmie nie jest w stanie zejść z linii strzału. Inaczej jest w przypadku świeckiego, który walkę z systemem mógł podjąć nawet metodami bezpośrednimi. Dla niego państwo, jego aparat represji i funkcjonariusze to przeciwnicy sami w sobie.

Dlatego przy ocenie tzw. sprawy abp. Wielgusa trzeba o tym rozróżnieniu cały czas pamiętać. I właśnie owe rozróżnienie potwierdza to co napisałem: że arcybiskup został skrzywdzony! Był zarejestrowany jako tajny współpracownik, ale miał prawo zostać metropolitą warszawskim.

Purystom którzy krzywiliby się na takie postawienie sprawy przypominam sprawę polskich prymasów – arcybiskupów Józefa Kowalczyka i Henryka Muszyńskiego, którzy również zostali zarejestrowani przez bezpiekę jako osobowe źródła informacji, a mimo tego nigdy nie zostali potraktowani w sposób podobny do abp. Wielgusa i objęli urzędy kościelne bez medialnej wrzawy i protestów.

Lekcja dla Polski

Ta różnica w traktowaniu abp. Wielgusa w stosunku do innych postaci powoduje, że aferę z 2007 r. należy uznać za nadal niewyjaśnioną. Arcybiskup nie był jedynym hierarchą zarejestrowanym przez bezpiekę jako współpracownik, ale jedyny padł ofiarą tak ostrej kampanii medialnej i stracił urząd, również w wyniku niejasnej gry, jaką prowadził nuncjusz apostolski. Jeśli prawdą jest natomiast to, co napisał abp Wielgus o politycznych intrygach i naciskach na jego rezygnację, to mieliśmy do czynienia z ingerencją w przepisy konkordatu z 1993 r., który wyraźnie stwierdza, że „mianowanie i odwoływanie biskupów należy wyłącznie do Stolicy Apostolskiej”. W tym sensie pogwałcona została wolność Kościoła, który nigdy nie może być krępowany przez władzę święcką w swojej działalności, wewnętrznym sądownictwie czy polityce personalnej.

Uważam, że lekcja płynąca z lektury pamiętnika abp. Stanisława Wielgusa powinna być dla nas pouczająca, bowiem dramatyczne chwile z grudnia 2006 r. i stycznia 2007 r. jakby na zawsze przekreśliły głęboki i prawdziwy sens rozliczenia z komunizmem, którego przecież bez polskiego Kościoła zrobić się po prostu nie da. Dramat tamtych wydarzeń wytworzył sytuację z gruntu fałszywą, w której to hierarcha kościelny stał się jakby symbolem zdrady i agentury, podczas gdy problem postkomunizmu i wpływów agentury na polskie życie publiczne tkwi przecież zupełnie gdzie indziej.

I co najgorsze, tzw. sprawa abp. Wielgusa nie załatwiła w praktyce żadnej sprawy i miała prawie wyłącznie negatywne skutki dla Polski. Skłóciła Polaków, polski episkopat zaczął nieufnie spoglądać na IPN i zamknął się na kwestię rozliczenia (nawet jeśli powołał później specjalną komisję dla spraw zbadania zawartości archiwów IPN), fakt rejestracji agenturalnej nie stał się wcale kryterium decydującym o nominacjach biskupich, zaś lustracja stała się w rzeczywistości fikcją nie prowadzącą wcale do oczyszczenia państwa z wpływów agentury. Mimo szumnych zapowiedzi o rzekomo odkrytych nowych dokumentach żaden z historyków nie przepracował dogłębnie jego sprawy zarówno w wymiarze historycznym, jak i medialnych wydarzeń z przełomu 2006 i 2007 r.

Czy rację ma abp Wielgus podnosząc rolę masonerii dla której był niewygodny, czy może były inne przyczyny, które doprowadziły do jego detronizacji? Trudno orzekać w tej chwili. Niech to będzie zadaniem ludzi Kościoła i badaczy uznających rolę Kościoła katolickiego w życiu narodu za żywotną.

Ja w każdym razie zachęcam – przeczytajcie książkę abp. Stanisława Wielgusa!

Sławomir Cenckiewicz

Abp S. Wielgus, Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki. Historia mojego życia, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2014.

Arch.

Reklamy

Komentarzy 66 to “Przeczytajcie książkę abp. Stanisława Wielgusa! „Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki. Historia mojego życia””

  1. Bezwstydny.

  2. max said

    Ad#1.Grzegorz Rossa.
    Kto jest w/g Ciebie bezwstydny?
    Ja uważam, że to ci co zorganizowali tą nagonkę na abp.Wielgusa.

  3. Kapsel said

    Urodziny Sługi Bożego ks. Piotra Skargi: módlmy się o beatyfikację wielkiego kaznodziei

    W poniedziałek, 2 lutego przypada pamiątka urodzin ks. Piotra Skargi, wielkiego kaznodziei Polaków. Warto w tym dniu pamiętać szczególnie o modlitwie o rychłą beatyfikację duchownego. Przypomnijmy, że proces już trwa.

    Uroczysta sesja otwierająca proces beatyfikacyjny ks. Piotra Skargi rozpoczęła się 8 grudnia w Domu Arcybiskupów Krakowskich.

    Starania jezuitów o beatyfikację ks. Skargi otrzymały 10 października br. formalną akceptację i zatwierdzenie watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Od tej chwili ks. Piotrowi Skardze SJ przysługuje tytuł „sługi Bożego”.

    Następnie 23 października kard. Stanisław Dziwisz w obecności prowincjała podpisał edykt, w którym zwrócił się do wiernych archidiecezji krakowskiej o przekazanie do kurii wszelkich dokumentów mających jakikolwiek związek lub dotyczących ks. Piotra Skargi SJ.

    W poniedziałek przypada 479. rocznica urodzin autora „Kazań sejmowych” oraz „Żywota świętych”. Warto modlić się nie tylko o jego wstawiennictwo, ale również o to, by Sługa Boży ks. Piotr Skarga, został błogosławionym Kościoła Powszechnego.

    http://www.pch24.pl/urodziny-slugi-bozego-ks–piotra-skargi–modlmy-sie-o-beatyfikacje-wielkiego-kaznodziei,33717,i.html#ixzz3Qb7jOePE

  4. Kapsel said

    ….Czy rację ma abp Wielgus podnosząc rolę masonerii dla której był niewygodny, czy może były inne przyczyny, które doprowadziły do jego detronizacji? Trudno orzekać w tej chwili,,,,

    Ot mi i naukowiec ! Nie tak dawno prof. Kieżun , teraz abp. Wielgus … kto następny ?

  5. MIŚ said

    ABp’a Wiegusa spotkało to dlatego że był Polakiem synem polskiej wsi.
    Jest pewne że w jego latach życia nie mógłby dostać paszportu nie rozmawiając z bezpieką . A na studia czy do Watykanu pojechać było nieodzownym
    Co innego starsi braci których w wysokich kręgach Kościoła pełno . Oni z koleji współpracowali niejako z obowiązku i z urzędu i nie mieli jakichkolwiek ograniczeń w wyjazdach na zachód.
    Lista tych z awangardy rządzących jest wspólcześnie łatwo dostępna w internecie i nikt ich nie zaczepia a teczki ich „pracy” albo nie było bo swojemu teczek nie zakładano lub były poniszczone.

  6. Kapsel said

    ad. 5 Michnik i s-ka mieli czas na „lustrację” a to co pozostawili to dzisiaj do jątrzenia i skłócania.

  7. bodo said

    Gra masonerii z abp. Wielgusem jest jasna, jak słońce. Gdyby był współpracował z bezpieką, to włos by mu z głowy nie spadł. Ci wrażliwi religijnie „lustratorzy” i masoneria grają w tej samej światowej drużynie Naszych. Do abp. Wielgusa nie mieli zaufania za grosz, dlatego oplątywali go mackami, które były przewidziane tylko do tego, aby naiwnym owieczkom przedstawić jako uzasadnienie ataku. Przecież takie metody znajdują się w elementarzu metod masonerii. Te zbiry myślą daleko do przodu. KK w Polsce w osobach hierarchów popełnił kardynalny błąd uwiarygodniając swoim uczestnictwem mistyfikację przy okrągłym stole. Ale taki właśnie porządek dużo wcześniej przygotowała masoneria, której pomógł nie kto inny tylko św. JPII zażydzając ponad jakąkolwiek przyzwoitość Polski
    Episkopad. Książki abp. Wielgusa nie czytałem jeszcze, ale myślę, że na temat masonerii w kościele wie o wiele więcej niż jest skłonny o tym napisać. To była by prawdziwa przysługa kościołowi i prawdzie. Jest to winien wszystkim wierzącym i samemu Najwyższemu.

  8. Zdziwiony said

    63.
    Józef Bizoń said
    2013-12-17 (wtorek) at 19:05:48

    17 grudnia 2006 r. Maria Kaczyńska poszła (a i poszła Gronkiewicz-Waltz) na Plac Grzybowski w Warszawie, aby świętować Chanukę, skąd Chanuka 18.12.2006 r. przywędrowała do siedziby Prezydenta RP – do Lecha Kaczyńskiego.

    Jest to tu:
    Zasługi Prezydenta L. Kaczyńskiego – Świętowanie Chanuki 2006-2009 w obrazkach

    http://jozefbizon.wordpress.com/2012/04/01/zaslugi-prezydenta-l-kaczynskiego-swietowanie-chanuki-2006-2009-w-obrazkach/

    W tym czasie – 17.12.2006 – gdy M. Kaczyńska świętowała Chanukę na Placu Grzybowskim,
    z http://jozefbizon.wordpress.com/kor-batory-inni/ (razem ze zdjęciami)
    „przy Pomniku Ofiar Grudnia 1970 Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński bierze udział w uroczystościach z okazji 36 rocznicy Wydarzeń Grudnia 1970 roku.
    Wygłasza tam krótkie przemówienie niżej w całości cytowane. ….”

    A po powrocie z Gdyni L. Kaczyński w następnym dniu 18.12.2006 r. wraz z małżonką obchodzi Chanukę już u siebie – w Pałacu.

    W taki to oto prosty sposób (metodą na patriotyzm) nakłada się Polakom zaćmę na oczy.

    https://marucha.wordpress.com/2013/12/17/gazeta-polska-codziennie-wszechpolacy-zniewazyli-lecha-kaczynskiego/#comment-300678

  9. pugnus said

    ad1@Rosso

    W rzeczywistosci moznaby abp. Wielgusowi cos podobnego zarzucic ,ale …..dopiero po odmowie zorganizowania Gieremkowi katolickiego pogrzebu ,bo na pewno abp. Wielgus na takowy by sie nie zgodzil!

  10. Kapsel said

    Tutaj jak sie przyprawia rogi następnemu Wielkiemu Polakowi

    Rektor KUL: smuci mnie teza o współpracy o. Krąpca z SB

    „Przeszłości zmienić nie można. Można jednak starać się lepiej ją zrozumieć, aby sprawiedliwie ocenić” – napisał rektor KUL prof. Antoni Dębiński w oświadczeniu nt. książki Dariusza Rosiaka „Wielka odmowa”.

    Autor książki twierdzi, że nieżyjący już rektor KUL, nieżyjący już o. prof. Albert Krąpiec OP był tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie „Józef”. „Teza Autora, potwierdzona przez przedstawicieli dominikanów, że ich współbrat, o. Mieczysław Albert Krąpiec był długoletnim tajnym współpracownikiem służb specjalnych PRL zasmuciła nas” – pisze rektor KUL.

    http://ekai.pl/wydarzenia/polska/x77991/rektor-kul-smuci-mnie-teza-o-wspolpracy-o-krapca-z-sb/

  11. Kapsel said

    I następny przykład

    „Prymitywom się podoba”. Ks. Wierzbicki o teoriach ks. Oko

    Drugi ulubieniec moich kolegów zasłynął tym, że sala w Sejmie Rzeczypospolitej pomyliła mu się z estradą kabaretu. Kapłan, a do tego kolega profesor, angażuje się w zwalczanie genderyzmu, który widzi nawet tam, gdzie go nie ma. Aby urwać tej hydrze wszystkie łby, nie może się powstrzymać przed dawką wulgaryzmów i obscenów rodem z koszar czy więzienia. Prymitywom to się podoba, ale nie ma w tym ani odrobiny Ewangelii. Nie pomylił się ks. Tischner, gdy twierdził, że więcej ludzi odeszło z Kościoła nie dlatego, że Marks ich przekonał, lecz ponieważ nie chcieli już mieć do czynienia z arogancją księdza.

    Strzeżmy się bojowej muzyki w Kościele

    Ks. Alfred Wierzbicki i ks. Dariusz Oko (Fot. AG)

    Abp Życiński mówił o symfonii pięknych dusz. Czy to była naiwność? Raczej głęboka wiara, że wszyscy jesteśmy sobie wzajemnie potrzebni jako uczestnicy tej samej przygody istnienia. A przede wszystkim jest to wyrazem wiary w to, że uczestniczymy w symfonii, której niewidzialny sens, dostępny nam tylko częściowo, realizuje Boski Dyrygent. Jeśli tak, to nie tylko reszta jest muzyką, ale wszystko nią jest; co więcej, styl duszpasterstwa staje się odbiciem tej muzyki, jaką słyszymy we własnej duszy.

    Ks. prof. Alfred Marek Wierzbicki jest szefem Instytutu Jana Pawła II KUL

    Cały tekst: http://lublin.gazeta.pl/lublin/1,48724,15408484,_Prymitywom_sie_podoba___Ks__Wierzbicki_o_teoriach.html#ixzz3Qc7GJNoV

  12. Polaczek said

    Biskup Stanisław jest zwykłym frajerem. Takich było wielu. Z twarzy tego człowieka widać, że nie ma niczego na sumieniu.

    Ja zaświadczam, że gdy musiałem spalić bibułę, na 100% Stanisław nie donosił. Wówczas donosiły nawet klamki u drzwi na ,,poczekajce”.

    http://minus.com/lcEKt9rmlyeKW

    Serdecznie pozdrawiam Stanisława, Alleluja i je..ć judeosowieckie dziwki, Chrystus im tego nie wybaczy – to sprawa wolnego miejsca u Belzebuba.

  13. Przeczytajcie książkę o. Gieorgija Gapona! „Autobiografia”

  14. rojecki said

    Cenckiewicz po dintojrze na szlachetnym 94 letnim prof Kieżunie próbuje robić sobie prasę.
    A poszedł stąd!!

  15. j said

    Oczywiscie, ze nie ma najmniejszych powodow by nie wierzyc abp. Stanislawowi Wielgusowi. Zreszta, jak tu niektorzy jeszcze pamietaja bronilismy go razem z Lubomirem, Gula i Uleczka do „ostatniej kropli krwi”. Wkurzalam sie wtedy jednak na te dziecieca ufnosc abp.Wielgusa wobec takich nieuczciwych tuzow jak Zaryn czy nuncjusz abp.Kowalczyk. Ale tak widocznie maja wszyscy swieci ludzie. Dziecieca ufnosc do ludzi. Tak samo dziecieco ufny byl sw. Jan Pawel II.

    A Lech Kaczynski czy posel Gosiewski…. no coz, jak wiemy spotkala ich jakas straszna kara, poniesli straszliwa smierc. Nawet ich ciala zhanbiono…

    Korzystam z okazji by pozdrowic pana Lubomira i ubolewam, ze odzywa sie jakby troche rzadziej

  16. A wczesniej jeszcze autor zlustrował prezesa Polonii w USA śp Edwarda J. Moskala:

    http://www.polishclub.org/2014/09/29/waldemar-glodek-przed-prof-kiezunem-u-dr-cenckiewicza-byl-prezes-moskal/

    Cos jest na rzeczy z tymi czerwonymi dynastiami

  17. Stary warszawiak said

    Żyłem w tych czasach i mogę jedno powiedzieć, kto chciał studiować (szczególnie zagranicą), kto chciał awansować na
    jakiekolwiek stanowisko kierownicze musiał albo należeć do PZPR albo być TW.
    Wiem to po sobie, jak odmówiłem wstąpienia do partii natychmiast mój dyrektor stwierdził „ja nic na to nie poradzę, że nie
    chcesz awansować”.
    Ja w dzisiejszych czasach nie bardzo wiem jaka była różnica między partyjniakiem, a TW. Przecież partyjniak MUSIAŁ
    wykonywać wszystkie polecenia jakie dostawał od partii.
    A mogły to być zalecenia nie tylko donosicielskie, ale wręcz szpiegowskie.
    Jasne, że partyjniak za „każdy swój wyczyn” nie dostawał bezpośrednio pieniędzy, ale dostawał extra premie, nagrody,
    atrakcyjne wyjazdy zagranicę, możliwość zakupu towarów „nie znajdujących się na ogólno-dostępnym rynku”, tak zwane
    talony na samochody itp., itd.

  18. aga said

    Abp. S. Wielgus 31.01.2015 – w Lublinie. Polecam:

    http://www.radiomaryja.pl/multimedia/homilia-ks-abp-stanislawa-wielgusa-wygloszona-podczas-spotkania-oplatkowego-w-lublinie/

  19. aga said

    „Kościół zdradził Jana Pawła II, bo praktyka duszpasterska dotycząca małżeństwa i rodziny nie poszła za głosem papieża, a nawet nie zapoznała się z jego nauczaniem – stwierdza w rozmowie z KAI abp Henryk Hoser. Przewodniczący Zespołu Ekspertów KEP ds. Biotycznych uważa, że we współczesnym świecie, głównie za sprawą mediów, wszystkie relacje osobowe zostały zerotyzowane. Z tekstów teoretyków gender wynika, iż „światem rządzi satysfakcja seksualna, a człowiek istnieje dla orgazmu” – zauważa arcybiskup. Ocenia też, że przyszłością Kościoła są niewątpliwie świeccy – świadkowie wiary.”

    http://ekai.pl/wydarzenia/x86156/abp-hoser-odejscie-od-nauczania-jana-pawla-ii-to-duszpasterska-zdrada/?

  20. Pytacz said

    @19 – Z tym orgazmem to całkiem niezły pomysł… Oczywiście, bywają ludzie którzy go nigdy nie doświadczyli, więc nie wiedzą o co w tym wszystkim chodzi…

  21. aga said

    „Ongiś Wschodem europejskim zawładnęła potęga najazdu mongolskiego, zagrażającego całej Europie. To zagrożenie dostrzegano. Jednakże, jak to widzimy chociażby z listu papieża Jana XXII, w następującej kolejności: „scismaticos, Tataros, paganos…” Wrogiem nr 1 pozostała „schizma” i pod przykrywką ogólnochrześcijańskiej mobilizacji prowadzona była rozgrywka jednego Kościoła przeciwko drugiemu. Dziś Wschodem europejskim zawładnęła potęga najazdu komunistycznego, zagrażającego nie tylko Europie, ale kulturze całego świata. To zagrożenie jest dostrzegane. Jednakże, jak się powszechnie przyjęło, w następującej kolejności: „Rosja, komunizm, totalizm etc.” wrogiem nr I pozostała „Rosja”, i pod sloganem zagrożenia kultury zachodniej, prowadzi się rozgrywkę jednego nacjonalizmu przeciwko drugiemu. ” – Józef Mackiewicz

  22. aga said

    ad.20
    Aporpos „orgazmu”

    Inny cytata autentycznego antykomunisty ( podkreslam autentycznego, bo jak się okazuje mamy mnostwo pseudo-antykomunistów , ktorzy okazuja się kryptoseiciarzami jak troszku poskrobać)
    Zatem dedykuję go tym tak licznym tutaj wpełzaczom do ruskiego odbytu 😉

    Faktycznie może to być z orgazmem powiązane ale trzebaby w tej akurat kwestii eksperta Biedronia zapytać,bo ci w/w to się oczywiście nie przyznają.

    „Fałszujemy rzeczywistość, stawiając niekiedy znak równania między okupacją niemiecką i sowiecką. Niemiecka robi z nas bohaterów, a sowiecka robi z nas gówno. Niemcy do nas strzelają, a Sowieci biorą gołymi rękami. My do Niemców strzelamy, a Sowietom wpełzamy w dupę. To nie jest więc żadna analogia, lecz odwrotność.”

    Źródło: Nie trzeba głośno mówić, Instytut Literacki, Paryż 1969.

  23. aga said

    Proszę jak to sowieciarze udający patriotów ida rączką w rączkę z komuną kosmopolityczną…A nawet według nomenklatury tych pierwszych z”żydokomuną „?
    No ale co się dziwic ; tak dla jednych jak i drugich Rosja nie umarła w 1917 a tylko rewolucyjnie przeszła w etap dziejowej „sprawiedliwości” społecznej….

    http://passent.blog.polityka.pl/2014/03/15/rusofobia-jest-toksyczna/

  24. aga said

    Sowieciarze z USA i tzw. Zachodu : Rosja ma zawsze rację i nie wolno jej drażnić.
    Sowieciarz Jerzy Stuhr : Rosja nam nie zagraża.

    Prof. A. Nowak o źródłach imperializmu Rosji zarówno przedrewolucyjnej jak i neobolszewickiej Putina

  25. Mściciel z 27 WDP AK said

    Czy Bergoglio to już sodomita ? To nie żart… z miłości po przyjacielsku nazwali Franciszka „pedałem”.

    Św. Paweł mówi: „co człowiek sieje, to i żąć będzie” (Ga 8,15). Podczas gdy my, katolicy, zamartwiamy się tym, jak ratować naturalną, prawdziwą rodzinę, to inne grupy społeczne wychwalają działania papieża Franciszka i usiłują okazać mu swoją miłość, tak jak najlepiej potrafią. cd…

  26. Mściciel z 27 WDP AK said

  27. Mściciel z 27 WDP AK said

    ad/25/26 dokończenie: Wychodzące w Argentynie lewicowe czasopismo „Barcelona Revista” nie ukrywa swojego satyrycznego zachwytu nad papieżem, którego nazywają Ojcem Świętym Transseksualistów. Ogarnia ich radość, że Franciszek zamierza wreszcie otworzyć drzwi kościołów dla sodomitów, osób zdeprawowanych, transwestytów i zakończyć erę, jak to nazywają, prześladowań moralnych wobec transseksualistów.

    W Argentynie nie uznano tego za obrazę papieża, ponieważ humor nie ma granic, a Kościół sam (czytaj Franciszek) angażuje się w rozmowy z homoseksualistami.
    (zob. The Eponymous Flower: Satirical Magazine „Barcelona” Celebrates Pope Francis’ Stance on Aberrosexuality by Calling him „Faggot”)

    Inne stanowisko wobec umieszczenia na okładce czasopisma papieża geja zajął ultrakatolicki blog Mundabor (zob. tutaj), którego autor napisał wprost, że Franciszek zasłużył sobie na sylwetkę zboczeńca, ponieważ to satyryczne czasopismo napisało całą prawdę o Franciszku – że nie jest on katolikiem i że jest przyjacielem perwersji seksualnej. W artykule wnioskuje się, że to, w jaki sposób Franciszek traktuje katolików, wymagało tak brutalnego ukazania, kim on rzeczywiście jest. Autor bloga jest wdzięczny za taki obraz Franciszka, bo wreszcie ktoś napisał prawdę o tym człowieku.

    Nie da się połączyć Franciszka i papiestwa. Albo jedno, albo drugie. Te dwie rzeczywistości wzajemnie się według niego wykluczają. Pisze on wprost, „kto popiera tego człowieka (Franciszka), ten hańbi papiestwo. Kto szanuje instytucję papiestwa, musi zawstydzić tego papieża, ponieważ ten papież pohańbił papiestwo”.

    Za: https://franciszekfalszywyprorok.wordpress.com/2015/01/31/to-nie-zart-z-milosci-po-przyjacielsku-nazwali-franciszka-pedalem/#more-1276

    Data publikacji: 31.01.2015

  28. Mściciel z 27 WDP AK said

  29. Mściciel z 27 WDP AK said

    Następna judeochrześcijańska ” zakonnica ” soborowa szczęśliwą matką. Następna judeochrześcijańska „zakonnica” soborowa rodzi bękarta podczas gdy Bergoglio bystro traci kontrolę nad swoją soborową organizacją we Włoszech. Oj! To nie był ból brzucha! To był bękart!

  30. Mściciel z 27 WDP AK said

  31. Mściciel z 27 WDP AK said

    ad. 29/30 Już druga włoska judeochrześcijańska „zakonnica” soborowa pogwałciła swoje „uroczyste śluby” i urodziła bękarta. Pierwsza „zakonnica” nie ujawniła ojca ale nazwała dziecko imieniem „Franciszek” co wzbudziło spekulacje w odniesieniu do szefa organizacji soborowej, Bergoglio, który przyjął takie samo imię.

    Włoska prasa informuje, że Bergoglio gwałtownie traci kontrolę nad swoją judeochrześcijańską sektą soborową we Włoszech. Neo-kościelniacka „zakonnica”, w dniu 23.01.2015 roku, urodziła dziecko we Włoszech, w rok po analogicznym zdarzeniu. Została ona przewieziona do szpitala Bartolomeo Eustachio w San Severino Marche, w środkowych Włoszech, po tym jak zaczęła się skarżyć na „bóle brzucha”.

    Okazało się, że „zakonnica” złamała swoje „uroczyste śluby” i kłamliwie wymyśliła sobie ażeby twierdzić, że jej ciąża jest „bólem brzucha”! „Zakonnicę” przebadano metodą USG co ujawniło prawdę i w przeciągu paru godzin opłakany rezultat jej złamanych „ślubów” przyszedł na świat.

    Judeochrześcijańska „zakonnica” soborowa Roxana Rodriguez, która rok temu, także skarżąc się na „bóle brzucha” urodziła we Włoszech dziecko dała bękartowi, będącemu wynikiem złamanych „ślubów”, imię „Franciszek” na cześć Bergoglio, który występuje pod tym imieniem jako szef judeochrześcijańskiej sekty soborowej.

    „Zakonnica” nie ujawniła tożsamości ojca. Neo-„kościół” pospiesznie wysłał „zakonnicę” do odosobnienia, najwyraźniej obawiając się spekulacji, że ojcem dziecka może być mężczyzna, którego imię „zakonnica” nadała dziecku. (Niektóre informacje do tego komentarza zostały zaczerpnięte z „Il Gazzetino”)

    Dobrzy katolicy!

    Dokładnie tak jak neo-„kościół” nie ma ważnego kapłaństwa od czasu ustanowienia nowych rytów święceń kapłańskich z 1968 roku tak jego tzw. „zakony” są coraz częściej demaskowane jako podłe podróbki prowadzące operacje prania brudnych pieniędzy poprzez zbieranie darowizn nabytych drogą oszustw i przekazywanie ich antykatolickim organizacjom, które używają tych pieniędzy do niszczenia Kościoła Katolickiego.

    Ojcowie TRADITIO

  32. Mściciel z 27 WDP AK said

  33. Mściciel z 27 WDP AK said

  34. Mściciel z 27 WDP AK said

    ad. 29-33 Na podstawie: portal katolicki (nie mylić z judeochrześcijańską sektą soborową) http://www.traditio.com/comment/com1501.htm

    Data publikacji: 26.01.2015

    Opracowanie: GREGORIUS

  35. Kapsel said

    Nigdy nie umieliśmy myśleć o Rosji

    Poniżej przedstawiamy kolejny fragment z dzieł Romana Dmowskiego poświęcony relacjom polsko-rosyjskim. Powstał on w 1931 roku – a mimo to uderza aktualność jego przemyśleń dotyczących polskiego kompleksu niewolnika, jakim jest nasz stosunek do wschodniego sąsiada. Dmowski nawołuje do przezwyciężenia tego kompleksu i nauczenia się chłodnego myślenia o Rosji. Uważa to za jedno z ważniejszych zadań, bo – jak pisze – „to sąsiad najważniejszy”. Oto tekst:

    W tej krótkiej rozprawce stawiam sobie za zadanie możliwie jasno wyłożyć najważniejsze przesłanki do naszej polityki wzglądem wschodniego sąsiada w rozpoczynającym się obecnie okresie dziejów. Uważam to za rzecz pilną, na żadnym bowiem gruncie nie grozi nam popełnienie takich błędów, jak na tym — a przecie to grunt pierwszego dla nas znaczenia.

    W położeniu Rosji zaszedł ostatnimi czasy głęboki przewrót, niemniejszy na zewnątrz, jak na wewnątrz; zmienił się też gruntownie stosunek całego świata do niej i nie mam wątpliwości, że w dalszym ciągu będzie się on szybko przekształcał, we wręcz może odmiennym kierunku, niż dzisiaj. Jeżeli my z tych zmian nie będziemy sobie zdawali sprawy, drożej za to zapłacimy, niż ktokolwiek. Przy naszym położeniu geograficznym musimy znać Rosję i rozumieć wytwarzające się obecnie warunki jej istnienia lepiej, niż jakikolwiek inny naród w Europie — inaczej nie znajdziemy w stosunku do niej właściwej drogi i łatwo nas będzie użyć, jak już używano za narzędzie polityki cudzej.

    Trzeba się przede wszystkim nauczyć myśleć o Rosji, czegośmy nigdy naprawdę nie umieli.
    Polska przejęła walki z Moskwą po Wielkim Księstwie Litewskim i prowadziła je przez długi okres; ale dla Polaków właściwych Moskale pozostali narodem dalekim, nieznanym i niezrozumiałym. Pozostali dopóty, dopóki nie zetknięto się z nimi, niestety, zbyt blisko, tak blisko, że nie byliśmy zdolni spojrzeć na nich w perspektywie, zrozumieć, czym jest Rosja, jaka jest jej rola na świecie i jakie nasze położenie w stosunku do niej.

    W najważniejszym dla losów naszej ojczyzny dwu-wiekowym okresie dziejów rosyjskich, który się zaczął od Piotra Wielkiego, a zakończył w wojnie 1914-1918 roku, bezwład polityczny i upadek myśli państwowej w Polsce sprawił, żeśmy w stosunku do Rosji umieli się zdobywać tylko na odruchy, które, jeżeli służyły jakimś celom, to nie naszym.

    Nasza walka z Rosją w XIX stuleciu dała liczne karty poświęcenia i męczeństwa, zrodziła największą poezję patriotyzmu, jaką świat widział, ale w tej walce myśl nasza nie mężniała, nie hartowała się, nie pogłębiała; przeciwnie, wyrodniała i coraz bardziej dziecinniała, nasz stosunek do Rosji stawał się coraz bardziej bezmyślnym i coraz bardziej upokarzającym.

    Gdy po ostatnim, najbardziej już niedorzecznym powstaniu, w którym znów służyliśmy za narzędzie obce, tym razem wprost za narzędzie wrogów, w psychologii narodu rozpoczął się głęboki przełom — nie uczynił on wszakże naszego stosunku do Rosji ani mądrzejszym, ani bardziej godnym narodu samoistnego.

    Jedni, pociągnięci otwierającymi się dla przemysłu i handlu polskiego widokami w Rosji, rzucili hasła wyrzeczenia się wszelkiej polityki, postanowili przestać o niej myśleć. Inni mówili o powstaniach z uroczystą zgrozą po to, żeby zaszczepić społeczeństwu wyrzeczenie się myśli o własnym państwie i przygotować grunt dla całkowitego oddania się obcym państwom na ich usługi. Zaczęli wreszcie ukazywać się inni, najmłodsi, będący pod urokiem Rosji rewolucyjnej i ruchu socjalistycznego, którzy ruszczyli się dobrowolnie, nie tylko pluli na powstania, ale wyrażali pogardę dla całej przeszłości polskiej, dla polskiej twórczości we wszystkich dziedzinach, a wyznawali fanatyczną wiarę w nową Rosję. Ci głosili walkę, ale już nie przeciw Rosji, jeno z Rosją przeciw… caratowi.

    Ma się rozumieć, to były nowe prądy, nie ogarniające całego narodu, tylko niewielką część jego, jak zwykle najruchliwszą, najczynniejszą. Narodowe instynkty i narodowe aspiracje nie zamarły. I nie były one wcale bierne. W nowej, realniejszej atmosferze zaczęła się organizować realna walka w obronie zagrożonej polskości i praca nad pogłębieniem polskości w szerokich masach społeczeństwa. Wiele jednostek, na własną rękę, bez żadnego związku z kimkolwiek, prowadziło tę pracę z wielkim nieraz wysiłkiem i z nie małymi skutkami. Była to walka obronna, nie szukająca dla siebie żadnej formuły politycznej, myślą w dziedzinie politycznej nie pracująca, widząca w Rosji wroga, ale nie próbująca nawet natury tego wroga i jego położenia głębiej zrozumieć.

    W miarę, jak się ta walka organizowała, jak weszły w życie nowe pokolenia z mocniejszymi aspiracjami, rozpoczęło się szukanie dla tych aspiracji wyrazu politycznego. W nowych warunkach wyrosłemu, nowemu typowi ludzi, nie wystarczało już modlenie się do przeszłej i przyszłej Polski w kapliczce: chcieli oni widzieć przed sobą jakąś krótszą czy dłuższą, ale wyraźną drogę do urzeczywistnienia własnego państwa. Żeby wszakże tę drogę zacząć widzieć, trzeba było strasznie dużo się nauczyć, wykonać ogromną pracę myśli.

    Najtrudniejszym ze wszystkiego było wytworzyć zdolność myślenia o Rosji, najtrudniejszym dla całego szeregu przyczyn. Ta zdolność w poprzednich pokoleniach nie istniała. W słabszych umysłach, a tych zawsze jest więcej, istniał rodzaj ortodoksji patriotycznej, wychowanej na tradycji powstań i na poezji romantycznej.

    Każdy – od dziecka, od chwili, kiedy oddano go do szkoły – wchodził w bezpośredni stosunek z Moskalami, niezdrowy, niepozwalający spokojnie, logicznie o nich myśleć. Na tej, że tak powiem, nieprzytomności umysłowej żerowały rozmaite ambicyjki, a później, gdy socjalizm, pod wpływem nowego ruchu narodowego, zaczął ewolucję, w kierunku aspiracji polskich, przywódcy jego rychło spostrzegli, że ta tradycyjna bezmyślność w stosunku do Rosji daje im podstawy wpływu. Stąd odżyły na nowo stare hasła, i znów głośno się, zaczął wypowiadać stosunek do Rosji, pozbawiony wszelkiej podstawy myślowej, bezkrytyczny, operujący pustymi frazesami, broniący się zaciekle przeciw wszelkiej logice, który zaślubiał duchowo rewolucjonistów, biorących od socjalizmu niemieckiego hasła walki przeciw „caratowi”, z histerycznymi starymi pannami, w których oczach wszelka próba politycznego myślenia i działania psuła „czystość” patriotyzmu. Ten stosunek do Rosji, wojujący na każdym kroku frazesem o godności narodowej, był właściwie najbardziej upokarzający, bo przemawia przezeń psychologia zbuntowanych niewolników.

    Ten negatywnie niewolniczy stosunek do dawnego pana przetrwał w wielu duszach nawet po odzyskaniu własnego państwa, kiedy Rosjanie z naszych panów zamienili się w naszych sąsiadów. Jeszcze dziś ludzie, pragnący, żeby ich uważano za poważnych polityków, umieją publicznie się nim popisywać.

    Położenie Rosji i nasz stosunek do niej skomplikowała ogromnie rewolucja rosyjska. Nie nauczywszy się myśleć o Rosji, z tern większą trudnością myślimy o Rosji sowieckiej. Nie zawsze też pamiętamy, że niezależnie od tego, jaką trwałość ma przeznaczoną ustrój sowiecki, sowiecka Rosja jest Rosją, a więc trwałym, nadto pierwszorzędnym czynnikiem zewnętrznego położenia naszego państwa. Jako taka, musi być ona jednym z głównych przedmiotów naszej myśli politycznej: musimy rozumieć jej istotę, jej znaczenie, jej siłę, jej położenie, wreszcie jej politykę, taką, jaka z tych wszystkich warunków wynika. Do tego nie dojdziemy od razu, zwłaszcza wobec stanu myśli o Rosji, jaki stwierdzamy w naszym społeczeństwie.

    Rosja zajmuje myśl moją od bardzo dawna. Chyba żadnemu przedmiotowi naszej polityki nie poświęciłem tyle wysiłków, co sprawie naszego stosunku do Rosji. Bardzo wcześnie doszedłem do przekonania, że tu leży klucz do przyszłości Polski, że pierwszym warunkiem urzeczywistnienia dążeń naszych do odzyskania własnego politycznego bytu jest wiedzieć, co to jest Rosja i przewidzieć w możliwych granicach, jaka jest jej przyszła rola, wiedzieć jakie są nasze w stosunku do niej plany i zamiary. Również wcześnie zacząłem boleśnie odczuwać większe od ucisku rosyjskiego upokorzenie, tkwiące w naszym własnym zachowaniu się, czy to była bierna uległość, czy wyrzekanie się samoistnej przyszłości i oddawanie się państwu rosyjskiemu w wieczystą niewolę, czy też ten stosunek walki, w którym myślącą, co prawda dość licho, stroną była tylko Rosja, coraz bardziej zatracająca dla nas respekt i ucząca się patrzeć na nas z góry.

    Postawiłem sobie za cel stworzyć politykę polską w stosunku do Rosji, nie jakąś doraźną – na drobne, chwilowe korzyści obliczoną, ale politykę, która by zaważyła na historii obu narodów. Tylko taką politykę, opartą na możliwie gruntownym zrozumieniu położenia Rosji i sprawy polskiej, posiadającą ścisły związek logiczny między celem a drogą, którą się do niego wybiera, prowadzoną ze stanowiska państwa polskiego, tego, do którego odzyskania się dąży, uważałem za godną samoistnego, cywilizowanego narodu.

    Szybkie zmiany w położeniu międzynarodowym i w położeniu samej Rosji, zmuszały mię w tej pracy do pośpiechu, nie pozwalały należycie podmurować jej fundamentów, ani dość skutecznie usuwać przeszkód, które jej na drodze stały.

    Były olbrzymie przeszkody w Rosji, były nie mniejsze w Polsce. Rosjanie w dobie przedwojennej, pomimo dużych niepowodzeń w swej polityce, cierpieli mocno na zawrót głowy na punkcie swej potęgi; moich rodaków trudno było skłonić do wysiłku, który nie daje natychmiastowego skutku. Zorganizowano mi niemiecko-żydowsko-polski koncert, który nie umilkał, usiłując zgłuszyć wszelkie moje poczynania. Cierpliwie musiałem wysłuchiwać lekcji, dawanych mi przez rozmaitych głupców: jedni uczyli mię patriotyzmu, drudzy realizmu politycznego.

    Praca moja jednak dała pewne wyniki w umysłach, nie dość głębokie, bo czasu na to nie było. Dała większe wyniki praktyczne w polityce polskiej podczas wielkiej wojny i w jej owocach.
    Nie uważam jej za skończoną. Rosja istnieje dziś, jako nasz sąsiad i to sąsiad najważniejszy, jak to przyszłość niezawodnie pokaże. Pomimo bowiem całego starania, jakie wykazują dziś Niemcy w zaprzątaniu naszej uwagi, zanosi się na to, że ich rola i znaczenie, dziś jeszcze ogromne, stopniowo zmaleje, gdy tymczasem, zdaniem moim, Rosja zbliża się do roli pierwszorzędnej w stosunkach światowych. Naród nasz musi sobie jasno zdawać sprawę z jej położenia i z roli, która jej w świecie przypada, i musi dobrze wiedzieć, do czego sam dąży w stosunku do Rosji. To jest najtrudniejszy dla myśli polskiej, ale na pewno najważniejszy dla przyszłości polskiej dział naszej polityki zewnętrznej.

    Ta dziedzina wymaga wiele pracy, nie tylko ze względu na dotychczasowy stan myśli polskiej, ale także ze względu na to, że na tym terenie krzyżują się najrozmaitsze interesy, nam obce, bądź pozornie przyjazne, bądź wyraźnie wrogie, które usiłują i będą usiłowały wyzyskać nas dla siebie.

    Trzeba przede wszystkim oczyścić nasz grunt umysłowy, uprzątnąć z niego chwasty, które pozostały po dawnych, smutnych czasach, i które dziś wysiewa bądź operujące na bezmyślności ludzkiej kondotierstwo polityczne, bądź obce czynniki, wpływami swymi przenikające do naszego państwa.

    Zagadnienie rosyjskie, niezależnie od ustroju politycznego dzisiejszej Rosji, jest tak doniosłe, że obowiązywałoby do głębszego nad nim myślenia nie tylko nas, bezpośrednich sąsiadów Rosji, ale cały świat naszej cywilizacji. Niestety, dziś zdolność myślenia w tym świecie bardzo osłabła, a niesłychanie trudne zagadnienia dnia bieżącego tę zdolność, która istnieje, całkowicie pochłaniają. Jest to zresztą zagadnienie niesłychanie interesujące nie tylko z punktu widzenia praktycznej polityki, jest to wielkie zagadnienie dziejowe, które nigdy przez historyków Zachodu nie było należycie ocenione.

    Chcę spojrzeć na nie przede wszystkim z tej strony. Będzie z tego podwójna korzyść: przygotuje to myśl czytelnika do zrozumienia dzisiejszego położenia Rosji w świecie, a zarazem, odwiódłszy na chwilę myśl jego od polityki bieżącej, usposobi ją do beznamiętnego, logicznego myślenia o przedmiocie.

    Roman Dmowski
    Źródło: R. Dmowski, „Pisma”, Częstochowa 1937. Tom. VII. ss. 123-129 (fragment pracy „Świat powojenny i Polska” z 1931 r., rozdział „Oczyszczanie gruntu”)

    http://www.mysl-polska.pl/node/316

  36. Emil said

    ad. Mściciel z 27 WDP AK said
    Zamiast „judeochrześcijańska sekta soborowa” należałoby mówić „judeosatanistyczna sekta posoborowa”.

  37. ja się nie zgadzam said

    Ad 11 i wiele innych
    Przytaczanie art. Z GW oraz tak jawne konfliktowanie Polaków poprzez deprecjonowanie innych powoduje, że poziom tej strony daje nura. Przydało by się co niektórym poznać filtry Sokratesa.

  38. Kapsel said

    ad. 37

    Ja też sie nie zgadzam aby wszystko zamiatać pod dywanik i zamiast wyjeżdżać z Sokratesem to lepiej bronic o. Mieczysława Krąpca w bardzxo wielu miejscach uznawanego za trzeciego po Arystotelesie i sw. Tomaszu z Akwiny filozofa na świecie bo ten gagatek i tutaj nie potrafi się zamknąc

    Wielka manipulacja wokół osoby Ojca Mieczysława Alberta Krąpca OP (1)

    Wybitny amerykański filozof Peter A. Redpath stwierdził, iż Ojciec Mieczysław Albert Krąpiec był przez całe życie otoczony przez wrogów intelektualnych i wrogów politycznych. Po śmierci Ojca Krąpca (8 maja 2008 roku) ilość wrogów w stosunku do jego osoby i jego dzieła rośnie, czego dowodem są niedawno opublikowane dwie książki Dariusza Rosiaka.

    Pierwsza – „Człowiek o twardym karku” poświęcona księdzu Romualdowi Jakubowi Wekslerowi-Waszkinelowi i druga – „Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista” – rzecz dotyczy: Edwarda Kotowskiego funkcjonariusza wywiadu PRL, Janusza Krupskiego – dyrektora lubelskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej (zginął w katastrofie smoleńskiej) oraz Ojca Mieczysława Alberta Krąpca, wieloletniego (1970-1983) Rektora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

    Dariusz Rosiak w swojej książce stwierdza, iż Ojciec Krąpiec był agentem SB w PRL-u i jako rektor KUL-u de facto wykonywał polecenia SB. Dla jasności podkreśla, że przed dojściem do urzędu Rektora Ojciec Krąpiec już wiele lat współpracował z SB. Pan Rosiak Ojcem Krąpcem zajął się już wcześniej. Mianowicie w książce o księdzu Romualdzie Jakubie Wekslerze-Waszkinelu. Tutaj próbował na wszystkie możliwe sposoby uczynić z Ojca Krąpca antysemitę. Prym w rzucaniu oszczerstw i pomówień wiódł uczeń Ojca Krąpca właśnie ksiądz R.J. Weksler-Waszkinel, którego postawą i wyczynami zajmiemy się w dalszej części artykułu.

    Oprócz rzekomego antysemityzmu podkreślano, że Ojciec Krąpiec to był taki sobie filozof. Ksiądz prof. dr hab. Alfred Wierzbicki mówi wprost: „Ale potem reputacja naukowa Wydziału Filozofii KUL runęła. Krąpiec i jego ludzie uprawiali coś w rodzaju imperializmu filozoficznego…” [1]. No cóż, mój Boże, Ojciec Krąpiec twórcą „imperializmu filozoficznego”, trudno o bardziej oryginalne stwierdzenie. Jedno jest pewne, tym zdaniem ks. prof. dr hab. A. Wierzbicki zapewnił sobie na stałe miejsce w dziejach głupoty w Polsce.

    Nie udało się zrobić z Ojca Krąpca antysemity, nie ma możliwości zakwestionowania dorobku filozoficznego i naukowego, wobec tego trzeba było uczynić z Ojca Krapca agenta SB.

    http://mysl-polska.pl/node/299

    Ks. dr hab. Wierzbicki z KUL: "Feniks" dla G. Brauna budzi konsternację

    Informacja o przyznaniu Grzegorzowi Braunowi „Feniksa”, prestiżowej nagrody Stowarzyszenia Wydawców Katolickich, w kategorii multimedialnej za film „Eugenika w imię postępu”, budzi konsternację – uważa ks. dr hab. Alfred M. Wierzbicki, profesor KUL. Wystosował on specjalne oświadczenie, w którym przypomina, że nagrodzony film został wykorzystany przez reżysera do wygłoszenia haniebnych oszczerstw i zniesławienia pamięci abp. Józefa Życińskiego. Przeciwko wyróżnieniu G. Brauna zaprotestował też o. Tomasz Dostatni OP, były wiceprezes Stowarzyszenia Wydawców Katolickich.

    http://ekai.pl/diecezje/lubelska/x53909/ks-dr-hab-wierzbicki-z-kul-quot-feniks-quot-dla-g-brauna-budzi-konsternacje/

  39. Kapsel said

    Koniec KUL-u. dr Leszek Pietrzak

    W czasach PRL-u Katolicki Uniwersytet Lubelski był prawdziwą ostoją niezależności wśród polskich uczelni. W przeciwieństwie do nich kształcił w duchu poszanowania tradycji i kościoła. To była swoista marka KUL. Dzisiaj KUL jest uczelnią, która została „zdemolowana” przez pseudointelektualne nurty lewicowe i liberalne. Nie cieszy się już nawet poparciem polskich katolików, którzy coraz rzadziej chcą wysyłać swoje dzieci po naukę w murach tej uczelni. To nie tylko utrata marki, ale początek końca Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

    Tak jak co roku drugiego dnia Świąt Bożego Narodzenia podczas mszy odprawianych w kościołach całej Polski został odczytany list J.E. Rektora KUL ks. prof. Antoniego Dębińskiego. Oprócz wielu mądrych słów zawierających ewangeliczną prawdę dla nam współczesnych była w liście prośba do wiernych o tradycyjne wsparcie dla katolickiego uniwersytetu. Nie było to czymś nowym, bo tak było zawsze w tym dniu świątecznym. Będąc tego dnia w kościele zawsze słuchaliśmy z uwagą listów kolejnych rektorów KUL i zawsze w miarę naszych możliwości wspieraliśmy uniwersytet, dając swój skromny grosz na tacę. To był z naszej strony taki mały szlachetny gest wsparcia dla KUL i tego, jaką odgrywał on rolę w kształceniu Polaków. Jednak w czasie ostatnich świąt nie było już tak, jak zawsze przy tej okazji. Owszem katolicy w całej Polsce i tym razem wsparli KUL, ale dla wielu z nich nie było to już czymś co autentycznie wypływało z ich serca, a jedynie jakimś pobrzmieniem tej świątecznej tradycji. Kolejne „światopoglądowe” skandale z KUL-em w roli głównej odbiły się już mocno w świadomości polskich katolików. Wielu z nich kojarzy dzisiaj katolicki uniwersytet z Lublina, z uczelnią w murach której znalazło się miejsce dla ideologów filozofii Gender, która wywraca chrześcijański świat wartości do góry nogami. W przekonaniu bardzo wielu praktykujących Polaków, coraz częściej pojawia się przekonanie w odniesieniu do KUL, że nie jest to już katolicka uczelnia, jaką chcieliby wspierać i gdzie chcieliby wysłać swoje dzieci po naukę. I jest im nawet przykro, że dzisiejszy KUL ma coraz mniej wspólnego z KUL-em jaki był mocno obecny w ich świadomości przez wiele, wiele lat. Nierzadko też ubolewają , że zło współczesnego świata potrafi dotrzeć nawet do kościoła i miejsc, którym kościół zawsze patronował. Ale te odczucia nie są wcale oderwane od rzeczywistości z jaką mamy dzisiaj do czynienia w murach KUL .

    Arcybiskup zmodernizował KUL

    Tak naprawdę początek erozji KUL-u zaczął się wówczas, gdy na stolcu arcybiskupim w Lublinie, w 1997r. zasiadł świeżo upieczony arcybiskup Józef Życiński. Zgodnie z istniejącym zwyczajem, arcybiskup lubelski (wcześniej biskup lubelski) jest zawsze Wielkim Kanclerzem KUL. Poniekąd był to tytuł honorowy i tak w zasadzie był zawsze traktowany przez tych którzy go sprawowali. Jednak arcybiskup Życiński, bardzo wysoko ceniony w kręgach liberalnych i lewicowych postanowił praktycznie go wykorzystać do „zmodernizowania” KUL-u, który zawsze wydawał mu się zbyt staroświecki i zamknięty na nowe intelektualne prądy. Życiński z roku na rok coraz mocniej ingerował w politykę poszczególnych rektorów KUL. Szybko też stał się osobą, która miała zasadniczy wpływ na kształt ideowy uniwersytetu, jego kadrę i sposób kształcenia w nim. Nie było to specjalnie trudne, z uwagi na jego pozycję i wsparcie mediów, jakim zawsze cieszył się. Po kilkunastu latach „opieki” arcybiskupa nad uczelnią zmieniło się na niej bardzo wiele. Po pierwsze KUL zaczął otwierać swoje mury i dawać glos dla wrogów kościoła i tradycji. Po drugie szła za tym swoista „eksterminacja” naukowców o jednoznacznie chrześcijańskim światopoglądzie i zapełnianie ich miejsca ludźmi, którzy nie skrywali niechęci do Kościoła. I wreszcie po trzecie KUL zaczął zmieniać swój dotychczasowy profil nauczania, „zaśmiecając” go pseudointelektualnymi nowinkami rodem z tzw. „światowej nauki”. O konsekwencjach tego procesu na KUL mogliśmy się w ostatnich latach przekonać wielokrotnie. I tak m.in. wiosną 2013r. szerokim echem w Polsce odbiła się sprawa prodziekana Wydziału Nauk Humanistycznych prof. Zofii Kolbuszowskiej, która podpisała list w obronie Ewy Wójciak – Dyrektor Teatru Ósmego Dnia z Poznania, która wybór nowego papieża Franciszka I skomentowała słowami: „No i wybrali ch…, który donosił wojskowym na lewicujących księży!”.Jak się okazało takie zachowanie Pani Prodziekan nie zakończyło definitywnie jej kariery w KUL. Ale jeszcze większe zdziwienie wielu polskich katolików mogło budzić to, jak taka osoba mogła w ogóle znaleźć się wśród wykładowców katolickiej uczelni. Nie minęło długo, gdy Polskę obiegła kolejna sensacyjna historia z KUL. Oto bowiem w maju 2013r. okazało się, że na KUL postanowiono wzbogacić program nauczania o podstawy filozofii Gender, mającej coraz więcej „wyznawców” także w Polsce. Ta pseudo filozofia uderza w same podstawy filozofii chrześcijańskiej, postulując wprowadzenie zasady, że każdy człowiek powinien mieć możliwość swobodnego wyboru płci. I w tym wypadku reakcja władz KUL była nie tylko bardzo niemrawa, ale przede wszystkim zaskoczyła dość pokrętnym tłumaczeniem władz uczelni, że jest to jedynie jeden ze współczesnych „prądów”, który miał być prezentowany w KUL w ramach tzw. „otwartości naukowej uniwersytetu”. Fakty te nie mogły nie mieć znaczenia dla wizerunku uczelni wśród tysięcy polskich katolików, w których coraz bardziej zaczęła rodzić się niechęć do KUL.

    Marka KUL

    Powstały w 1918r. Katolicki Uniwersytet Lubelski swoją pozycje i renomę ciężko budował przez wiele lat. Po II wojnie światowej, gdy na polskich uniwersytetach zapanował marksizm, KUL był jedyna uczelnią polską, która potrafiła się temu skutecznie oprzeć. Robiła to nawet za cenę wielu administracyjnych represji i prześladowań swoich pracowników. Pozbawiona jakichkolwiek dotacji ze strony państwa musiała zresztą cały czas zdobywać środki na swoje utrzymanie i swój rozwój. Ale mimo to KUL nieugięcie kształcił w duchu chrześcijańskich wartości i poszanowania tradycji. Miał zresztą dla swojej misji nauczania zawsze wsparcie polskiego kościoła. Jego rolę dobrze rozumiał prymas Stefan Wyszyński i papież Jan Paweł II – przez wiele lat wykładowca na KUL. I wcale nie było tak, że KUL był uniwersytetem zamkniętym. Studiowali tutaj zarówno ci, którzy chcieli tu studiować, jak i ci, którzy z racji swoich przekonań, nie mieli szansy na studiowanie na innych polskich uczelniach. Jednak nikt nie kwestionował, ani nie próbował zmieniać katolickiego charakteru uniwersytetu. Właśnie z powodu tego charakteru w czasach PRL mówiło się nawet, że jest jedynym takim uniwersytetem pomiędzy Łabą a Władywostokiem. To była swoista marka KUL. Nikt jej nie kwestionował! Marka ta powodowała również, że KUL był gorąco wspierany przez miliony polskich katolików zarówno w kraju, jak i za granicą. Tu kształcili się bowiem ludzie, którzy mogli w przyszłości swoim potencjałem zasilić Polskę. I tak było do czasu, aż w Lublinie nie pojawił się arcybiskup Józef Życinski – bożyszcze mainstreamowych mediów i prawdziwy „intelektualny kapelan” środowiska „Gazety Wyborczej”, która po roku 1989 przejęła główny ciężar wychowania polskich elit.

    Początek końca

    KUL utracił swoją markę, którą miał przez dziesiątki lat – w czasach przedwojennej Polski, w okresie PRL i długo jeszcze w czasach III RP. Dzisiaj z tej marki nie zostało już prawie nic. KUL nie jest już miejscem, gdzie polscy katolicy chcą wysyłać po naukę swoje dzieci. Ale coraz częściej nie chcą również przekazywać swojego wsparcia dla KUL. I mają ku temu uzasadnione powody. Ale to wszystko sprawia, że uczelnia przechodzi już nie kryzys, ale głęboką zapaść, z której trudno będzie się jej podnieść. Drastyczny spadek liczby studentów, zwolnienia pracowników naukowych, likwidacja kolejnych kierunków studiów to tylko niektóre z chorób, które trawią obecnie KUL. Ale zmarnotrawienie wizerunku i pozycji katolickiej uczelni jest oczywiście największą chorobą, a zarazem śmiertelna chorobą!

    To co stało się z KUL-em w ostatnich kilkunastu latach jest zarazem przykładem tego, jak próby „modernizacji” mogą skończyć się tragicznie. Ale upadek KUL byłby naprawdę ogromną stratą dla Polski i Kościoła.

    http://blogmedia24.pl/node/66076

  40. Emil said

    ad: ja się nie zgadzam
    Masz rację. czytanie a tym bardziej cytowanie GW, to jest przejaw buractwa, a chwalenie się tym na forach, gdzie pisze się nie pod przymusem dowodzi ubóstwa umysłowego.
    Wiem, wiem, jak pracujesz w żydowskiej firmie, to trzeba przyjść czasem do pracy z GW pod pachą. Albo , jak jesteś kierowcą autobusu ZTM w Warszawie to musisz słuchać w czasie jazdy radia Zet, bo z roboty wywalą.
    Ale żeby tak z własnej woli….

  41. z blogów said

    Alekszander Szumański:

    SPRAWA ARCYBISKUPA STANISŁAWA WIELGUSA Z HAŃBĄ „GAZETY POLSKIEJ” W TLE

    Wpływy masonerii w Kościele widać gołym okiem. Ostrzegali przed masonerią wewnątrz Kościoła papieże przed soborem watykańskim II. Potem o tym zaczęto milczeć, zaczęły się natomiast dziać dziwne rzeczy w Kościele: reformy, zmiana nauczania, „załatwianie” niewygodnych. Nasuwa się wyjaśnienie, że i w sprawie abpa Wielgusa masoneria maczała nie tylko wypielęgnowane paluchy, ale i całe wypomadowane szatańską siarką łapy. Nie mogli pozwolić, by Metropolitą warszawskim został człowiek świątobliwy, światły i prawy. Rozumiejący źródła współczesnego kryzysu. Zatem go medialnie posiekali, by nie przeszkadzał w ogłupianiu i prowadzeniu dusz na wieczne potępienie. Udział czynny należał również do żydowskiej loży masońskiej B’nai B’rith.

    AGENCI ŻYDOWSKIEJ LOŻY MASOŃSKIEJ B’nai B’rith

    Organizacja jest zorganizowana na wzór ruchu wolnomularskiego, gdyż składa się z lóż, chociaż nie uważa się za organizację masońską. Na jej czele znajduje się Prezydium Wielkiej Loży B’nai B’rith. Główna siedziba mieści się w Waszyngtonie w Stanach Zjednoczonych.

    Żydowskie Stowarzyszenie B’nai B’rith w Rzeczypospolitej Polskiej (B’nai B’rith – Loża Polin) – międzynarodowa organizacja założona w Polsce 22–23 października 1922 w Krakowie jako XII okręg polski, będąca filią międzynarodowych stowarzyszeń B’nai B’rith.

    Stowarzyszenie powstało na bazie wcześniejszych organizacji działających w Galicji. Pierwszym prezydentem sekcji polskiej został dr Adolf Ader z Krakowa, natomiast wiceprezydentem urodzony w Przemyślu Moses Schorr, wcześniej pełniący funkcję prezydenta XII okręgu Leopolis (Lwów). Do chwili rozwiązania organizacji w roku 1938 przez władze polskie, skupiała kilkuset członków będących przedstawicielami elity intelektualnej ówczesnej Polski.

    B’nai Brit’h została restaurowana ponownie w Polsce 9 września 2007. Obecnie nosi nazwę B’nai B’rith – Loża Polin. Głównymi ojcami odrodzenia tej organizacji w Polsce są Michel Zaki z Antibes oraz Witold Zyss z Paryża.

    Siedziba stowarzyszenia znajduje się w Warszawie, w budynku Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich, przy ulicy Twardej 6.

    Waldemar Łysiak „Zaczęło się” („Do Rzeczy” nr 36/036 30 września – 6 października 2013 ):

    „[…] sternikami modernistycznej frakcji Soboru zostały trzy wpływowe ”szare eminencje” : kardynał Agostino Bea (jezuita, szef soborowego sekretariatu), amerykański jezuita John Murray i arcybiskup Annibale Bugnini ( później ujawniono papiery dowodzące, że wszyscy trzej hierarchowie byli sabotażystami: Bugnini okazał się utajnionym wolnomularzem wysokiego stopnia; Bea – agentem żydowskiej loży masońskiej B’nai B’rith; Murray – kryptokomunistą, którego już papież Pius XII karał za szerzenie lewackich poglądów) […]”.

    PLAN SZATANA

    Szatan wezwał światowy zjazd demonów. W swoim przemówieniu na wstępie powiedział: “Nie możemy zabronić chrześcijanom chodzić do kościoła. Nie możemy zakazać im czytać Biblii. Nie możemy zakazać im komunikować się z Bogiem w modlitwie.

    Kiedy tylko zaczynają się modlić i nawiązują kontakt z Chrystusem – natychmiast tracimy władzę nad nimi. Więc niech chodzą do swoich kościołów, a my ukradniemy u nich – ich czas, tak aby, będąc zawsze zajętym, nie mogli się modlić i pokutować za grzechy i rozwijać swojego związku z Chrystusem.

    Nie będą też mieli czasu na czytanie Biblii. „Oto, co należy zrobić” – powiedział diabeł. – Trzeba zapobiec ich spotkaniom z Bogiem i utrzymać ten stan rzeczy przez cały dzień.

    Jak to zrobić? – zawołały demony. Trzeba wymyślić dużo ciekawostek, próżności i wiele sposobów okupujących ich umysły wszelkiego rodzaju niepotrzebnymi rzeczami. A co najważniejsze trzeba zaszczepić w nich pragnienie dóbr materialnych, chęć wzbogacania się – i służenia dla mamony.

    Niech będą przepojeni pragnieniem, aby zarabiać jak najwięcej ilości pieniędzy, żeby kupić własne samochody, mieszkania, wille. Niech zarabiają więcej i więcej pieniędzy dla chęci pójścia do restauracji i kawiarni, chęci kupowania drogich, modnych ubrań, aby urządzać kosztowne remonty w mieszkaniach i dostarczać tam modne meble i luksusowy wystrój.

    Kuście ich, uczcie wydawać i brać pożyczki – długoterminowe kredyty, a tym samym popadać w zależność – niewolę od banków. A gdy będą zapaleni pragnieniem osobistego wzbogacenia się, pogonią za mamoną – i nie będzie im już wtedy potrzebny Chrystus!

    Przekonajcie ich żony do pozostania dłużej w pracy, a mężczyzn – do pracy 6-7 dni w tygodniu, najlepiej po 10-12 godzin dziennie, żeby nie mieli czasu na zajmowanie się rodziną i wychowaniem dzieci. Nie pozwólcie im spędzać czasu z dziećmi – po to, by ich dzieci włóczyły się od rana do nocy po ulicy i kolegowały i wpadły w złe towarzystwo, przez to przestały się uczyć, zaniedbały szkołę i aby nic z nich dobrego dzięki temu nie wyrosło. Wtedy ich rodziny rozpadną się, oni staną się samotni, a my pomożemy im z żalu upić się i stać się alkoholikami.

    Stymulujcie ich umysły tak, żeby dzięki temu telewizory i komputery w domach pracowały stale, a oni jak najwięcej czasu spędzali oglądając telewizję i ślęcząc przed komputerem, a przez to nie mieli czasu na modlitwę. Upewnijcie się, żeby w każdym sklepie i restauracji na świecie stale brzmiała niechrześcijańska bluźniercza-omamjająca muzyka.

    To będzie blokować ich umysły i niszczyć ich jedność z Chrystusem i przynależność do Niego Rozłóżcie na stole w kawiarni dużo czasopism i gazet. Bombardujcie ich umysły wiadomościami i reklamami 24 godziny na dobę. Niech po drodze uderza w nich morze oślepiających reklam z billboardów.

    Napełnijcie im reklamą skrzynki pocztowe, katalogami do zamówienia towarów dostępnych w Internecie, biuletynami i ofertami bezpłatnych towarów, usług i innych złudzeń. Pokazujcie im, w czasopismach i telewizji szczupłe, wysportowane piękne modelki, żeby mężczyźni uwierzyli, że zewnętrzne piękno jest najważniejsze, a przez to stali się niezadowoleni ze swoich żon.

    Zróbcie tak, żeby ich żony były zbyt zmęczone, aby spełniać swoje małżeńskie obowiązki. Jeśli nie spełnią ich żony tego czego oczekują, to zaczną szukać tego gdzie indziej.

    To doprowadzi szybko do zniszczenia rodzin! Na Boże Narodzenie i Wielkanoc trzeba odwrócić ich uwagę pustotą, dajcie koncerty, filmy w telewizji, aby te święta były spędzone za stołem, z obżarstwem i pijaństwem. Dzięki temu nie nauczą oni dzieci prawdziwej wymowy świąt i ich Bożego znaczenia.

    Niech wracają z urlopu zmęczeni. Zróbcie to tak, żeby też nie mieli czasu wybrać się na łono natury i cieszyć się Bożym stworzeniem. Zamiast tego kuście ich wyjściem do parków rozrywki, na imprezy sportowe, spektakle, koncerty czy do galerii. Tak żeby ich umysł ciągle był zajęty tą pustotą nie przynoszącą nic dobrego i pożytecznego dla zbawienia. Macie czynić pełną izolację ich od Chrystusa! Niech wszyscy chrześcijanie będą wiecznie zajęci, zajęci, zajęci! Zalejcie ich życie tak wieloma pozornie dobrymi rzeczami, żeby nie mieli czasu na zastanowienie nad poszukiwaniem pomocy u Jezusa, a wkrótce będą żyć i pracować, opierając się tylko na sobie, poświęcając swoje zdrowie i rodziny. To działa! To wspaniały plan!

    Diabły chętnie poszły do pracy, zmuszając chrześcijan wszędzie by byli bardziej zajęci i pędzili tu i tam, nie pozostawiając czasu dla Boga, na modlitwę i dla rodziny.

    Czy plan diabła odniósł sukces? Możesz osądzić!! A może i TY zbyt jesteś zajęty!? Warto przeczytać, pomyśleć i przyjrzeć się swojemu życiu.

    DEKLARACJA O STOWARZYSZENIACH MASOŃSKICH

    Quaesitum est

    Zwrócono się z zapytaniem, czy uległa zmianie opinia Kościoła w sprawie stowarzyszeń masońskich, ponieważ w nowym Kodeksie Prawa Kanonicznego (w przeciwieństwie do poprzedniego) zagadnienie nie zostało wprost poruszone.

    Święta Kongregacja Nauki Wiary może odpowiedzieć, że taka okoliczność jest podyktowana kryterium redakcyjnym, co dotyczy także innych stowarzyszeń podobnie nie wspomnianych, ujmowanych w szerszych kategoriach.

    Pozostaje jednak niezmieniona negatywna opinia Kościoła w sprawie stowarzyszeń masońskich, ponieważ ich zasady zawsze były uważane za niezgodne z nauką Kościoła i dlatego przynależność do nich pozostaje zakazana.

    Wierni, którzy należą do stowarzyszeń masońskich, są w stanie grzechu ciężkiego i nie mogą przystępować do Komunii Świętej.

    Nie należy do lokalnego autorytetu eklezjalnego wypowiadanie się o naturze stowarzyszeń masońskich sądem, który implikowałby uchylenie tego, co wyżej ustalono, i to, co jest zawarte w Deklaracji Świętej Kongregacji Nauki Wiary z dnia 17 lutego 1981 r. (AAS 73 [1981] 240-241).

    W czasie audiencji, udzielonej niżej podpisanemu Kardynałowi Prefektowi, Jego Świątobliwość Jan Paweł II zatwierdził niniejszą Deklarację, uchwaloną na zebraniu plenarnym Kongregacji i nakazał jej opublikowanie.

    Rzym, w siedzibie Świętej Kongregacji Nauki Wiary, 26 listopada 1983 r.

    JOSEPH Kard. RATZINGER

    Prefekt Dokumenty, źródła, cytaty: – Ksiądz Sławomir Kostrzewa:

    http://wobroniewiaryitradycji.wordpress.com/2013/04/05/ks-slawomir-kostrzewa-odebrac-dzieciom-niewinnosc-hello-kitty-i-satanizm-oraz-inne/
    (link is external) – http://pl.wikipedia.org/wiki/B%27nai_B%27rit
    (link is external) -http://pl.wikipedia.org/wiki/B%E2%80%99nai_B%E2%80%99rith_%28Polska%29
    (link is external – Waldemar Łysiak „Zaczęło się” („Do Rzeczy” nr 36/036 30 września – 6 października 2013):

    NIEDOSZŁY INGRES DO WARSZAWSKIEJ ARCHIKATEDRY

    Spory po prawej stronie polskiej sceny politycznej nie ustają, a właściwie, trzeba powiedzieć narastają. Takim gigantycznym zarzewiem konfliktu stał się niedoszły ingres do warszawskiej archikatedry, 7 stycznia 2007 roku, abp. Stanisława Wielgusa. Rezygnacja abp. Wielgusa wynikała z faktu pojawienia się w mediach zarzutów o współpracę ze służbami PRL (tzw. sprawa TW Greya). Po ponad sześciu latach ta sprawa powraca do nas bumerangiem.

    Dowody można znaleźć w ostatnich dniach na łamach „Naszego Dziennika”, który bezkompromisowo, zresztą od samego początku, stawał w obronie byłego metropolity warszawskiego. Wczytajmy się uważnie w takie słowa:

    „To był trudny moment w życiu Kościoła: prowokacja polegająca na udaremnieniu arcybiskupiego ingresu uderzyła w samo serce Kościoła, dzieląc wspólnotę wiernych i pasterzy. Po raz pierwszy od czasów stalinowskiego terroru wrogom Kościoła udało się trafić tak celnie. Nie dość, że naruszyli obszar wyłącznej kompetencji Kościoła do decydowania o obsadzie stanowisk kościelnych, że sprowokowali pęknięcia wśród wiernych, to jeszcze próbowali w tę prowokację wciągnąć samego Następcę św. Piotra” („Nasz Dziennik”, nr 173/4712, s. 3).

    Gazeta nie pozostawia wątpliwości, kto był motorem tej prowokacji i cytuje fragmenty listu redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza do Ojca Świętego Benedykta XVI, który został opublikowany na łamach „GP” 4 lipca 2007 roku. Nie da się ukryć, że jesteśmy świadkami otwartego konfliktu, dwóch bardzo bliskich sobie ideologicznie ośrodków medialnych skupionych z jednej strony wokół ojca Tadeusza Rydzyka, a z drugiej wokół szefa „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza. W ten konflikt wmieszał się ostatnio także tygodnik „W Sieci” braci Karnowskich, który opublikował tekst Roberta Mazurka pod znamiennym tytułem „Wielgi wstyd dyrektora”, oskarżający ojca Tadeusza Rydzyka o insynuacje pod adresem Tomasza Sakiewicza.

    Oddajmy jeszcze raz głos „Naszemu Dziennikowi”. Piórem Sebastiana Karczewskiego, 2 sierpnia 2013 roku, zostały zapisane następujące słowa:

    „W sprawie ks. abp. Stanisława Wielgusa mieliśmy do czynienia nie tylko „z niezweryfikowanymi sensacjami medialnymi”, ale i perfidnym kłamstwem, do którego, w złożonych prokuraturze zeznaniach, przyznał się główny oskarżyciel księdza arcybiskupa, czyli Tomasz Sakiewicz”.

    Nie mam najmniejszej wątpliwości, że po tych słowach zarówno Tomasz Sakiewicz, jak i Jacek oraz Michał Karnowscy winny wnikliwie odnieść się do zarzutów i argumentów „Naszego Dziennika”. W przeciwnym razie sprawa abp. Stanisłąwa Wielgusa zatruje na lata, zdezorientowane i często niedoinformowane społeczeństwo. A ten, w istocie, bardzo groźny konflikt pomiędzy środowiskami Klubów Gazety Polskiej i Rodziną Radia Maryja, zostanie ani chybi wykorzystany przez naszych wrogów, na przykład z TVN-u i „GW”. Myślę, że na pytania zadane w „Naszym Dzienniku” przez Sebastiana Karczewskiego: „(…) kto i w jakim celu fałszował daty na znajdującej się w IPN karcie kontrolnej materiałów dotyczących ks. Wielgusa? Kto i w jakim celu dokonywał nadpisów na złożonych w tej sprawie w IPN wnioskach Kościelnej Komisji Historycznej? Z jakich powodów w korespondencji z parlamentarzystami dotyczącej sprawy księdza arcybiskupa Rzecznik Praw Obywatelskich posługiwał się kłamstwem?”, koniecznie trzeba odpowiedzieć. I nie można tej sprawy zbyć lub przemilczeć. „Drugi obieg” polskich mediów („GP”, „W Sieci”, TV „Republika” etc.) nie może biernie przyglądać się temu konfliktowi. W przeciwnym razie ten “drugi obieg” trafi na salony III RP, a stamtąd nie ma już powrotu, bo pozostaje tylko „mainstream”!

    III RP na każdym kroku podkreśla swoje zalety, niemal świętość. Puszy się na tle tej okropnej PRL, wychwala demokrację, wolność słowa, poszanowanie jednostki itp. Tę wiarę ma utrwalać IPN, który został powołany tylko po to, żeby wciskać ludziom do głowy jedno – było strasznie, a teraz jest cacy. Sześć lat temu III RP, z całą swoją siłą i potęgą – zniszczyła jednego z hierarchów Kościoła katolickiego, zmusiła go do czynu bezprecedensowego – rezygnacji z nominacji papieskiej na urząd arcybiskupa warszawskiego. Po dziś dzień pomysłodawcy i wykonawcy tej obrzydliwej operacji wychwalają ją jako wielki triumf „prawdy”.

    ZAMACH NA ARCYBISKUPA. KULISY WIELKIEJ MISTYFIKACJI.

    Ot tamtych niesławnej pamięci dni minęło już ponad sześć lat. Zatarła się ludzka pamięć, wielu nie pamięta o co w ogóle poszło. Wielu pewnie nie chce, żeby o tym przypominać. Dla nich nieprzyjemną niespodzianką jest wydana właśnie książka Sebastiana Karczewskiego, dziennikarza „Naszego Dziennika”, pt. „Zamach na Arcybiskupa. Kulisy wielkiej mistyfikacji”. Przyznam, że kiedy przystępowałam do lektury, nie wiedziałam co mnie czeka. Nie jestem wysokiego zdania o rzetelności dziennikarzy „ND” (vide sprawa katastrofy smoleńskiej czy jednostronne spojrzenie na historię Polski czy stosunki Polski z Rosją), ale z każdą przeczytaną stroną rosło moje zainteresowanie. Sprawę znałam z wydanej wspólnie przez portal konserwatyzm.pl i „Myśl Polską” książki „Media Go ukamienowały. Sprawa arcybiskupa Stanisława Wielgusa” (Warszawa 2007). Lektura pracy Karczewskiego potwierdza w pełni to, co redaktorzy konserwatyzmu.pl i „Myśli Polskiej” pisali sześć lat temu. Nie mieli dostępu do takiej wiedzy, jaką zebrał Karczewski, ale prawie w 100 procentach trafnie odczytali istotę i drugie dno tej sprawy.

    Do jakich nowych materiałów dotarł Karczewski? Po pierwsze, jeszcze raz dokładnie przeanalizował dokumenty IPN dotyczące sprawy abpa Wielgusa. Po drugie, odtworzył szczegółowo ciąg wydarzeń, które doprowadziły do rezygnacji abpa Wielgusa. Po trzecie, ujawnił dokumenty dochodzenia, jakie prowadziła Prokuratura Okręgowa w Warszawie w 2007 roku w związku z podejrzeniem o popełnienie przestępstwa, jakim było sfałszowanie podpisów na dokumentach SB dotyczących Stanisława Wielgusa. Wreszcie autor dotarł do dokumentów kościelnych, które rzucają ponury cień na działalność niektórych hierarchów.

    Jesienią 2007 roku Prokuratura Okręgowa w Warszawie orzekła, że podpisy znajdujące się na dokumentach dotyczących Stanisława Wielgusa („Grey”, „Adam Wysocki”) nie były pisane jego ręką. Tak oto, oprócz tzw. sprawozdania wyjazdu naukowego podpisanego przez Wielgusa, a więc dokumentu rutynowego, który pisali wszyscy wyjeżdżający wtedy za granicę – nie ma tym zestawie dokumentów ani jednego przezeń podpisanego. Nie ma kluczowych w takich sprawach – zobowiązania do współpracy i meldunków. Są jedynie notatki oficerów SB, w dodatku – jak ustalił autor – nie wiadomo czy naprawdę dotyczących Stanisława Wielgusa. Nie ma też oryginałów dokumentów, tylko kopie, nieraz trzecie. Zeznający przez Prokuraturą żyjący oficerowie SB zajmujący się rozpracowaniem Stanisława Wielgusa potwierdzili jego wersję wydarzeń. Zaprzeczyli by były im wiadome kryptonimy „Grey” czy „Adam Wysocki”. Potwierdzili także, że Stanisław Wielgus niczego w ich obecności nie podpisywał.

    W świetle obowiązujących procedur lustracyjnych materiał „obciążający” Stanisława Wielgusa nie mógł być w żadnym wypadku podstawą do wysunięcia zarzutu świadomej współpracy z SB. Mimo to stał się on „koronnym” dowodem na „winę” Arcybiskupa. Pomijamy w tym momencie fakt, że zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem i Konkordatem – nie ma możliwości lustracji duchownych. To co się działo na przełomie 2006 i 2007 roku było więc, z tego punktu widzenia, bezprawiem i zwyczajnym linczem. Jak w takim razie było możliwe, że „naukowe autorytety” z tytułami profesorskimi potwierdzały, że materiał „bezspornie” dowodzi świadomej współpracy Stanisława Wielgusa z SB? Zacytujmy fragment tekstu Karczewskiego odnoszący się do kwestii oceny dokumentów z IPN:

    „Jeśli nawet sporządzony przez funkcjonariusza SB dokument uznamy za autentyczny, nie znaczy to wcale, iż jest on wiarygodny. „Często bywa tak, że dokument jest autentyczny, ale informacje w nim zawarte nie są prawdziwe” – przekonywał nie kto inny tylko prof. Andrzej Paczkowski na łamach tygodnika „Wprost”. „Nie ma najmniejszych wątpliwości, że w aktach bezpieki roi się od najrozmaitszych przekłamań czy wręcz fałszywych informacji” – twierdzi Antoni Dudek, politolog i historyk, były pracownik IPN.

    Czy nie jest rzeczą zastanawiającą, że oskarżając Arcybiskupa o współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa, nie tylko dziennikarze, ale nawet historycy ze stopniami naukowymi nagle zaczęli wyrażać pełne zaufanie do sporządzonych przez funkcjonariuszy służb specjalnych PRL notatek? Przekonując opinię publiczną, iż materiały te dokumentują wydarzenia, które faktycznie miały miejsce, gdyż rzekomo „bezpieka nie oszukiwała samej siebie”, tezę tę przedstawiali niczym dogmat, w który wszyscy powinni uwierzyć. Tak, jakby nigdy nie słyszeli o zapisywaniu w esbeckich aktach informacji nieprawdziwych czy fikcyjnych rejestracjach… Już powyższa analiza materiałów dotyczących ks. Wielgusa dowodzi, że zawierają one ewidentnie przekłamania. Owszem, nie jest prawdą, że funkcjonariusze SB nagminnie fałszowali dokumentację operacyjną. Lecz nie jest prawdziwym również twierdzenie, iż wszystko, co jest zapisane w esbeckich papierach, nie wymagająca weryfikacji prawda. Każdy, kto posiada orientację w materiałach SB wie, że jej funkcjonariusze często wpisywali do akt informacje nieprawdziwe, świadomie dokonując „konfabulacji” w raportach czy doniesieniach”.

    Święta prawda, choć w tym miejscu należy wytknąć i „Naszemu Dziennikowi”, że często dawał i daje wiarę tym aktom, ale kiedy dotyczą kogoś z innego obozu. To zresztą jest praktyka powszechna – jeśli ujawnia się „papiery” na kogoś „od nich”, to są one całkowicie wiarygodne, jeśli na „naszych”, to są to fałszywki. Tocząca się obecnie dyskusja na temat rtm. Witolda Pileckiego jest tego dowodem. Ci sami historycy z IPN, którzy przekonują, że UB nie fałszowała dokumentów wewnętrznych, w sprawie Pileckiego twierdzą wręcz coś odwrotnego. Niestety, takie uprawianie badań historycznych jest karykaturą rzetelności.

    Wracajmy jednak do tematu. Przyznam, że największe wrażenie wywołują fragmenty książki dotyczące postawy Kościoła katolickiego w Polsce. Wiedziano coś niecoś o pokrętnej, pełnej dwulicowości postawie ówczesnego nuncjusza papieskiego, abpa Józefa Kowalczyka, nota bene hierarchy budzącego od wielu lat tzw. mieszane uczucia, ale ujawnione fakty są szokujące. Autor pisze:

    „Skoro w sprawę dokonanej przez Benedykta XVI nominacji zaangażowały się instytucje państwowe, jak Kancelaria Prezydenta RP i Rzecznik Praw Obywatelskich, obowiązkiem nuncjusza był sprzeciw wobec naruszenia umowy konkordatowej między Polską a Stolicą Apostolską, obrona papieskiej nominacji i wskazanie Prezydentowi RP, iż próba jakiejkolwiek ingerencji w decyzję Ojca Świętego stanowi ewidentne nadużycie. Jakiekolwiek „układanie” się z władzą świecką w celu wymuszenia rezygnacji Arcybiskupa odczytać można nie tylko jako brak posłuszeństwa woli Benedykta XVI, ale i krok w kierunku rozbicia jedności Kościoła katolickiego w Polsce.

    Jako nuncjusz apostolski abp Józef Kowalczyk nie tylko w żaden sposób nie stanął w obronie papieskiej nominacji abp. Stanisława Wielgusa. Swoimi działaniami w pewien sposób sam przyczynił się nie tylko do zniszczenia jego dobrego imienia, ale i „udaremnienia” jego ingresu. Oprócz wspomnianego wcześniej „układu” z władzami, przemawiać za tym może jeszcze kilka faktów. Otóż, nie kto inny, tylko abp Józef Kowalczyk był inicjatorem rozpowszechnienia „Odezwy arcybiskupa metropolity warszawskiego” w przeddzień ingresu sformułowanej tak, by nowy metropolita warszawski oskarżał samego siebie o czyny, których nigdy nie popełnił. To nuncjusz apostolski przedłożył abp. Stanisławowi Wielgusowi do podpisu tekst przygotowanej przez siebie rezygnacji, w której zamieścił stwierdzenia nie odpowiadające prawdzie. Wreszcie, 7 stycznia 2007 roku wydał komunikat, którym – maskując prawdę – dezinformował opinię publiczną. Jak się okazało nie po raz ostatni w tej sprawie”.

    Autor idzie dalej – uważa, że na szczytach hierarchii związał się swego rodzaju spisek, mający na celu nie dopuszczenie abpa Wielgusa na fotel metropolity warszawskiego. Wymienia trzech czołowych jego uczestników – abpa Józefa Kowalczyka, bpa Piotra Liberę, sekretarza Episkopatu Polski i kard. Stanisława Dziwisza. Wybuch „sprawy” Wielgusa był im na rękę i postanowili z tego skorzystać. Zamiast bronić atakowanego hierarchy, zgodnie ze stanowiskiem Benedykta XVI, cały wysiłek włożyli w zmuszenie go do złożenia urzędu. Temu służyła opinia Kościelnej Komisji Historycznej, która wydała komunikat obciążający abpa Wielgusa, temu służyły tendencyjne informacje podawane przez Katolicką Agencję Informacyjną, temu służyły publiczne wypowiedzi abpa Kowalczyka. Np. na stronie internetowej Katolickiej Agencji Informacyjnej 12 stycznia 2007 roku pojawiła się taka informacja: „Nuncjusz Apostolski w Polsce, arcybiskup Józef Kowalczyk w wywiadzie dla KAI przyznaje, że abp Stanisław Wielgus zataił przed Ojcem Świętym fakt swej współpracy ze służbą bezpieczeństwa PRL”. Była to informacja fałszywa, nie mająca podstaw. Manipulowanie Papieżem było jedną z metod „wykończenia” ofiary. Są to fakty zdumiewające, kompromitujące.

    Ale to nie wszystko. Już po rezygnacji abpa Stanisława Wielgusa Episkopat Polski opublikował List, w którym potwierdził zarzuty mu stawiane. Okazało się jednak, że kilkunastu biskupów zgłosiło votum separatum. Był wśród nich legendarny abp Kazimierz Majdański, więzień niemieckich obozów koncentracyjnych. Oto najistotniejszy fragment:

    „Swoje votum separatum uzasadniam trojako:

    1) List Episkopatu z 12 I br. jest mało ludzki. Kto jest prawdziwymi człowiekiem, nie oskarża innego człowieka, już aż nadto skrzywdzonego. Chodzi przy tym o wybitnego Biskupa polskiego, Ks. Arcybiskupa Stanisława Wielgusa.

    2) List Episkopatu odnosi się do czynu wykonanego pozornie, już dawno i nieważnego, ponieważ dokonanego pod przymusem. Nawet przysięga małżeńska złożona pod przymusem jest nieważna, i to wszyscy w Kościele wiedzą i mają obowiązek wiedzieć.

    3) Treść listu z 12 stycznia br. jest mało chrześcijańska. Chrześcijaństwo to przebaczenie. Uczy tego przebaczenia Ewangelia na wielu miejscach, także wobec jawnogrzesznicy, a potem wobec Piotra i na Krzyżuj „Przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23, 34).

    4) List sprzeciwia się najwyższemu przykazaniu Bożemu: „Będziesz miłował”. Chodzi nie tylko o Boga, ale także o człowieka. Jest to przykazanie najwyższe.

    Zajął właściwe stanowisko Prymas Polski i został zlekceważony zarówno na terenie Episkopatu, jak i na terenie telewizji publicznej. Przewodniczący Episkopatu jest proszony, by to naprawił”.

    Lincz na arcybiskupie Wielgusie był organizowany w trójkącie: „Gazeta Polska” – Kancelaria Prezydenta Lecha Kaczyńskiego – IPN. Potem dołączyły praktycznie wszystkie media, Rzecznik Praw Obywatelskich i część Episkopatu. Autor zastanawia się nad rolą „podpalacza”, czyli „Gazety Polskiej”. Ustalił kto przekazywał tej gazecie dokumenty z IPN. Był nim Marek Wichrowski ze Stowarzyszenia Wolnego Słowa (sic!). Wcześniej to w tym środowisku naradzano się nad tym, jak uderzyć w hierarchę. Wichrowski wypożyczył akta z pełną premedytacją, mówiąc w Prokuraturze: „W momencie, kiedy składałem wniosek do IPN miałem zamiar przekazać uzyskane dokumenty znajomym historykom i „Gazecie Polskiej”. 3 stycznia 2007 roku Marek Wichrowski odwiedził siedzibę IPN w Warszawie, by odebrać decyzję Prezesa IPN o udostępnieniu materiałów i złożyć wniosek o wykonanie ich papierowych kopii. Otrzymał je następnego dnia. „Po odebraniu tych dokumentów z IPN umówiłem się z Sakiewiczem, Krzyśkiem Markuszewskim. Spotkałem się z nimi tego samego dnia. Spotkałem się z nimi w siedzibie „Gazety Polskiej”. Sakiewicz skopiował te dokumenty. Ja wyraziłem na to zgodę” – stwierdził prof. Wichrowski. Po południu materiały pojawiły się na stronie internetowej tygodnika…

    Komentarz Karczewskiego jest następujący: „Opublikowanie przez „Gazetę Polską” kopii dokumentów, znajdujących się Karcie Kieszeniowej Jacket nr 7207, należy uznać za przestępstwo określone w art. 49 ust. 1 ustawy o ochronie danych osobowych – stwierdziła Prokuratura Okręgowa w Warszawie. Jak czytamy w uzasadnieniu decyzji prokuratury, redaktor naczelny tygodnika – Tomasz Sakiewicz, „ponoszący odpowiedzialność za publikowane informacje, nie był osobą uprawnioną do publikacji tych danych, nie uzyskał bowiem zezwolenia od osób zainteresowanych, zgodnie z wymogami prawa prasowego”. Analizując materiał dowodowy w tej sprawie prokurator Katarzyna Jakacka uznała, że zarówno zachowanie redaktora „Gazety Polskiej”, jak i Marka Wichrowskiego „wyczerpało ustawowe znamiona czynu zabronionego określonego w art. 49 ustawy o ochronie danych osobowych”. 28 sierpnia 2008 roku umorzyła jednak postępowanie w tej sprawie ze względu „znikomą społeczną szkodliwość czynu”.

    Znikoma społeczna szkodliwość czynu”! Złamanie prawa, rozpętanie afery na cały kraj, zniszczenie człowieka – to „znikoma szkodliwość”! I jak tu się dziwić powtarzającym się faktom gangsterstwa dziennikarskiego? Skoro coś takiego jest „znikomo szkodliwe”, to co mówić o innych sprawach tego typu? Zastanawiając się nad odpowiedzią na pytanie o motywy postępowania „Gazety Polskiej” w tej sprawie Jan Engelgard pisał sześć lat temu: „Redaktorom GP nigdy nie podobało się, że ośrodki katolickie skupione wokół idei Prymasa Wyszyńskiego ostrzegają przed działaniem masonerii. W głośnym, wymierzonym w Radio Maryja, artykule Elizy Michalik i Pawła Lisiewicza z 2002 roku zdawano dramatyczne pytanie – antykomunizm czy walka z masonerią? Nerwowo reagował na ataki na masonerię poprzedni redaktor naczelny GP Piotr Wierzbicki. Uważał to za aberrację. Pada tu cień Loży „Kopernik” założonej w Paryżu i skupiającej tzw. patriotów-masonów (jej członkiem był (jest) lustrator totalny, b. szef TVP, Bronisław Wildstein – patrz Ludwik Hass, „Wolnomularze polscy w kraju i na świecie 1821-1999 – słownik biograficzny”, Warszawa 1999). Atakujący Radio Maryja sugerowali, nieprawdziwie, że trzon publicystów Radia to byli działacze „reżimowych organizacji katolickich” (PAX, PZKS, ChSS), a w ogóle to nie wiadomo, kto za Radiem stoi – tu pojawiał się często zarzut, że nadajniki Radia są na Uralu – to zaś wystarczało obsesjonatom do stwierdzenia, że za wszystkim stoją… rosyjskie służby specjalne. Nienawiść do Radia Maryja sprawiła, że redaktorom „Gazety Polskiej” łatwo przyszła decyzja o bezprecedensowej akcji przeciwko duchownemu z Radiem związanym. Od lat „GP” twierdzi, że walczy o oblicze polskiego patriotyzmu i katolicyzmu – a wrogiem nr 1 jest Radio Maryja. Zrobiono więc wszystko, by „człowieka Radia Maryja” na stolicę arcybiskupią nie dopuścić”.

    I dodawał: „Dla lustratorów casus abpa Wielgusa to kamień węgielny IV RP. Uczyniono z tej sprawy coś na kształt punktu zwrotnego, to że przy okazji naruszono Konkordat, sponiewierano hierarchę i cały Kościół, ośmieszono Polskę na całym świecie, dano pożywkę największym wrogom katolicyzmu – nie ma znaczenia, najważniejsze, że „lustracji nie można już powstrzymać” (J. Engelgard, „Dlaczego atak wykonała „Gazeta Polska”?, „Myśl Polska”, 28 stycznia 2007 r.).

    Nie jest dziełem przypadku, że „Gazeta Polska”, uznawana oficjalnie przez mainstream za „oszołomską”, tak naprawdę cieszyła wtedy się jego cichym poparciem. W przypadku prezydenta Lecha Kaczyńskiego nawet nie cichym. Po słynnej nocnej naradzie u prezydenta z 6 na 7 stycznia 2007 roku, na której wspólnie z abpem Kowalczykiem i bpem Liberą uzgodniono, że nie dojdzie do ingresu abpa Wielgusa – pan prezydent natychmiast zadzwonił z „radosną” wieścią do red. Tomasza Sakiewicza. Plan się powiódł. Kropką nad „i” były oklaski Lecha Kaczyńskiego w katedrze warszawskiej po ogłoszeniu rezygnacji abpa Wielgusa. Po czymś tak niesłychanym polityk taki powinien być przez Kościół potępiony, a jak się to skończyło wiemy. W ogóle z Lechem Kaczyńskim autor książki miał problem – wszak „Nasz Dziennik” i Radio Maryja uprawiają obecnie jego kult. Dlatego jego rola w spisku nie jest zbyt eksponowana a ostrze ataku skierowane jest gdzie indziej. Tymczasem rola Lecha Kaczyńskiego była w tych wydarzeniach znacznie większa, kto wie, czy nie kluczowa.

    Jak pisałam na początku, nikt teraz nie wraca do sprawy Wielgusa. Ale zostały teksty, wypowiedzi i oceny. Autor przytacza obszerne fragmenty ziejących jadem i nienawiścią artykułów takich tuzów dziennikarstwa, jak Tomasz Sakiewicz, Katarzyna Hejke, Robert Krasowski, Piotr Semka, Zbigniew Nosowski, Tomasz Terlikowski, czy Paweł Milcarek. Przytacza wyjątkowo podłe opinie Jarosława Gowina, czy obłudne wypowiedzi historyków – prof. Andrzeja Paczkowskiego i dr. Antoniego Dudka. Budzą one dzisiaj, po ujawnieniu prawdy, wyjątkowo odrażające wrażenie. Nie ma co liczyć, żeby ktoś z wymienionych przeprosił za to, co zrobił. Paradoks polega na tym, że w tym czasie publicznie bronili abpa Stanisława Wielgusa tylko Prymas Polski Józef Glemp i gen. Gromosław Czempiński (pomijam oczywiście wymienione już konserwatyzm.pl, „Myśl Polską”, Radio Maryja i „Nasz Dziennik”).

    Książkę Karczewskiego powinien przeczytać każdy, gdyż wbrew tytułowi, nie jest ona tylko opisem jednego, skandalicznego zdarzenia. To książka o mechanizmach funkcjonowania III RP. To książka o tym, jak w „demokracji” prawo i prawda mogą nie mieć żadnego znaczenia, jak instytucje powołane do obrony godności człowieka w chwili próby idą na pasku dominującej tendencji politycznej. Abp Stanisław Wielgus musiał przegrać, bo miał przeciwko sobie media, Prezydenta RP, IPN, przeróżne „komisje historyczne”, a nawet część hierarchii kościelnej. Zdruzgotaną ofiarę zmuszono do rezygnacji nie tylko z funkcji, ale i z procesu lustracyjnego, którego chciał (IPN celowo przedłużał przekazanie do sądu dokumentów). Proces ujawniłby mechanizmy kłamstwa i bezprawia. Dlatego abpa Wielgusa wezwał do siebie Przewodniczący Episkopatu i „zaproponował” mu opuszczenie Warszawy. Nie ma człowieka, nie ma sprawy. Milczenie wokół książki Karczewskiego pokazuje, że ta strategia jest nadal realizowana.

    Magdalena Braun

    Książka jest dostępna na stronie Fundacji Servire Veritati:

    /http://wydawnictwo.ien.pl/product_info.php?products_id=4391&osCsid=66c1790722c6915a27767aff7c52979e/

    /http://www.polishclub.org/2015/01/31/alekszander-szumanski-sprawa-abp-stanislawa-wielgusa-z-hanba-gazety-polskiej-w-tle//

  42. Kapsel said

    ad. 37 i 40

    Aj waj , giewałt, giewałt ! Na Wirtualnej Poloni zapodaje się nie koszer wiadomości.

    Publicznie i jawnie na oczach całego Narodu pluje sie i dyskredytuje jedne z dwóch największych autorytetów które są Symbolami KUL- u , jego Polskości. Wiary i Tradycji a tu tacy obaj cwaj pi**dolą mi o Sokratesie i nie pozwalają na słowa prawdy ze stosowania z takiego płodozmianu ! Ks. abp. S. Wielgus (iw latach 1989–1998) o. M.A. Krąpiec (w latach 970-1983 ) to byli Rektorzy KUL !

    I kto do tego przyklada rękę ?

    Jak już sobie poczytaliście , to dalej zapalajcie w podskokach do mykwy , na co czekacie !

    *****

    Protest przeciwko nadaniu Prezydentowi Juszczence doktoratu h.c. KUL, Lublin 30.06.09r.

    Opublikowany 6 paź 2012
    1 VII 2012 r. w Lublinie. Pikieta środowisk kresowych zorganizowana przez Zdzisława Koguciuka – reprezentanta rodzin wołyńskich z Lublina. Protest odbył się w związku z trzecią rocznicą nadania doktoratu honoris causa KUL Wiktorowi Juszczence

  43. z sieci said

    W sieci stoi napisane, że te filtry to podsunął Sokratesowi Platon, któren potrzebował mieć komfort sypiając z panią Sokratesową.

  44. Kapsel said

    To niszczenie autorytetu o. prof. Alberta M. Krąpca

    Oświadczenie Zarządu Polskiego Towarzystwa Tomasza z Akwinu:

    (…..)

    Trudno więc nie postawić pytania, komu zależy na tym, aby po sześciu latach po śmierci dokonywać tego typu deprecjacji pracy Ojca Krąpca i kalać Jego dobre imię, skoro materiały wytworzone przez służby SB były cały czas dostępne i można było za Jego życia podjąć próbę wyjaśnienia tych kwestii, jeśli ktoś był rzeczywiście zainteresowany wyjaśnieniem. Natomiast to, co widzimy, to zaplanowany atak na autorytet Ojca Krąpca, który ciągle oddziałuje na społeczeństwo polskie, a także i na polskie i zagraniczne ośrodki filozoficzne. Narzuca się pytanie: Po co? Na czyje zamówienie? Cui bono?

    Zarząd Polskiego Towarzystwa Tomasza z Akwinu

    Oraz współpracownicy i uczniowie Ojca prof. M. Krąpca z Zakładu Metafizyki KUL Ks. prof. Andrzej Maryniarczyk, S. prof. Zofia Zdybicka, prof. Piotr Jaroszyński, prof. Henryk Kiereś, prof. Włodzimierz Dłubacz, prof. Krzysztof Wroczyński

    http://naszdziennik.pl/polska-kraj/75798,to-niszczenie-autorytetu-o-prof-alberta-m-krapca.html

  45. Kapsel said

    Na ręce Syna Narodu Polskiego

    Powszechna Encyklopedia Filozofii została zadedykowana Narodowi Polskiemu na ręce Jego Największego Syna Ojca Świętego Jana Pawła II. Zapytany o pomysł tej dedykacji o. Krąpiec – inicjator całego przedsięwzięcia – odpowiedział, że „Zawirowania we współczesnej kulturze pochodzą z pewnych ujęć zdeformowanej filozofii, które były przedmiotem częstych rozmów z Ojcem Świętym, jeszcze wtedy, gdy był na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim naszym profesorem, a także wtedy gdy był już papieżem. Mówiliśmy wówczas, że współczesna kultura musi nawiązywać do podstawowych rozwiązań filozoficznych, które w społeczeństwie o kulturze chrześcijańskiej były u samego niemal początku. Z tych podstawowych rozwiązań każdy naród czerpie siłę dla swego rozwoju. Z tej racji postanowiliśmy Encyklopedię zadedykować właśnie Narodowi Polskiemu na ręce Ojca Świętego Jana Pawła II. Narodowi Polskiemu, z uwagi na to, że jest narodem o starej kulturze, która jednak nie zdobyła się, jak do tej pory, na ukazanie podstaw filozoficznych tej kultury. W średniowieczu, w czasach renesansu niewątpliwie byliśmy włączeni w ogólny nurt kultury, jednak po kartezjanizmie, po filozofii podmiotu rozwój filozofii poszedł w innym kierunku, w kierunku subiektywizmu, i to subiektywizmu na wielu płaszczyznach – na płaszczyźnie racjonalnej, emocjonalnej, uczuciowej. Konieczne było zatem zaprezentowanie klasycznych filozoficznych rozwiązań, które pojawiły się w historii, by lepiej rozumieć to, co dzieje się w kulturze (nauce, etyce, religii i sztuce). Powszechna Encyklopedia Filozofii jest zatem inna aniżeli encyklopedie współczesne pojawiające się w Europie, jest bowiem encyklopedią problemową to znaczy chce wskazywać na realne problemy i ich rozwiązania”.

    To pierwsza w dziejach tysiącletniej historii polskiej kultury dziesięciotomowa Powszechna Encyklopedia Filozofii.

    http://www.ptta.pl/pef/index.php?id=pef_rzym_pef&lang=pl

    Internetowa wersja Encyklopedii:

    http://www.ptta.pl/pef/

  46. aga said

    Moi Rodacy ? stają sie pod wpływem propagandy sowieckiej jak żydzi, którzy tylko o holokauście sprzed 70 lat.

    Oczywiście,że pomordowanym należy się Pamięc i związana z tym walka o Prawdę histor.ale na miły Bóg, dzisiaj, na naszych oczach tez giną ludzie, kobiety, dzieci i staruszki z rąk sowieckiego potwora.czyli Rosji Putina.
    Ocknijcię się ,bo to wsytd i hańba , szczególnie dla katolika czyli Ucznia Chrystusa!I Kapsel się ma za katolika a obojętny wobec obrażania Głowy KK!
    Zadzwońcie sobie do Arcybiskupa S. Wielgusa co On na takie od Złego pochodzące zaśmiecanie notki w temacie jego książki jak poganin Mściciel- sowiecki wichrzyciel czy nowy nick- stary przybłakaniec Emil.robią.
    Albo posłuchajcie sobie jego wykładu ad.18. o wybaczeniu.
    Oczywiści wszyscy poza wzmiankowanym opętańcem Mścicelem et consort.

  47. aga said

    A Kapslowi to radzę oderwać się od prorosyjskich źródeł jakim są kresy pl czy też mysl-olska i może poczytać w oryginale R.Dmowskiego coby się nie kompromitował.
    Najbardziej biegli w dezinformacji i manipulacjach to dzieci lenina/putina są..Którzy nam tutaj usiłują „recepty” sprzed 100 lat podsuwać!

    Roman Dmowski ,może i między innymi z tego powodu, w rankingu państw ,które darzył najwyższym szacunkiem, Rosje umieścił na ostatniej pozycji.
    Taktycznie Wiek temu optował za związaniem się z Rosją przeciwko Niemcom ,ale to było Wiek temu, jakby ktos usiłował nie zauważyć wiele się zmieniło, Niemcy przegrały wojne i co roku za nia przepraszają, teraz ustami Angeli Merkel! Rosja natomiast z Armii Czerwonej Barbarii ukuła wyzwolicieli miast okpantów i bohatyr-anów.
    Trzeba pamiętać jednak,że pisał swoje ksiązki w latach 30-ych ksiązki nie mając ,bo nikt nie miał pełnej wiedzy co do Rosji bolszewickiej;
    jednak nawet wcześniejszą Rosją carską pogardzał, czego świadectwo daje Pani Izabella Wolikowska w swoich wspomnieniach.Jak i jego wcześniejsi biografowie.

  48. aga said

    A co się nie spodoba Mścicelom , Kapslom i Emilom , którzy nie znają twórczości Dmowskiego, jedynie manipulacyjne opracowania jak myls-olska wyjątkowo nie spoodba to w jego wspomnianym powyżej rankingu wysoko stali zarówno Niemcy pod wzgledem organizacji państwa jak i żydzi ze względu na swoją plemienna organizację i solidarność…

    A oto co pisał ten z którego michnikowszczyzna dzięki takim w/w manipulatorom robi potwora:

    „Kiedy Niemiec np. polszczy się, wchodzi on do społeczeństwa polskiego bez żadnych zastrzeżeń, nie stawia mu żadnych warunków, zapomina o tem, że w żyłach jego niemiecka krew płynie i w walce z niemczyzną, gdy życie go w odpowiednich warunkach stawia, nigdy gorzej się nie zachowuje od rodowitych Polaków. Czy mamy tego samego wymagać od polszczących się żydów?…

    Przedewszystkiem trzeba sprawę tak stawiać, że od nikogo niczego nie wymagamy. Brać trzeba ludzi takimi, jakimi są, i odpowiednio do tego traktować. Jeżeli spotykamy człowieka pochodzenia żydowskiego, który łączy się z polskością bezwzględnie, uznając za swoje wszystko, co w niej jest dobrego i złego, który bronić chce wszystkiego, czego my bronimy, walczyć ze wszystkiem, z czem walczymy, który nie zawaha się nawet przeciw żydom pójść, gdy to dla dobra polskości będzie potrzebne, to takiego człowieka musimy uznać, naturalnie, za Polaka. Analizować krwi nikt mu nie ma prawa i potrzeby!

    Polakiem (mowa o inteligentnych, świadomych narodowo ludziach) jest każdy, kto mówi po polsku i łączy się ze społeczeństwem polskiem we wszelkich dążeniach, mających na celu dobro narodu, gotów dzielić wszelkie jego, złe czy dobre, losy.

    Ogół wszakże inteligencyi polsko-żydowskiej u nas pod tę miarę nie podchodzi. Nasi żydzi uznają się przeważnie za Polaków, ale tylko o tyle, o ile polskość nie oznacza tego lub owego, nie zobowiązuje do obrony czegoś, co im jest wstrętne, do walki z czemś, co im nie przestało być drogiem. Znaleźć inteligentnego żyda polskiego, któregoby interesowała np. obrona katolicyzmu przed zamachami rządu lub któryby uznał potrzebę walki z wyzyskiem naszego ludu przez handlarzy żydowskich, jest niezmiernie trudno. Jeszcze trudniejsza jest sprawa, gdy idzie nie o obronę, ale o zdobycze narodowe. Dziwić się temu trudno. Rasa żydowska ma zbyt wyraźną, zbyt odrębną od naszej fizyognomię psychiczną, ażeby jednostce, do niej należącej, łatwo było ze swoimi zerwać i przejść bezwzględnie na naszą stronę, Tem trudniejsze to jest przy wielkiej liczbie żydów w naszym kraju, sprawiającej, że żyd spolszczony nie przestaje być wystawionym na ciągłą styczność ze swymi współplemieńcami, którzy żydami pozostali. Nie można tedy brać żydowi za złe, że pozostaje żydem, ale można i trzeba pamiętać o tem, że nie jest on Polakiem, tylko żydem polskim.

    To stanowi właśnie jądro naszej kwestyi”

    (W naszym obozie, V, s. 282-283).

  49. aga said

    I jeszcze coś o faryzeuszach Mscicelach, Kapslach, Emilach ,ktorzy owszem bardzo nienawidzą faryzeuszy ale tych sprzed 2000 lat nie widząc podobieństw między sobą a nimi…
    Bo kto jest bierny w obliczu ataku na papieża, popirea go, jakby Kapsel nie wiedział…

    Ks. Łukasz Kachnowicz: Krytycy Franciszka postępują jak faryzeusze. Stoją i szemrają

    Zdaje się, że niektórzy katolicy ubzdurali sobie, że mają misję chronić Kościół przed papieżem. A może chronią tylko swoje schematy myślenia, za które wykracza Franciszek? Tylko, żeby się nie okazało, że chcą też chronić Kościół przed Jezusem i Jego Ewangelią?

    Ks. Łukasz Kachnowicz: Nie rozumiem tego czepiania się Franciszka. Papież mówi o odpowiedzialnym rodzicielstwie – larum, bo na pewno media wykorzystają to, do walki z rodziną. Papież przyjmuje u siebie transseksualistę – larum, że media i środowiska LGBT zrobią z tego użytek. I wracający jak refren: Papież powinien przewidywać, że media podchwycą, przeinaczą…
    Ale zaraz, zaraz. Od kiedy papież ma ustawiać swoją posługę pod media? Tak to nic, tylko zamknąć się w Watykanie i czasami pomachać przez okno. Bo tak na dobrą sprawę, to wszystko może być przeinaczone, nadinterpretowane…
    Chciałbym zauważyć, że tym, którego źle rozumiano i interpretowano był sam Jezus. Przyszedł na świat jako człowiek, co wielu źle zinterpretowało, że w takim razie nie może być Bogiem. Mieszkał w Nazarecie, podczas gdy funkcjonowało powszechne przekonanie: „A cóż dobrego może być z Nazaretu”. W swoim nauczaniu mówił rzeczy, które faryzeusze interpretowali jako bluźnierstwo. Siał zgorszenie. Jadł z grzesznikami. Mówili, że jest pijakiem i żarłokiem. Umarł na krzyżu, co było oczywiste dla wszystkich ówczesnych, że jest złoczyńcą, od którego odwrócił się Bóg. Zgorszenie krzyża.
    Jezus wielokrotnie był źle interpretowany i rozumiany. I wielu mogłoby powiedzieć, że bardzo nieroztropnie postępował, bardzo niejednoznacznie. Tak, dla współczesnych Mu ludzi to nie było takie oczywiste. I co? Robił swoje. A faryzeusze stali obok i szemrali: „Co On robi?! Co On robi?!”.
    Wydaje mi się, że tak właśnie postępuje wielu współczesnych katolików. Stoją i szemrają. I co lepsze mówią, że papież daje pożywkę mediom lewicowym, a sami interpretują go według tego właśnie klucza – lewicowego, medialnego. Czy to, że Jezus poszedł w gościnę, a nawet na nocleg do Zacheusza, głównego złodzieja w Jerychu oznaczało, że zaprzeczał przykazaniu: „Nie kradnij”? No przecież mogli tak pomyśleć… Czy Jezus wstawiający się za prostytutką zaprzeczył tym samym przykazaniu: „Nie cudzołóż”? Przecież tak mogli pomyśleć…
    Sądzę, że ci, którzy dziś tak oburzają się na Franciszka, to samo zarzuciliby Jezusowi. „Gdzie to takie niejednoznaczne i kontrowersyjne gesty wykonywać… Ile zamętu można przez to wywołać…”.
    Ach ten Jezus, pierwszy skandalista Kościoła. Ale Jezus miał odwagę wychodzić do człowieka, mimo że „ktoś może sobie pomyśleć”. Franciszek też ją ma. Zdaje się, że niektórzy katolicy ubzdurali sobie, że mają misję chronić Kościół przed papieżem. A może chronią tylko swoje schematy myślenia, za które wykracza Franciszek? Tylko, żeby się nie okazało, że chcą też chronić Kościół przed Jezusem i Jego Ewangelią?
    W dyskusji o kontrowersyjnych spotkaniach Franciszka pada często pytanie: „Czy to prowadzi do nawrócenia tych ludzi?”. Jezus siedział z grzesznikami i celnikami, ale Ewangelia też nic nie mówi o tym, że wszyscy się nawracali. Nigdzie też nie jest powiedziane, że Jezus szedł i zastrzegał: „Przyjdę do Was, ale obiecajcie, że się nawrócicie”. Owszem wiemy, że Zacheusz się nawrócił, ale już w przypadku owej cudzołożnicy nic nie wiemy o jej nawróceniu. Tak samo nie wiemy o tym, żeby nawracali się wszyscy grzesznicy, z którymi jadał i pijał. A jednak Ewangelia podkreśla fakt, że Jezus spotykał się z nimi, nawet jeśli milczy o ich nawróceniu.
    Bóg spotyka się z człowiekiem w takiej kondycji, w jakiej on się aktualnie znajduje. Tak osobiście odczytuję spotkania Jezusa z grzesznikami i uznanymi za nieczystych. W tym samym duchu czytam spotkania papieża z ludźmi, którzy budzą kontrowersje. Jest to wyraz szacunku dla człowieka, w takiej kondycji, w jakiej się aktualnie znajduje. Szacunek nie oznacza akceptacji wszystkiego.

  50. Kapsel said

    Aga

    Ja też radzę – skorzystać z porady noblistki , kiedyś Nagroda Nobla coś znaczyła

  51. Emil said

    Aga, jak dopada deprecha, to polecam: https://www.youtube.com/watch?v=YcE0dUAMcBw

  52. Kapsel said

    ad. 41

    Oświadczenia Kongregacji Doktryny Wiary

    w sprawie masonerii za pontyfikatu Jana Pawła II

    Deklaracja z dnia 17 lutego 1983 r.

    W dniu 19 lipca 1974 roku przesłała niniejsza Kongregacja niektórym Konferencjom episkopalnym list zastrzeżony na temat interpretacji kanonu 2335 Prawa Kanonicznego, który to kanon zabrania katolikom pod sankcją ekskomuniki zapisywania się do organizacji masońskich i do im podobnych stowarzyszeń. Ponieważ wspomniany list, przeniknąwszy do opinii publicznej dał powód do błędnych i tendencyjnych interpretacji, przeto Kongregacja Doktryny Wiary (KDW) nie przesądzając ewentualnych dyspozycji nowego Kodeksu, potwierdza i precyzuje następujące dane:

    1. Dotychczasowa praktyka dyscyplinarna Prawu Kanonicznego nie została w niczym zmodyfikowana i obowiązuje w całej pełni.

    2. Nie została więc skasowana ani ekskomunika, ani inne przewidziane kary.

    3. Co do wspomnianego listu zaś i co do zagadnienia, jak należy interpretować wymieniony w nim kanon, było zamiarem KDW przypomnienie ogólnych zasad interpretacyjnych prawa karnego, według których poszczególne przypadki osobiste mogą być pozostawione osądowi odnośnych Ordynariuszy. Nie było zaś zamiarem KDW upoważnianie Konferencji Episkopatów do publicznego wygłaszania orzeczeń o charakterze powszechnie obowiązującym na temat istoty organizacji masońskich, któreby mogły spowodować utrącanie powyższych norm.

    Deklaracja z dnia 26 listopada 1983 r.

    Stawiano pytanie, czy ocena Kościoła odnośnie do stowarzyszeń masońskich zmieniła się na skutek faktu, iż nowy Kodeks Prawa Kanonicznego nie wymienia wolnomularstwa w sposób wyraźny jak poprzedni.

    Niniejsza Kongregacja jest w stanie odpowiedzieć na to, iż okoliczność ta jest spowodowana kryterium redakcyjnym takim samym, jak dla innych zrzeszeń, które podobnie nie zostały wymienione, ponieważ włączone są do szerszych kategorii.

    Negatywna ocena Kościoła o wolnomularskich zrzeszeniach pozostanie więc niezmieniona, ponieważ ich zasady były zawsze uważane za nie do pogodzenia z nauką Kościoła i dlatego też przystąpienie do nich pozostanie nadal zabronione. Wierni, którzy należą do wolnomularskich zrzeszeń, znajdują się więc w stanie ciężkiego grzechu i nie mogą przyjmować Komunii Świętej.

    Lokalne autorytety kościelne nie mają prawa wypowiadać się na temat istoty wolnomularskich zrzeszeń w sposób, który mógłby umniejszyć to co powyżej ustalono w zgodności i intencją deklaracji tejże Kongregacji z dnia 17 lutego 1981 roku.

    Papież Jan Paweł II potwierdził niniejszą deklarację, uchwaloną na zwyczajnym posiedzeniu Kongregacji i zalecił jej opublikowanie w czasie audiencji udzielonej podpisującemu ją, kardynałowi Prefektowi.

    Rzym, w siedzibie Kongregacji Nauki Wiary, 26 listopada 1983 roku.

    (-) Kardynał Joseph Ratzinger

    Prefekt

    (-) Arcybiskup Jerome Hamer O. P.

    Sekretarz

    Kodeks Prawa Kanonicznego

    (wszedł w życie 27 listopada 1983 r.)

    Kanon 1374 – Kto zapisuje się do stowarzyszenia działającego w jakikolwiek sposób przeciw Kościołowi (quae contra Ecclesiam machinatur), powinien być ukarany sprawiedliwą karą; kto zaś popiera tego rodzaju stowarzyszenie lub nim kieruje, powinien być ukarany interdyktem.

    http://w.kki.com.pl/piojar/polemiki/kosciol/dekret.html

  53. http://scontent-a-vie.xx.fbcdn.net/hphotos-xfp1/v/t1.0-9/72622_634846863191988_1746773314_n.jpg?oh=2f7df046f225237f0e8d219cf51ed7f6&oe=55660B96

  54. Jan said

    Biedną Agę znowu ją dopadło. Dziecino, misie mają małe rozumki, powinny zająć się poszukiwaniem miodu.Pan R.szczerze mówi jak jest. Po co się wygłupiać czczym gadaniem…Dużo zdrowia i spokoju ducha…To są czasy ostateczne, Apokalipsa, wszystko co ukryte zastanie ujawnione.Szukaj Boga a nie swoich racji.

  55. Jan said

    Anatema czy przekleństwo należy się tym inspiratorom którzy uwikłali i sprokurowali nagonkę na abp Wielgusa. a Grzegorz Rossa nich się biję mocno w piersi bo czasu na poprawę mało.
    http://ojczyzna.pl/ARTYKULY/WORONICZ_Przeklenstwo-rzucone-na-targowiczan.htm

  56. z monitorapolskiego said

    sprawdzam
    5 lutego 2015

    Skoro Sakiewicz:

    – był za mieszaniem się w sprawy suwerennej Białorusi,
    – za udzielaniem pomocy banderowcom i przez nich nagradzany [kresy.pl/wydarzenia,polityka?zobacz/sluzba-bezpieczenstwa-ukrainy-oficjalnie-nagrodzila-gazete-polska ],

    – był przeciwko bp. Stanisławowi Wielgusowi,

    – a teraz jest przeciwny Ruchowi Narodowemu

    czyż nie powinniśmy wspierać Ruchu Narodowego?

    http://www.kresy.pl/wydarzenia,spoleczenstwo?zobacz/tomasz-sakiewicz-w-ruchu-narodowym-werbowani-sa-ludzie-strzelajacy-po-stronie-rosyjskiej-video

    Tomasz Sakiewicz: W Ruchu Narodowym werbowani są ludzie strzelający po stronie rosyjskiej

  57. Analityk said

    @Kapsel #44

    Ci co krytykują o. prof. Alberta M. Krąpca zapewne nigdy nie czytali żadnej z jego prac ani żadnej wypowiedzi.
    W/g mnie jest to atak na to co jest najbardziej cenne w polskim KK, dążą do Jego całkowitego zniszczenia nie zdając sobie konsekwencji z tego co czynią. Po prostu nienawistano-zbrodnicze żydobolszewia i lewactwo mające w pogardzie człowieczeństwo i mądrość.

  58. Kapsel said

    ad. Analityk

    Niszczenie życiorysów łamanie autorytetów.

    Proszę Państwa, nieżyjący już twórca jednego z największych dzieł literatury polskiej, monumentalnej: „Powszechnej Encyklopedii Filozofii Polskiej” ś.p. ks. prof. dr hab. Mieczysław

    Albert Krąpiec dołączył do prześladowanego wcześniej arcybiskupa Stanisława Wielgusa.

    Obu z nich poddano medialnemu linczowi za to, że próbowali myśleć i działać po polsku i dla Polski.

    Sprawa arcybiskupa Wielgusa jest znana i była wielokrotnie tematem wpisów moich koleżanek i

    kolegów blogerów, którzy próbowali odkłamać zakłamywane. Tym razem poświęćmy trochę czasu

    Albertowi Krąpcowi. Zaczynamy:

    /fragmenty/

    ……”Wybitny amerykański filozof Peter A. Redpath stwierdził, iż Ojciec Mieczysław Albert Krąpiec był przez całe życie otoczony przez wrogów intelektualnych i wrogów politycznych.

    Po śmierci Ojca Krąpca (8 maja 2008 roku) ilość wrogów w stosunku do jego osoby i jego dzieła rośnie, czego dowodem są niedawno opublikowane dwie książki Dariusza Rosiaka…..

    ….Po drugie, będąc uczniem gimnazjum klasycznego w Tarnopolu związał się z ruchem narodowym doskonale znając program i myśl Romana Dmowskiego oraz innych polityków i teoretyków formacji narodowych. Rozumiał realne problemy i mechanizmy polityki europejskiej i światowej, wiedział na czym polega faktyczny a nie wydumany interes Polski. Za zaangażowanie się i działalność w ruchu narodowym ówczesne władze postanowiły nie dopuścić Krąpca do zdawania matury. Dyrektor tarnopolskiego gimnazjum poprosił do siebie Krąpca i mówi: „Patrz Mietek, idzie wojna, bardzo poważna sprawa, a mnie kazano Ciebie nie dopuścić do matury. To durnie”…..

    …Ojciec Krąpiec swoje dzieło na KUL-u rozpoczął w 1951 roku w okresie rządów dyktatury stalinowskiej i rosnących wpływów komunistycznych w różnych częściach świata. Politycy oraz ideologowie komunistyczni głosili niebywałe zwycięstwo i panowanie komunizmu na całym świecie. Chrześcijaństwo, katolicyzm, to wszystko, zdaniem ideologów komunistycznych jest skończone, jeszcze chwila i nastanie „nowy wspaniały świat”. Na uczelniach dominowała jedynie słuszna filozofia marksistowska, największymi filozofami w zasadzie jedynymi byli F. Engels, Wł. Lenin, K. Marks i J. Stalin. Z wydziałów filozofii usuwano wybitnych profesorów (I. Dąmbska, T. Czeżowski, R. Ingarden, T. Kotarbiński, W. Tatarkiewicz), którzy nie akceptowali marksistowskich idiotyzmów. Trwał terror polityczny i terror ideowy. W takich oto warunkach polityczno-społecznych, w takiej atmosferze studenci, pracownicy i naukowcy musieli pracować, tworzyć na KUL-u – jedynej, niezależnej uczelni w państwach komunistycznych. Dzisiaj się o tym albo nie wie albo zapomina, a szkoda….

    ….ak mawiał Ojciec Krąpiec „rozum padł na kolana przed absurdem”. Ojciec Krąpiec sięga do Parmenidesa, Platona, Arystotelesa, św. Augustyna, myślicieli średniowiecznych – D. Szkota, Awicenny, W. Ockhama, a głównie św. Tomasza z Akwinu. Doskonale znał filozofię współczesną począwszy od Kartezjusza poprzez empirystów angielskich – J. Locke, D. Hume, T. Hobbs do filozofów niemieckich – I. Kant, J.G. Fitche, G.W.F. Hegel. Stawia podstawowe, odwieczne pytania co to jest rzeczywistość? Co decyduje o tym, iż byt jest bytem? Dlaczego coś istnieje? Jaki w rzeczywistości jest status człowieka? Na te pytania Ojciec Krąpiec odpowiada w swoich artykułach, książkach. W polskiej filozofii rodzi się gwiazda. Profesor W. Stróżewski opisuje to tak:

    „To było 7 marca, w dniu świętego Tomaszu 1953 roku. Przyjechał z Krakowa z odczytem, który wygłosił w ówczesnej auli. Pamiętam tytuł: Mózg i Dusza. Rewelacyjny, świetnie wygłoszony. Wysoki chłop, świetnie prezentujący się i jeszcze taki szczegół: dominikanie nosili wtedy czerwony pas na pamiątkę ich braci dominikanów męczenników i on w tym habicie dominikańskim z czerwonym pasem – posągowa postać, to robiło ogromne wrażenie, choć jego wygląd oczywiście nie był najważniejszy, najważniejsze było, co mówił i jak mówił. Niezwykle żywo precyzyjnie, pamiętam jedno doskonałe porównanie, którego użył. Mówiąc o duszy i mózgu, że są jak fortepian i pianista – dwie odrębne rzeczy, ale jeśli ma zabrzmieć muzyka, to obie są niezbędne, jedna bez drugiej nie istnieje. Zrobił na mnie wtedy niesamowite wrażenie, my wiedzieliśmy już, że to jest ciekawa postać – szły plotki od dominikanów z Krakowa, gdzie wtedy mieszkał i wykładał, że to wschodząca gwiazda polskiej filozofii i to się wszystko potwierdziło. Moim zdaniem w tym okresie Krąpiec nie miał sobie równych” [4]….

    Z kolei E. Wolicka ocenia to w sposób następujący: „Kiedy Mieczysław Krąpiec został profesorem KUL-u, ta uczelnia była jedynym ośrodkiem rzetelnej filozofii w Polsce. Na pozostałych obowiązywał szlaban marksizmu, za który nie wolno było przejść nikomu kto chciał uczestniczyć w debacie publicznej. Żywą filozofię uprawiano wyłącznie na KUL-u” [5].

    We współpracy z profesorami J. Kalinowskim, St. Kamińskim, ks. M. Kurdziałkiem, St. Świerzawskim, kardynałem Wojtyłą tworzy się oryginalna, odpowiedzialna, na najwyższym poziomie lubelska szkoła filozofii chrześcijańskiej…….

    …ONZ na posiedzeniu ogólnym 10 grudnia 1948 roku uchwaliło Powszechną Deklarację Praw Człowieka.

    Ojciec Krąpiec uważał, iż od czasów Ewangelii, Deklaracja jest jednym z najważniejszych dokumentów w historii. Zwracał uwagę, że jest to Deklaracja a nie Konwencja. Deklaracja jest poprawnym odczytaniem rzeczywistości, wynika ona z prawa naturalnego. Konwencje są natomiast wynikiem umowy, arbitralnych rozstrzygnięć.

    Współcześnie odchodzi się od Deklaracji Praw Człowieka na rzecz różnego rodzaju konwencji, które występują przeciwko podstawowym prawom człowieka i narodu….

    …Kolejny „skandal”, którego zdaniem wrogów dopuścił się Ojciec Krąpiec to Katolicki Uniwersytet Lubelski gdzie dwukrotnie pełnił funkcję Dziekana Wydziału Filozofii (1959-1961 oraz 1969-1970) a w latach 1970-1983 był Rektorem uczelni. Siostra Zofia J. Zdybicka pisze: „Nade wszystko nadludzkim wprost wysiłkiem, dziś trudnym do zrozumienia, walczył o samo istnienie uniwersytetu. Władze państwowe i samorządowe czyniły wszystko by KUL ta „wyspa wolności” i „kuźnia prawdy niezależnej” przestały istnieć. Państwo przecież już otworzyło w Lublinie uniwersytet państwowy, który miał zastąpić KUL, przygotowane były mapy Lublina bez KUL-u” [12]. Otóż to – KUL-u miało nie być, a jeśli już to ot taka sobie szkółka niedzielna.

    Ojciec Krąpiec, gdy został rektorem KUL był w bardzo trudnej sytuacji, nie było pieniędzy, zajęta była hipoteka z tytułu podatków nałożonych przez komunistyczne władze ”… Budynki uniwersyteckie były wycenione na ówczesne osiem milionów złotych, a dług hipoteczny należny państwu na dziesięć milionów”. Tak więc w każdej chwili można było uczelnię zamknąć, zlikwidować.

    Co w tej sytuacji robi Ojciec Krąpiec? …

    …Zorganizowane żebractwo”, tak Ojciec Krąpiec określił swoje trzynastoletnie rektorowanie. Jeździł, spotykał się, rozmawiał, tłumaczył a przede wszystkim prosił o wsparcie, o pomoc dla KUL-u. zwracał uwagę na wyjątkową rolę KUL-u nie tylko w kulturze polskiej. W ciągu każdego roku przyjmował kilkuset profesorów, polityków i innych gości z zagranicy.

    Podczas całonocnej rozmowy z Franciszkiem Szlachcicem, ówczesnym członkiem Biura Politycznego KC PZPR załatwił zamazanie hipoteki a tym samym anulowanie długu KUL – rzecz bez precedensu – w wyniku tego odsunął groźbę zamknięcia uczelni. Poprosił kardynała Rubina, z którym uczęszczał do gimnazjum w Tarnopolu, o utworzenie specjalnego konta dla KUL w Watykanie. Na to konto wpływały pieniądze od Polonii i innych zagranicznych podmiotów; „po tzw. reformie Balcerowicza nie było z czego utrzymać uczelni. Wówczas KUL przez cały rok mógł być utrzymywany ze zgromadzonych poprzednio funduszy” [14].

    Można by jeszcze długo wymieniać zasługi Ojca Krąpca dla KUL, podajmy tylko kilka przykładów: „zorganizowano w 1970 roku Międzywydziałowy Zakład Leksykograficzny Redukcji Encyklopedii Katolickiej; utworzono w 1972 roku Zakład Duszpasterstwa i Migracji Polonijnej (od 1984 roku Instytut Badań nad Polonią Zagraniczną i Duszpasterstwem Polonijnym); reaktywowano w 1972 roku Sekcję Filologii Romańskiej i w 1982 roku Sekcja Filologii Angielskiej na wydziale Nauk Humanistycznych; reaktywowano w 1981 roku Wydział Nauk Społecznych z sekcjami psychologii, pedagogiki, socjologii; reaktywowano w 1983 roku Sekcja Prawa na Wydziale Prawa Kanonicznego i Nauk Prawnych” [15].

    całość

    http://bibrus.neon24.pl/post/118185,niszczenie-zyciorysow-lamanie-autorytetow

    Wychowanek o. Mieczysława Krapca..

    .ok 14 min……mieliśmy to szczęście że , mieliśmy Mistrza nad Mistrzami..

    Walka z Kościołem Prof dr hab Piotr Jaroszynski

  59. aga said

    No sowieciarze juz przeszli antypody bezczelności w swoich manipulacjach; i mieszają do tego ś.p. Ojca Krąpca , faktycznie tylko w leninowsko-marksistowskich Dezinformacjach , ewentualnie menelskich Deformacjach mózgu.

    Emil/Carlos wracaj do swoich nicków albo wiernego rosyjskiego radosnego piekiełka …

  60. aga said

    Do wiadomości pani J i Przyjaciół,

    Arcybiskup S. Wielgus nie życzy sobie „obrońców” w postaci popleczników Putina;

    więc do wiadomości pozostałych, jest jasne na podstawie wieloletniej przyjaźni jak i twórczości o. M.A. Krąpca ,że ten także nie życzyłby sobie takowych.

  61. http://www.e-bookowo.pl/publicystyka/ciezkie-czasy-dla-agentow.html

  62. aga said

    Arcybiskup S. Wielgus słusznie
    „za swoich największych wrogów uważa Tomasza Terlikowskiego i Tomasza Sakiewicza, zaś za patronów całej medialnej awantury uznaje Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Na liście arcybiskup umieścił też m. in.: Stanisława Janeckiego (którego uznał za „wroga Kościoła katolickiego”!), Pawła Milcarka, Piotra Semkę, Roberta Krasowskiego, Dorotę Kanię, ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, Mikołaja Lizuta, Rafała Ziemkiewicza, Roberta Mazurka, Marcina Przeciszewskiego, Andrzeja Friszke, Pawła Lisickiego, Monikę Olejnik, ojca Wacława Oszajcę, Piotra Zarembę, Jerzego Jachowicza, Krzysztofa Zanussiego, Andrzeja Zolla, Władysława Bartoszewskiego, Wiesława Chrzanowskiego, Marka Jurka i Jana Żaryna.”

    Co do Terlikowskiego warto zacytowac parę komentarzy ze strony http://www.ekspedyt, która chyba jako pierwsza opublikowała tę
    „recenzję ” żałosnego wnuczka ubeka i neofity- tradycjonalisty Cenckiewicza.Warto dlatego,że paru takich „terlikowskich” i tutaj grasuje…

    „Bo Terlikowski jeszcze nie rozumie Guza. Jak zrozumie, to Guz też będzie be. W ogóle Terlikowski zawsze był głupi i chyba takim pozostanie-jest słaby mózgowo. Ja go strofowałam jeszcze na Salonie 24, że chce być mądrzejszy od papieża, bo się wtedy wypowiadał, że tu papież jest dobry, a tu się pomylił. To niestety zbyt ambitny człowiek, ta ambicja przA ja zanim odstawię, próbuję go prostować. Sakiewicza i Kaczyńskiego odstawiłam przede wszystkim z powodu Wielgusa, to kropla przepełniła dzban.
    Terlikowski jest dla mnie jeszcze niewiadomy, bo jest mniej inteligentny od Sakiewicza, ale za to chyba ma lepsze intencje, tylko głupota mu przeszkadza. On się czasem wycofywał ze swoich poglądów,choć ciężko mu szło, ale to świadczy, że jest do naprostowania.y słabym umyśle go zżerają, jest jak dziecko we mgle. Trzeba się modlić o rozum dla niego.
    A w jakim celu ostała stworzona Fronda? Chyba po to, by zaspokoić ambicje Terlikowskiego, ale nie mam wątpliwości, że i tam prawda wygra, bo musi. I tak dobrze, że tam mówi się o religii z szacunkiem. Resztę sobie ludzie znajdą w Gościu Niedzielnym i gdzie indziej, chrześcijaństwo to bogactwo odcieni, a czuwa nad nim Duch. św.- jak coś jest nie tego, to zdycha, widać po kościołach protestanckich.”
    napisała ciekawie circ
    i jeszcze
    „A ja zanim odstawię, próbuję go prostować. Sakiewicza i Kaczyńskiego odstawiłam przede wszystkim z powodu Wielgusa, to kropla przepełniła dzban.
    Terlikowski jest dla mnie jeszcze niewiadomy, bo jest mniej inteligentny od Sakiewicza, ale za to chyba ma lepsze intencje, tylko głupota mu przeszkadza. On się czasem wycofywał ze swoich poglądów,choć ciężko mu szło, ale to świadczy, że jest do naprostowania.”
    od siebie dodam
    milczenie Terlikowskiego w sprawie Wielgusa kładzie się cieniem na jego wiarygodności

  63. aga said

    ad.62

    Cenckiewicz w iście esbeckim stylu próbuje przeciwstawiać sobie Prymasa Tysiąclecia abp. Wielgusowi, tak jak ci drudzy próbowali przeciwstawiać kardynała K. Wojtyłe .
    Bezczelnie posługuje się opinia esbeków jakoby wyzbył się ks. S.Wielgus swojego „fanatyzmu”.

    Cenckiewicz sprytnie nie zauważa,że tępy esbek wówczas dostrzegał zagrożenie jedynie w tzw. pobożności ludowej a nie doceniał lub nie zauważył,iż groźniejsze dla „doktryny komunizmu” w wersji neomarksizmu XXw.będzie rozprawienie się z nią z pozycji tęgiego znawcy ,naukowca- filozofa i teologa w osobie abp. S. Wielgusa. Dlatego też okazał się on tak groźny dla ludzi wymienionych ad.63 .

    Dziwię się,że Cenckiewicz ośmiela się do swojej „potyczki” z Arcybiskupem manipulacyjnie wykorzystywać postać Prymasa Wyszyńskiego , nie znając albo udając ,że nie zna krytycznej i wszechstronnej wiedzy tego kapłana w temacie masonerii, przed która przestrzegał nawet takich aparatczyków Kominternu jak Gomułka, mówiąc im wprost ,ze są narzędziem w ijej rękach.Jest dobrym zwyczajem, panie Cenckiewicz , zanim sie kogoś włącza do swoich „recenzji” to zapoznaje się również z jego dorobkiem czy wiarygodną bibliografia dotyczącą jego osoby a nie tylko esbeckimi teczkami ( bogata i szczegółowa Petera Rainy czy dokumenty zgromadzone przez ś.p. R. Kukułowicza,M.Okońskiej,itd.)

    A poza tym nie przystoi szyderstwo historykowi, który najwyrażniej niewiele wie o masonerii. Więc zanim pan skwituje uśmieszkiem jej wpływy i działalność na terenie Polski (to pozuje pan na katolika szczególnie polecam list Piusa XI do Polaków, przedsoborowy 😉 i nieco wzbogaci swoją wiedzę o z jej wpływy również UNii,
    Wówczas jestem pewna,że zachowując uczciwośc, poważniej potraktuje te sprawę , nie prześmiewczo co nie przystoi tym bardziej z pozycji historyka .Chyba,że pan to pisze tylko jako wielbiciel Lecha Kaczyńskiego i jego kamaryli?

    Ma rację Arcybiskup; uważam,że ś.p. Kurtyka był oczywiście lepszy od poprzednika Kuleszy ale daleko mu było do ideału historyka,żeby przypomniec chociażby kłamstwo jedwabieńskie, które ugruntował.

    A co TW Beaty czy innych byłych a licznych członków PZPR w PISie to doprawdy już żenujące, bo pogrąza właśnie PiS, który w temacie lustracji inne miary stosował dla „swoich’ a inne dla nie „swoich”…

    Dziwię się,,że się,że jako historyk, mając do dyspozycji teczkę TW Greya w ogóle się pan do niej odniósł. Byc może dlatego,że nic tam nie ma wbrew propagandzie GAZPOLu, i nie ma co tam analizować, bowiem faktycznie jest tam zaledwie kilka świstków, co wykazał w swojej książce Sebastian Karczewski.Do tej pozycji też nigdy pan się nie odniósł, no ale co tam sie Pan będzie zniżał z historycznego Olimpu do profanum, nieprawdaż?

    Zatem znając pańskie neofickie 😉 zamiłowanie do KK,czekamy aż się pan podejmie książki na temat TW Filozofa, którego teczka jak wieść niesie wśród nie tylko profanów, jest dużo bogatsza w donosy i aktywną współpracę z SB, podobnie ja to było z ks. Czajkowksim hołubionym przez w tym wypadku koterię nie GAZPOL a GAZWYB, ,a więc może przynajmniej w taki sposób rzuci mimowolnie światło na ludzi , którzy „ukamieniowali ” Arcybiskupa.
    Stać Pana na to? Wątpię , podobnie jak nie stać w/w „katolików”, paru nawet w wersji Ultra 😉 do zwyczajnego chrześcijańskiego Przepraszam!

  64. http://z1.demoty.pl/5b50e3f9d9c1f842e9da5e2357d711410752c51a/fifty-shades-of-tw-grey

  65. Dla zainteresowanych opis jak wyglądała diecezja płocka pod rządami księdza arcybiskupa Stanisława Wielgusa:
    http://www.portalplock.pl/pl/334_informacje/8928_skandale_w_diecezji_co_na_to_byly_biskup.html

  66. Don’t buy books
    From crooks.

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: