Wirtualna Polonia

“-Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i ojczyźnie podnieśliśmy głowy.”

Banksterzy grabią ludzi

Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2015-03-14

Franka najpierw pokochały polskie banki, dopiero później Polacy. – Mieliśmy pchać klientom kredyty we frankach za wszelką cenę. Takie wytyczne szły z zarządu, z tego byliśmy rozliczani – mówi czytelnik, menedżer (pracował kolejno w dwóch bankach, które stawiały mocno na kredyty frankowe, nie ujawni nazwiska).

Dla zarządów to było eldorado. Kredyt frankowy był produktem idealnym do szybkiego nakręcania wyników, zarabiało się na nim znacznie łatwiej niż na złotych. Źródłem większych zysków nie była ani marża (i tak prawie cała trafiała do pośrednika), ani stosunkowo niskie oprocentowanie, ani w ogóle nic, co klient mógłby wyczytać w swojej umowie. Kluczem był dość prymitywny, ale genialny w swojej prostocie trik – manipulacja spreadem. Różnica między kursem kupna i kursem sprzedaży waluty przy wyliczaniu rat(płaconych przez klientów w złotych) była wyznaczana przez każdy bank dowolnie. Sytuacja jak z marzeń, bo zarząd, zmieniając spread, mógł w jednej chwili powiększyć swój zysk, nie zawracając sobie głowy zapisami w umowach ani nawet nie informując klientów.

Czytelnik: – Mieliśmy dość wysoki spread, na poziomie 6 proc., ale konkurencja była bardziej bezczelna. Kiedy doszli do 10 proc., zapytałem znajomego, który tam pracował, czy klienci się nie awanturują. „No co ty! Hołota nawet nie wie, co to spread. Meblują te swoje klitki na kredyt i są szczęśliwi”.

Ponieważ instytucje nadzorujące rynek finansowy nie reagowały, niektóre zarządy postanowiły trik udoskonalić. Jeden z banków wprowadził dwie tabele kursów walut: pierwszą dla swoich operacji bieżących (z rynkowymi kursami), drugą dla spłacających kredyty hipoteczne (mniej korzystną i niejawną). Inny bank czwartego dnia każdego miesiąca (gdy obliczano wysokość rat) znacząco zmieniał kursy i powiększał spread, by następnego dnia wracać do wartości rynkowych.

„Hołota” w końcu się zorientowała. Część frankowiczów chciała spłacać kredyty nie w złotych, ale we frankach, które taniej można było kupić w kantorach. Banki powiedziały „nie”. W ten sposób Polska dorobiła się innowacyjnego produktu na skalę światową: kredytu walutowego, którego nie można spłacać w walucie.

***

Po kredyt przychodziło małżeństwo z dzieckiem planujące kupno pierwszego mieszkania. „Jeśli weźmiecie kredyt złotowy, zapłacicie aż 1,2 tys. zł raty, we frankach tylko 900 zł” – słyszeli. Tak było na początku, kiedy jeszcze ludzie dostawali wybór. Ale w miarę jak eldorado się rozkręcało, a do gry wchodziły coraz agresywniejsze banki, zaczęto utrudniać branie kredytów w złotówkach. „Bierzcie franki, dostaniecie wyższą kwotę”. W szczytowym okresie szaleństwa doradcy mówili: „Nie macie zdolności kredytowej w złotówkach, możecie wziąć tylko franki”. Na ekranie komputera pokazywali potwierdzające to wyliczenia.

Prezes jednego z polskich banków (anonimowo): – Pomysł, że ktoś ma zdolność kredytową na 200 tys. zł, ale jeśli zdecyduje się na franki, jego zdolność rośnie do równowartości 300 tys., to jest kryminał. Mówię to z pełnym przekonaniem: KRYMINAŁ. To absolutnie sprzeczne z zasadami uczciwej bankowości. Każdy, kto ustalał zasady udzielania takich kredytów, a skończył szkołę ekonomiczną albo choćby otarł się o zasady bankowości, musiał to wiedzieć.

***

Wróćmy do systemu motywacji wymyślonego przez zarządy. Czytelnik: – Pośrednicy dostali wyższe prowizje, nawet 1 proc. wartości całego kredytu. Cieszyli się jak dzieci, bo zrozumieli, że będą bogaci.

Przyjmijmy, że średnia kwota kredytu hipotecznego to około 250 tys. zł – pośrednik na każdym frankowiczu zarabiał 2,5 tys. Wynajęcie biura w centrum Warszawy kosztowało około 20 tys. miesięcznie, do tego pensje trzech dziewczyn w garsonkach i trzech chłopaków w garniturach (po 3 tys. brutto).W szczycie frankowego eldorado koszt takiego biura zwracał się w dwa dni, reszta to był zarobek.

Na prowizje od kredytów walutowych mogło pójść ponad miliard złotych. Wyrosły imperia pośrednictwa finansowego, ich właściciele zostali milionerami. Czytelnik: – Kontrolowaliśmy kiedyś biuro jednego z pośredników. Chłopak pokazywał z dumą komputerowe tabelki, które miały przekonywać klientów do franka. Była tam nawet piękna krzywa pokazująca, że złoty już zawsze będzie się umacniać.

***

Jeśli jakiś produkt daje sprzedawcy dwukrotnie wyższą marżę niż inne, to i tak go kupisz, choćbyś bardzo nie chciał. To naprawdę dość proste. Ale stworzenie systemu motywacji, którego efektem było oszukiwanie klientów, to tylko jeden z grzechów zarządów. Drugi to huśtanie własnymi bankami. Ten szokujący mechanizm wyjaśnił mi rok temu Jan Krzysztof Bielecki, który w czasie frankowego szaleństwa był prezesem Pekao SA (kierowany przez niego bank nie udzielał kredytów walutowych). Eldorado wywołało bowiem pewien kłopot strukturalny – bankowe aktywa (m.in. kwota udzielonych kredytów)powinny się równoważyć z pasywami (depozytami klientów na kontach i lokatach). A równoważyć się nie mogły, bo przecież bank działający w Polsce od klientów zbiera lokaty w złotych, a nie we frankach. Żeby mieć względny porządek księgowy, zarządy stosowały kolejny trik: franki potrzebne do równoważenia bilansu kupowały na jeden dzień. Rano bank miał franki, a wieczorem już nie miał. Opłata za tzw. jednodniowy swap była bardzo niska. Ten manewr – codziennie powtarzany – to już czysta spekulacja. Czy polski nadzór powinien to tolerować? A skoro tolerował, to dlaczego?

***

Ludzie biorą kredyty, kupują mieszkania, PKB rośnie, zyski banków też, hosanna. Konglomerat polityczno-finansowy był zainteresowany, żeby eldorado trwało. Pojawiały się głosy, żeby kurek z frankami przykręcić, a zasady udzielania śmieciowych kredytów ucywilizować – mówił to głośno Bielecki, pisał Samcik w „Wyborczej”, ostrzegał też mocno Balcerowicz. Ale rządził Kaczyński. Powstał ciekawy sojusz: PiS wydało oświadczenie entuzjastycznie przyjęte przez wielu bankowców, że próby ograniczania kredytów frankowych to ograbianie Polaków z ich marzeń o lepszym życiu. Dołączyli dyżurni eksperci, Centrum im. Adama Smitha ogłosiło, że uregulowanie problemu byłoby nieuzasadnioną ingerencją państwa w zdrowe zasady wolnego rynku. Portal finansowy Money.pl rozpoczął w obronie kredytów walutowych akcję „Chcemy ryzykować!”.

Na szczęście KNF w końcu zareagowała: zakazała jednodniowych spekulacji na franku i kosmicznych wyliczeń zdolności kredytowej. Nakazano też bankom, żeby pozwoliły klientom kupować franki w kantorach i spłacać kredyty w walucie. Tyle że mleko już się rozlało.

***

Jeśli kredyt we frankach na 120 proc. wartości nieruchomości bierze małżeństwo salowej z górnikiem, można to nazwać nieodpowiedzialnością. Jeśli bierze taki kredyt dziennikarka z artystą sztuki krytycznej – lekkomyślnością. Jeśli doktor filozofii z żoną, znaną socjolożką – naiwnością. Jak jednak nazwać zachowanie drugiej strony? Jakim słowem określić to, że zasady tego kredytu wymyślił na poziomie zarządu ktoś, kto ukończył ekonomię i bankowość na Harvardzie? Co zrobić z tym interesującym faktem, że kampanię reklamową nazywającą taki kredyt „bezpiecznym” zatwierdził wybitny absolwent SGH w randze wiceprezesa? Lekkomyślnością tego nie nazwiemy. Naiwnością – też nie. Więc jak?

Dla wykształconych finansistów to nie była wiedza tajemna. Wiedzieli. Problemy z kredytami walutowymi pojawiały się w latach 70. i 80. w Wielkiej Brytanii czy Australii. W latach 90. kłopot miała Austria, gdzie takich kredytów w końcu zakazano. W szkołach ekonomicznych omawia się historyczne przykłady. Wciąż słyszymy argument, że zwykli ludzie mogli być bardziej rozważni. Tak, mogli. Odpowiedzialność spada jednak na finansistów kierujących polskimi bankami. To oni na uniwersytetach uczyli się zasad, które następnie wiele razy złamali.

***

Bohaterem powieści Stiega Larssona „Millennium” jest Mikael Blomkvist, znakomity dziennikarz ekonomiczny, który nie znosi dziennikarzy ekonomicznych. Oskarża ich o brak krytycyzmu, o to, że stali się chłopcami na posyłki. „Mikael uważał, że w pracy dziennikarza ekonomicznego chodzi głównie o kontrolowanie przedsiębiorców w ten sam niemiłosierny sposób, w jaki obserwuje się każdy fałszywy krok członków rządu i parlamentu. Reporter polityczny nigdy by nie wpadł na pomysł, żeby nadać przywódcy politycznemu status ikony”.

Ten opis dość dobrze pasuje również do polskiej rzeczywistości. O ile dziennikarze polityczni ścigają drobiazgowo każdą gafę polityka, prześwietlają kilometrówki, tropią wakacje, zegarki i nieścisłości w poglądach, o tyle prezesi banków i najbogatsi Polacy są u nas traktowani jak gwiazdy rocka. Ich poglądy – najczęściej sprowadzające się do tego, że podatki są u nas za wysokie, a biznes uciemiężony – traktowane są bez należytego krytycyzmu. Kiedy jeden z najbogatszych Polaków opowiada bajki, że musiał zarejestrować firmę na Cyprze, bo tu by zbankrutował – kiwamy ze zrozumieniem głowami. Kiedy były pracownik banku mocno umoczonego w kredyty frankowe występuje w telewizji jako niezależny ekspert – łykamy jego opinie bez sprawdzania.

Gdyby dziennikarze ekonomiczni byli bardziej krytyczni wobec korporacji, banków i dyżurnych komentatorów podsyłanych nam przez rynki, polska demokracja bardzo by zyskała, a cały ten pasztet, który musimy teraz jeść, byłby mniejszy.

***

Kiedy wiadomo już było, że walutowe eldorado nie może trwać, kiedy znana już była skala beztroski zarządzających, gdy na jaw wyszły kruczki w umowach, rozdęte spready i spekulacje – mogliśmy wyciągnąć konsekwencje. Mogliśmy sprawdzić, kto oferował większe kredyty we frankach niż w złotych, kto płacił pośrednikom wysokie prowizje za takie „produkty” i kto je reklamował jako bezpieczne. Kto był wtedy prezesem, wiceprezesem, kto zasiadał w radzie nadzorczej, kto zachęcał, kto podnosił rękę za takimi praktykami. I mogliśmy domagać się od środowiska finansowego, aby z tych ludzi się oczyściło i odsunęło ich od wysokich stanowisk w instytucjach zaufania publicznego. A takimi instytucjami są banki. Nic takiego nie nastąpiło. Szybko się okazało, że ma to konsekwencje.

***

Na kolejne eldorado nie trzeba było długo czekać. Kiedy KNF przykręciła bankom kredyty walutowe, branża wymyśliła polisolokaty. Produkt skonstruowano genialnie: z jednej strony odwoływał się do tradycyjnej niechęci Polaków do państwa i podatków (miał omijać podatek Belki), z drugiej – pozwalał finansistom na krociowy zysk przy zerowym ryzyku. Te nowe śmieci natychmiast objęto priorytetem sprzedaży, pośrednicy znów dostawali bajeczne prowizje. Kiedy interes zaczął się kręcić, jeszcze dosypano do pieca – wszystko, co ustrzelony jeleń wpłacił w pierwszym roku na polisolokatę, stawało się prowizją pośrednika.

Czytelnik: – Jeśli pośrednik wciśnie ci tę „solidną inwestycję na niepewne czasy” i namówi do wpłacenia 10 tys., to właściwie całą sumę może zatrzymać. Bank zaczyna zarabiać dopiero od drugiego roku wpłat, więc umowy tak konstruowano, żebyś nie mógł się wycofać. Jeśli się wycofujesz w ciągu pierwszych dwóch lat, tracisz 100 proc. wkładu.

Dla szybkich zysków naganiacze szacownych instytucji finansowych obdzwaniali naszych dziadków i babcie, namawiając 80-letnich ludzi do kupowania produktów o 20-letnim horyzoncie inwestycyjnym. Często zatajali, że kolejne raty trzeba płacić co rok. – Moja babcia wpłaciła pieniądze na polisolokatę. Gdy zdecydowała się ją zlikwidować, okazało się, że dostanie grosze zamiast 20 tys. A jeśli ją pozostawi, to co roku będzie musiała wpłacać kolejną olbrzymią składkę. I tak przez 10 lat. Tak się przejęła, że trafiła do szpitala – opowiada Iwona Nowaczyk dziennikarce Onet.pl.

Przyzwyczailiśmy się już, że do drzwi polskich emerytów pukają ludzie oferujący cudowne garnki, ozdrowieńcze filtry wodne, wyszczuplającą bieliznę, antywłamaniowe drzwi z tektury, tańszy abonament telefoniczny(jeśli dzwoni się o trzeciej w nocy) oraz tańszy prąd (jeśli przestanie się używać czajnika, pralki oraz lodówki). To jest ten cały kapitalistyczny folklor. Niestety, w Polsce folklor przeniknął do głównego nurtu, a myśmy na to pozwolili. Poważne instytucje finansowe w pogoni za zyskiem zaczęły się zachowywać gorzej niż sprzedawcy garnków – wciskały starym ludziom oszukańcze polisolokaty przez telefon. W ten sposób wyhodowały w Polsce kolejną zdesperowaną grupę obywateli ograbionych z oszczędności.

Z ustaleń UOKiK wynika, że firmy finansowe „nie informowały o ryzyku związanym z oferowanym produktem, a także o wysokich kosztach rezygnacji z umowy, przedstawiali ją jako standardową lokatę lub jako produkt oszczędnościowy”. Na kilka firm nałożono kary – w sumie 50 mln zł. Z uśmiechem zapłacą.

Jaka jest różnica między Marcinem P. obiecującym w ramach Amber Gold sztabki złota a prezesem znanej firmy ubezpieczeniowej, który bierze premię za wciskanie nam polisolokat? Żadna. Chociaż nie, różnica jednak jest. Marcina P. nie zapraszamy do programów telewizyjnych w roli eksperta, nie zasiada w jury szanowanych konkursów biznesowych, nie widziałem go również na balu dziennikarzy.

***

Dlaczego państwo nie działa? Dlaczego, choć mamy UOKiK, KNF i inne cudowności, Maria Nowaczyk prawdopodobnie nigdy nie odzyska swoich 20 tys.?

Państwo polskie – jak słusznie zauważył Bartłomiej Sienkiewicz na kelnerskich nagraniach – nie działa spójnie, tylko „różnymi swoimi fragmentami”. Sekwencja zdarzeń jest zawsze podobna. Kiedy pojawiają się grupy zdesperowanych ludzi, najpierw reagują „Polityka”, „Gazeta Wyborcza” i „Newsweek” (ostatnie redakcje, które stać na utrzymywanie reporterów) i publikują teksty interwencyjne. Potem dołącza program „Uwaga!”, a na końcu – jeśli oszustwo jest wystarczająco malownicze – opisują je tabloidy. Wtedy leniwie zaczynają reagować instytucje państwa wywołane do tablicy. Następnie włącza się KNF, która „szacuje ryzyka”. Liczy, liczy, liczy. Wreszcie na portalu TVN Biznes i Świat (albo jakimkolwiek innym) możemy przeczytać komunikat: „Na ubezpieczycieli padł blady strach. Komisja Nadzoru Finansowego szacuje, że uregulowanie problemu polisolokat może ich kosztować nawet 4 mld zł, a kilka towarzystw znajdzie się w poważnych tarapatach finansowych. KNF apeluje więc o umiar w legislacji, aby nowe zapisy nie doprowadziły do destabilizacji całego rynku finansowego”.

Innymi słowy – blady strach może i padł, ale tylko na chwilę. Prezesi firm, które oszukały swoich klientów, mogą spać spokojnie, skoro nadzorująca ich KNF z troską ogłasza, że niewiele da się zrobić, bo jeśli upadną, to dopiero będzie klops. UOKiK ustalił, że polisolokaty to było oszustwo (komunikat w tej sprawie jest wyjątkowo ostry), a KNF ogłosiła, że nic się nie da zrobić. Trudno o lepszą ilustrację myśli Sienkiewicza.

W efekcie nastraszony przez branże finansową rząd wprowadza bardzo rozwodnione regulacje – oszukani mają trochę większe szanse, ale i tak muszą iść do sądów, żeby cokolwiek wyrwać. Z tego, co wyrwą, 40 proc. oddadzą prawnikom. Nie zaszkodzić firmom – tak można streścić sens tych zmian.

***

Co teraz? Czy jeśli frank jeszcze podskoczy, mamy się przyglądać, jak 2 miliony Polaków dostają nauczkę?

Kompleks finansowy spycha dyskusję w wygodnym dla siebie kierunku. Od ekspertów słyszymy, że „państwo nie może spłacać kredytów”. Przedstawiciele banków mówią nagle o sprawiedliwości społecznej. „Ingerencja ze strony państwa byłaby niesprawiedliwa wobec tych, którzy wzięli kredyt złotówkowy. Dlaczego jednym mamy pomóc, a innym nie?” – mówi ekonomista, dawny pracownik dwóch banków, które wobec frankowiczów stosowały naganne praktyki. Argument stał się modny, powtarzają go dziennikarze, zrobił też karierę w internecie. Standardowy wpis spod tekstu o kursie franka brzmi mniej więcej tak: „Nie zgadzam się, żeby z moich podatków spłacać kredyty idiotom, którzy na własną odpowiedzialność zadłużyli się we frankach”. Po raz kolejny dyskusja społeczna sprowadza się do szczucia jednej grupy obywateli na drugą. Dzięki temu nie zajmujemy się bankami.

Nie powinniśmy dokładać do tego interesu z budżetu? Zgoda. Ale to nie oznacza, że państwo ma nic nie robić. Za porządki powinny zapłacić banki – nie wszystkie, ale te, które lekceważyły procedury, spekulowały, naciągały klientów i podsuwały niekorzystne umowy. Da się ustalić, które to, i oddzielić jedne od drugich. Państwa potrzebujemy do tego, aby zamiast „działać osobno różnymi swoimi fragmentami”, potrafiło wymusić na bankach odpowiedzialność. Wymusić mądrze, ale bardzo stanowczo. Nie tak, żeby kilka upadło – to byłaby za słaba kara – ale tak, żeby mocno zabolało. Żeby musiały ulżyć swoim klientom, wziąć na siebie część skoku kursu, zapłacić za nadużycia i – to bardzo ważne – pozbyć się zarządzających, którzy wpuścili własne firmy w maliny. Banki nie zrobią tego dobrowolnie bez spójnej akcji instytucji państwa, być może łącznie z prokuraturą. To leży nie tyle w interesie frankowiczów, ile w naszym wspólnym interesie. Inaczej za chwilę ci sami ludzie wymyślą nowe polisolokaty lub inny pasztet.

Odpowiedzialność i solidność to podstawowe cnoty liberalnego kapitalizmu. Jeśli pozwolimy je bezkarnie łamać bankom, ten system nie przetrwa.

 

Za: psychotronicznyswiat.blogspot.se/
Reklamy

Komentarzy 16 to “Banksterzy grabią ludzi”

  1. Jest taka jedna prosta zasada w tym całym biznesie… Jak ktoś NIE CHCE to mu nikt na siłę kredytu nie wepcha… Ludzie sami sobie zgotowali ten los, a teraz mogą już tylko popić wodą i łykać swoją pazerność i głupotę aż spłacą dług który pomogli wykreować z powietrza. Ci „biedni ludzie” sami się obrabowali (na dodatek swoją pazernością przyczynili się do wzrostu cen mieszkań i utraty wartości pieniądza).

    Złym pomysłem jest przyzwyczajanie ludzi do zbytku na kredyt bez rzeczywistego przełożenia kapitału na pracę i własność prywatną (ale nie w wykonaniu karteli, monopoli, oligopoli, trustów i całej tej szarańczy która przekupuje władze i sama ją stanowi – 1% ludzi globu). Wszak wszystko co jeszcze nie zostało spłacone jest dziś własnością banków a tylko ludzie nie zdają sobie z tego sprawy, ale dowiedzą się o tym natychmiast kiedy system bankowy zacznie z powodu kłopotów finansowych egzekwować swoje prawo do „własności na kredyt”.
    https://odyssynlaertesa.wordpress.com/2015/01/27/bankierzy-mowia-co-mysla/

  2. Alina said

    1
    To jest bardzo dobra rada w każdym uczciwym państwie. Niestety kamieni kupa, która rządzi Polską (spoczną po śmierci albo na cmentarzu żydowskim, albo ich prochy pojadą w autobusie pielgrzymkowym do Israel) nie dopuszcza, żeby Polacy mogli gromadzić kapitał. Widać to po kwocie wolnej od podatku DOCHODOWEGO, , który tylko w Polsce jest PODATKIEM PRZYCHODOWYM. Skoro nie możemy gromadzić kapitału, to ludzie w celu zaspokojenia podstawowej ludzkiej potrzeby jaką jest mieszkanie MUSZA BRAC KREDYT. Kiedyś można było dostać kawałek ziemi od rodziców, pojechać do lasu po drzewo i postawić sobie chałupę jaką kto chciał – polecam różne polskie skanseny, w których drewniane domy są dużo wygodniejsze do mieszkania niz dzisiejsze kawalerki – pomijam oczywistą oczywistość czyli współczesne osiągnięcia techniczne jak kuchnie gazowe i łazienki wyposażone w bieżącą wodę, .no i przede wszystkim prąd. Instalacje jednak to tylko wyposażenie ….

    W czasach gomułkowskich i gierkowskich ludzie budowali domy bez kredytów, z pomocą najbliższej rodziny, finansową i fizyczną, kiedy bracia, szwagrowie skrzykiwali się i stawiali dom w parę tygodni z cegieł, pustaków, o ile tylko dało się je kupić, bo przecież niczego nie było, chyba, że za BONY PKO, czyli takie udawane dolary.
    Wielkie piękne warszawskie przedwojenne kamienice powstawały z dochodów z majątków ziemskich i każda miała swojego konkretnego właściciela i nie byli to Żydzi. Pałace szlacheckie też nie powstawały z kredytów.
    Jesteśmy jednym z najbogatszych krajów europejskich niemiłosiernie okradanym przez zagranicznych oszustów. Ta kradzież zuchwała jest możliwa tylko dzięki zmasowanej i zorganizowanej propagandzie, która czyni z nas mentalnych niewolników, dla których samo zastanawianie się dlaczego nasze państwo jest tak źle zarządzane, albo czy w Smoleńsku był raczej zamach niż katastrofa już jest uznawane za myślozbrodnię.

  3. olo said

    Jedna odpowiedź to “Banksterzy grabią ludzi” a druga to taka, że „głupota ludzka i chciwość nie zna granic”.

  4. Armagedon said

    Ludzie mysla ze uczciwa praca sie dorobia .Bhaaa haaaaaaaa bahaaaaaa ….
    A knury rzadowe jezdza nowymi wozkami za pieniadze podatnika.I jeszcze maja zamiar kupic od Szatanwo Zjednoczonych Pociski manewrujace Tomawhok.
    Przeciw komu ROSI….I TO SA POLSCY rzadziciele…………..
    TO SA ZDRAJCY nad ZDRAJCAMI….KTORZY NIOSA NAM ZNOW ZNISZCZENIE TEGO KRAJU.WONT WONT WONT WONT WONT WONT WONT wszyscy.

  5. taurus said

    No to się logby bankowe odezwało 😉 „nikt nikomu kredytu nie wpycha”… Gdyby sektor bankowy – ekspert w tym zakresie postępował uczciwie to problemu by nie było,bo nie jest to wina klienta że trafia na nieuczciwego przedsiębiorcę w tej czy innej branży. KLIENT NIE PONOSI WINY ZA PRZESTĘPCZE DZIAŁANIA BANKÓW !. I nie ważne w tej sytuacji, że podpisał umowę
    Polska to drogi i trudny do życia kraj. Kredyty zawsze będą się sprzedawać. Ludzie którzy brali franki nie brali ich na konsumpcję („na życie na kredyt”) brali na potrzeby mieszkaniowe to wszystko w temacie.
    A teraz chodzi o to aby zadośćuczynić szkodzie do jaką wyrządziły BANKI działając dla własnego zysku (bo to nimi kierował chciwość nie klientami) na szkodę klientów i żeby Państwo obudziło się i okrzepło na tyle aby nie dopuścić więcej do takiej sytuacji.

  6. olo said

    „Gdyby sektor bankowy – ekspert w tym zakresie postępował uczciwie” czyli na własną szkodę?
    A do tego Odys Syn Laertesa został „logby bankowe”.
    Ha, ha, ha … Głupiej już nie można bo dalej futryna.

  7. Maria said

    A jakby baba kiecki krótkiej nie założyła, to by jej nie zgwałcili. Sama sobie winna! Chciała pokazywać zgrabne nogi, niech teraz ponosi konsekwencje. Tak mogę skomentować durny wpis banksterskiego sługusa.

  8. Joe said

    Re 3..Te POciski sa POtrzebne jak psu piata noga…Zeby utrzymac sie przy korycie,zobowiazania wobec BANKSTEROW
    trzeba gorliwie wypelniac…nic wiecej.

  9. zz said

    A Rosji jej pociski to do czego sa potrzebne?

  10. Ali Baba said

    ad 1 „Jak ktoś NIE CHCE to mu nikt na siłę kredytu nie wepcha ” TRZEBA POMYŚLEĆ TROCHĘ LOGICZNIE…a może bierze ten kredyt, bo JEST ZMUSZONY /SIC!!/ SYTUACJĄ ŻYCIOWĄ i nie bierze go na np. na nowy samochód lub na wyjazd na Kanary..

  11. „…a może bierze ten kredyt, bo JEST ZMUSZONY /SIC!!/ SYTUACJĄ ŻYCIOWĄ”…

    Nie zmienia to FAKTU że gdyby NIE WZIĄŁ to bank nie musiałby potem żądać zwrotu, nie wykreowałby długu z powietrza i nie przyczyniałby się do inflacji, którą musi spłacać KAŻDY(tak tak! bo to też jeden z ukrytych podatków!) – nawet ten który w życiu żadnego kredytu nie wziął. Nie wspominając o wzroście cen na rynku mieszkaniowym z powodu dostępu niemal KAŻDEGO za przeproszeniem „durnia” do „pożyczki” (to w szalony sposób napompowało ceny mieszkań na rynku!). Że zacytuję tego który mi logiki odmawia „TRZEBA POMYŚLEĆ TROCHĘ LOGICZNIE…” a najlepiej CAŁKIEM logicznie 🙂 Albo wiemy co jest przyczyną tzw. „banksterki” i dzięki czemu ona funkcjonuje tak jak funkcjonuje (każda potwora znajdzie swojego amatora), albo kleimy z siebie durnia i udajemy że to „wina” kogoś kto nie ma prawa zmusić nas do swojej oferty. Niestety „konsumentów przyszłości” i pazeruchów nie brakuje więc interes się kręci i będzie się kręcił. Nic mnie to nie interesuje że ktoś został przymuszony sytuacją życiową (tzn. jaką? nie miał gdzie mieszkać? nie mógł na wycieczkę pojechać albo kupić sobie samochodu, telewizora, nie miał na czym spać? To jak „żył” jeden z drugim do tej pory? Czy „posiadanie” to jest sprawa życia i śmierci? 🙂 )

    Czy w związku z tym to o czym napisałem w pierwszym komentarzu jest aż tak trudne do zrozumienia przez niektórych, że udają idiotów i wolą nie widzieć tej logicznej zależności? Czy w związku z tym pisanie brutalnej ale jednak PRAWDY o tym jak funkcjonuje kredyt (i że działają tu dwie zależne od siebie z WLASNEJ WOLI strony) czyni mnie „agentem” banku? I to niby z jakiej paki, skoro ja wyraźnie opisałem mechanizm wyzysku przestrzegając przed nim i wskazując JEDYNĄ skuteczną drogę mogącą powstrzymać to szaleństwo? Czy nawoływanie do nie wiązania się kredytem to napędzanie bankom klientów i wysługiwanie się banksterom? (gdzie tu logika?). Czy to że KAŻDY pazeruch – który chce konsumować teraz to na co go obecnie nie stać – przyczynia się do powiększania zysków banków i całej tej patologii (konsekwencji) istnienia kredytu w gospodarce to wina banków czy też raczej jest to wina pazeruchów którzy z własnej woli łażą do banków po kredyty?

    „Życie na kredyt, czyli zjadanie przyszłości, to metoda, którą się obecnie stosuje, żeby sprzeczności [dużo korzyści i żadnych podatków] ze sobą pogodzić. Próbuje się osiągnąć niewielkie korzyści bieżące, ryzykując wielkie straty w przyszłości. Taki sposób postępowania przybliża widmo bankructwa, które kładzie kres kredytom”. (F. Bastiat)
    https://odyssynlaertesa.wordpress.com/2014/04/26/w-krainie-deszczowcow-irlandzkie-wychodzenie-z-recesji-akcja-kredytowa-w-toku/

  12. Joe said

    Branie kredytu nie jest niczym zlym…tylko lichwiarski sPOsob naliczania %…Raz ze za wysoki ,a dwa ze w zydowskim systemie,miesiecznym…a nie rocznym.

  13. Piotrx said

  14. Piotrx said

  15. Analityk said

    @Armagedon #4
    Oni sami nie odejdą ich trzeba odsunąć od zasiadanie na stołkach decyzyjnych po wygranych wyborach lub… zacząć eliminować pojedynczo np. tak jak czynili to sztyletnicy.

  16. Alina said

    Konkretnie o Balcerowiczu:
    http://niepoprawni.pl/blog/antysalon/doktryner-bezrefleksyjny-l-balcerowicz-jak-lenin-ciagle-jeszcze-zywy-niby

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: