Wirtualna Polonia

“-Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i ojczyźnie podnieśliśmy głowy.”

Adolf Hitler: Moja walka (część II)

Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2016-01-11

2b5d6-o-adolf-hitler-570.

Tytuł oryginału Ι
Mein Kampf
Tłumaczenie
Irena Puchalska
Piotr Marszałek

Część II

Wiedeńskie lata nauki i walki

 

Śmierć matki, niczym przeznaczenie, zadecydowała w pewnym sensie o mojej przyszłości.

W ostatnich miesiącach jej choroby pojechałem do Wiednia w celu złożenia egzaminów wstępnych do akademii. Byłem przekonany, że z dziecinną łatwością zdam. W szkole realnej rysowałem najlepiej w mojej klasie, a od tego czasu moje zdolności rozwinęły się jeszcze bardziej. Liczyłem więc na powodzenie.

Nad moim talentem malarskim wzięły jednak górę zainteresowania architekturą. jeszcze w wieku szesnastu lat, gdy po raz pierwszy pojechałem do Wiednia, by studiować malarstwo w dworskim muzeum, moje oczy widziały tylko samo muzeum. Biegałem za tymi drzwiami od rana do wieczora, a nawet do późnej nocy, od jednego obiektu do drugiego. Godzinami mogłem tak stać przed operą i podziwiać parlament. Cała ulica Ringstrasse robiła na mnie wrażenie cudu z tysiąca i jednej nocy.

Teraz po raz drugi byłem w tym pięknym mieście i czekałem na rezultat egzaminu wstępnego. Byłem tak przekonany o powodzeniu, że zawiadomienie o nie przyjęciu spadło na mnie jak grom z jasnego nieba.

Jednak rektor wyjaśnił mi, że z rysunków, które ze sobą przyniosłem, jednoznacznie wynika, iż nie mam predyspozycji malarskich, natomiast mam zdolności w dziedzinie architektury.

Po raz pierwszy w moim młodym życiu byłem niezadowolony z samego siebie. To, czego dowiedziałem się o moich zdolnościach, sprawiło, że postanowiłem zostać architektem. Droga do tego była jednak bardzo trudna. Zemściła się teraz moja niechęć do nauki w szkole realnej. Przyjęcie do akademii było uwarunkowane posiadaniem matury. Nie było możliwe spełnienie mojego marzenia, aby zostać artystą.

Zadziwiające bogactwo i odrażająca nędza przeplatały się w Wiedniu ze sobą w ogromnym kontraście. W centralnych częściach miasta można było czuć tętno dwudziestopięciomilionowego imperium, z wszelkimi niebezpiecznymi powabami tego wielonarodowościowego państwa. Olśniewający blask dworu przyciągał jak magnes bogactwo i inteligencję pozostałych części imperium. Do tego dochodziła jeszcze silna centralistyczna polityka habsburskiej monarchii.

Ona umożliwiała utrzymanie razem tej mieszaniny narodów. jej rezultatem była nadzwyczajna koncentracja całej władzy w stolicy.

Ponadto Wiedeń nie tylko był politycznym i intelektualnym centrum naddunajskiej monarchii, ale także centrum administracyjnym. Oprócz rzeszy wysokich rangą urzędników państwowych, oficerów, artystów i uczonych znajdowała się w nim jeszcze większa armia robotników, a przytłaczające ubóstwo występowało tuż obok bogactwa arystokracji i kupców. Tysiące bezrobotnych przewalało się wokół pałaców przy Ringstrasse, a poniżej, via Triumphalis bytowali w brudzie i bagnie bezdomni.

Wiedeń, jak żadne inne niemieckie miasto, najlepiej się nadawał do studiowania problemów socjalnych. Ale, aby nie zrobić błędu, trzeba się znaleźć w samym środku tych problemów, inaczej nic z tego nie pozostanie poza czczym gadaniem i zakłamaną sentymentalnością. Jedno i drugie jest szkodliwe. Pierwsze, bo nie bada sedna zagadnienia, drugie, ponieważ pomija je. Nie wiem, co jest groźniejsze: ignorowanie socjalnych potrzeb, jak czyni większość tych, którym się poszczęściło, i tych, którzy podnieśli się dzięki własnym wysiłkom w codziennej pracy, czy lekceważenie ludzi przez pozbawioną taktu, chociaż zawsze uprzejmą, łaskawą i modną część bab w spódnicach lub spodniach, udającą sympatię dla ludu. Ci ludzie oczywiście grzeszą bardziej z powodu braku instynktu niż próby zrozumienia. Dziwi ich później brak rezultatów mimo gotowości do pracy społecznej i reakcje sprzeciwu. Stawiają to za dowód niewdzięczności ludu.

Te umysły nie rozumieją, że za pracę społeczną nie wolno domagać się wdzięczności, ponieważ nie rozdzielają jałmużny, ale przywracają w ten sposób prawo. Już wtedy uświadomiłem sobie, że tylko podwójna metoda może przyczynić się do polepszenia warunków bytu, mianowicie: głębokie poczucie socjalnej odpowiedzialności, w celu stworzenia lepszych podstaw naszego rozwoju, połączone z bezlitosną determinacją zniszczenia narośli, którym nie można zaradzić.

Tak jak natura nie koncentruje się na utrzymaniu tego, co jest, lecz aby podtrzymać gatunek doskonali go poprzez rozwój, tak i w życiu nie można ulepszać istniejącego zła, które posiadając naturę człowieka w dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto nie da się zmienić. Należy więc zapewnić lepsze metody rozwoju od samego początku.

W trakcie walki o egzystencję w Wiedniu zauważyłem, że zadania socjalne wcale nie muszą składać się z pracy charytatywnej, która jest śmieszna i bezużyteczna, ale ich sensem powinno być usunięcie głęboko tkwiących błędów w organizacji naszego życia gospodarczego i kulturalnego, które są powiązane ze sobą, i doprowadzenie do usunięcia pojedynczych przeszkód, bądź przynajmniej ograniczenie ich znaczenia.

Ponieważ austriackie państwo w praktyce ignorowało całkowicie socjalne prawa, jego niezdolność do usunięcia złych narośli budziła mój niepokój .

Nie wiem, co najbardziej mnie w tym czasie przerażało: ekonomiczna nędza towarzyszy pracy, ich moralne ubóstwo, czy też niski poziom ich duchowego rozwoju.

Jakże często nasza burżuazja unosi się w moralnym oburzeniu, gdy słyszy z ust jakiegoś nieszczęsnego włóczęgi, że jest mu obojętne, czy jest Niemcem, czy nie, byle miał zapewniony byt. Natychmiast głośno protestują i są przerażeni takimi poglądami.

Ale ilu naprawdę zadało sobie pytanie, dlaczego ich poglądy są lepsze. Ilu jest takich, co pamiętają o wielkości ojczyzny, o swoim narodzie we wszystkich dziedzinach kulturalnego i artystycznego życia, które daje im prawo do dumy wynikającej z przynależności do tego błogosławionego narodu? Jak wielu z nich ma świadomość, że poczucie dumy z własnej ojczyzny zależy od zrozumienia jego wielkości we wszystkich tych dziedzinach?

Szybko i gruntownie nauczyłem się rozumieć coś, czego poprzednio byłem nieświadomy.

Problem nacjonalizmu ludzi jest pierwszym i głównym warunkiem stworzenia zdrowych socjalnych warunków jako podstawy wychowania jednostki. Ponieważ tylko ten, kto poprzez wychowanie i szkołę poznał kulturalną, ekonomiczną, a nade wszystko polityczną wielkość swojej ojczyzny, może uzyskać poczucie dumy, że jest członkiem takiego narodu. Walczyć mogę tylko o coś, co miłuję, miłuję tylko to, co szanuję, a szanuję jedynie to, co rozumiem.

Teraz, gdy obudziło się we mnie zainteresowanie zagadnieniami socjalnymi, zacząłem studiować je gruntownie. Przede mną otworzył się nowy i nieznany świat.

W latach 1909-19IO moje położenie ekonomiczne zmieniło się w takim stopniu, że nie musiałem pracować na chleb jako robotnik pomocniczy. Pracowałem samodzielnie jako malarz i akwarelista.

Psychika szerokich mas nie jest wrażliwa ha pół. Środki i słabości. Podobnie jak kobieta, na której delikatność uczuć mniejszy wpływ ma abstrakcyjna mądrość niż bliżej nieokreślona tęsknota poddania się uczuciom, łatwiej ulegnie mocnemu mężczyźnie niż słabemu, tak i ludzie bardziej kochają mocnego władcę niż słabego i czują większą satysfakcję z doktryny, która nie toleruje rywali, niż z takiej, która uznaje liberalną wolność -naród na ogół nie wie, jak się nią posługiwać i wnet czuje się opuszczony.

Jeżeli doktryna słuszniejsza, ale w praktyce bardziej bezlitosna, przeciwstawi się socjaldemokracji, to ta doktryna, być może w ciężkiej walce, ale zwycięży. Jeszcze przed dwoma laty nie były znane ani zasady socjaldemokracji, ani instrumenty, którymi się w działaniu posługiwała.

Ponieważ socjaldemokracja najlepiej zna wartość siły z własnego doświadczenia, zwykle atakuje tych, u których wyczuwa instynktownie brak tego elementu. Z drugiej strony chwali słabość przeciwnika, początkowo ostrożnie, później śmielej, stosownie do poznanej lub przewidywanej jego wartości.

Mniej obawia się ona bezsilnego geniuszu niż kogoś mocnego, ale miernego pod względem umysłowym. Najbardziej popiera słabych zarówno na ciele, jak i na duchu. Wie, jak wywołać wrażenie, iż potrafi zachować spokój, podczas gdy zdobywa jedną pozycję po drugiej. Stosuje także ciche represje lub jawny rozbój w momentach, gdy uwaga opinii publicznej jest skierowana ku innym sprawom. Niekiedy nie porusza pewnych spraw uważając je za nieistotne, aby celowo pobudzać na nowo niebezpiecznego przeciwnika.

Jest to taktyka całkowicie obliczona na ludzką słabość, a jej rezultat jest matematycznie pewny, chyba że i druga strona nauczy się, jak walczyć.

Słabsze natury muszą wiedzieć, że chodzi tutaj o ich „być albo nie być”. Zastraszenie W warsztatach i fabrykach, na spotkaniach i masowych demonstracjach będzie skuteczne, dopóki nie natrafi na równą sobie siłę.

Nędza, która dopada robotników, wcześniej czy później kieruje ich do obozu socjaldemokracji.

Ponieważ mieszczaństwo niezliczoną ilość razy, nie tylko w najgłupszy, ale także i najbardziej niemoralny sposób występowało przeciwko uzasadnionym Żądaniom ludu -często bez żadnych korzyści dla siebie – dlatego robotnicy, nawet ci najbardziej zdyscyplinowani, byli zmuszani do porzucania działalności w organizacjach związkowych i do zajmowania się polityką.

W wieku dwudziestu lat nauczyłem się odróżniać związki zawodowe będące instrumentem obrony socjalnych praw pracujących i walki o lepsze warunki życia dla nich od związków pełniących funkcję instrumentu partyjnego w politycznej walce klasowej .

Fakt, że socjaldemokracja zrozumiała ogromne znaczenie ruchu związkowego, umożliwił jej posługiwanie się nim jako instrumentem walki i zapewnił jej sukces. Mieszczaństwo nie zrozumiało tego, wskutek czego straciło swoją polityczną pozycję. Wierzyło ono, że pogardliwe odrzucenie tego logicznego przecież postępowania, zada mu śmierć i zmusi socjaldemokrację do wejścia na drogę pozbawioną logiki. Ponieważ absurdem jest twierdzenie, że ruch związkowy jest głównym, wrogiem ojczyzny, prawdziwy musi być pogląd przeciwny. Jeżeli akcje związków są wymierzone przeciwko klasie stanowiącej jeden z filarów narodu i odnoszą sukces, to nie są one skierowane przeciwko ojczyźnie czy państwu, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu narodowo. W ten sposób można ukuć socjalne podstawy, bez których ogólne narodowe uświadomienie jest nie do pomyślenia. Zyskują one największe zasługi dzięki wykorzenianiu socjalnych narośli rakowatych, zwalczają choroby zarówno umysłowe, jak i fizyczne i doprowadzają naród do ogólnego dobrobytu.

Zbędne jest więc pytanie, czy są one potrzebne.

Tak długo, jak między pracodawcami istnieją ludzie o niewielkim stopniu zrozumienia zagadnień socjalnych lub – przekonani do fałszywych idei sprawiedliwości i uczciwości, jest nie tylko prawem, ale i obowiązkiem ludzi przez nich zatrudnionych, którzy mimo wszystko tworzą część naszej narodowości, zabezpieczyć interesy ogółu przeciwko wyzyskowi i głupocie poszczególnych pracodawców, ponieważ utrzymanie lojalności i zaufania ludzi jest dla narodu tak samo konieczne, jak utrzymanie go w zdrowiu.

Jeżeli niegodne traktowanie ludzi wywołuje ich opór, wtedy o tej walce zadecyduje strona, która jest silniejsza, chyba że oficjalny wymiar sprawiedliwości jest przygotowany do odparcia zła. Ponadto jest zrozumiałe, że poszczególny pracodawca popierany przez połączone siły wszystkich przedsiębiorców może zwrócić się przeciwko zatrudnionym. Jeżeli oczywiście nie będzie zmuszony oddać zwycięstwa na samym początku.

W ciągu kilkudziesięciu lat pod fachowym okiem socjaldemokracji ruch związkowy przekształcił się z instrumentu broniącego socjalnych praw ludzi w instrument rujnujący narodową gospodarkę. Interesy robotników wcale się nie liczyły, ponieważ w polityce zastosowanie ekonomicznych nacisków zawsze ma miejsce tam, gdzie jedna strona jest w wystarczającym stopniu pozbawiona skrupułów, a druga wystarczająco głupia. Od początku tego wieku ruch związkowy zaprzestał służyć swoim pierwotnym celom. Z roku na rok coraz bardziej znajdował się pod wpływem polityki socjaldemokracji i skończył się, użyty jako tama dla walki klas.

” Wolne związki zawodowe” zawisły nad politycznym horyzontem i nad życiem każdego człowieka, jak chmury burzowe.

To był jeden z najokropniejszych instrumentów terroru przeciwko bezpieczeństwu, narodowej niezależności i trwałości państwa oraz wolności ludzi.

Przede wszystkim to one przekształciły idee demokracji w odrażające, ironiczne frazesy przynoszące wstyd wolności i kpiące z braterstwa następującymi słowami „jeżeli nie przyłączysz się do nas, dla twojego dobra rozwalimy ci czaszkę”.

Poznałem wówczas tych „przyjaciół ludu”. Z biegiem lat moje poglądy stawały się szersze i głębsze, ale nie znajdowałem przyczyny, aby je zmienić.

Gdy coraz bardziej wnikałem w różne aspekty socjaldemokracji, wzrosło moje pragnienie zrozumienia istoty jej doktryny.

Oficjalna literatura partii była prawie zupełnie bezużyteczna dla moich celów. Twierdzenia i argumenty dotyczące zagadnień ekonomicznych, które tam znalazłem, okazały się błędne, a kierunki politycznych celów – fałszywe. Poczułem się dodatkowo odtrącony krętackimi sposobami przedstawiania faktów.

W końcu znalazłem powiązanie pomiędzy tą destrukcyjną doktryną, a charakterystycznymi cechami rasy do tej pory mi nie znanej .

Zrozumienie Żydów jest jedynym kluczem do właściwego poznania wewnętrznych, a więc rzeczywistych f celów socjaldemokracji.

Zrozumienie tej rasy pozwala na odrzucenie błędnych koncepcji dotyczących przedmiotu i znaczenia tej partii.

Dzisiaj jest mi trudno powiedzieć, jeżeli to w ogóle możliwe, kiedy słowo „Żyd” nabrało dla mnie socjalnego znaczenia. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek usłyszał to słowo w domu za życia mego ojca. Myślę, że ten starszy pan traktował je jak słowo z innej epoki, jeżeli w ogóle używał tego terminu. Miał mocne poczucie własnej narodowości, które również na mnie wywarło swe piętno.

Także w szkole nie znalazłem podstaw do zmiany wyniesionego z domu obrazu rzeczywistości.

W szkole realnej poznałem żydowskiego chłopca, którego wszyscy traktowaliśmy z dużą nieufnością. Ta ostrożność spowodowana była jego powściągliwością.

W wieku czternastu, piętnastu lat zacząłem coraz częściej spotykać się ze słowem „Żyd”, szczególnie przy okazji politycznych dyskusji.

Odczuwałem lekką niechęć do tego słowa i nie mogłem powstrzymać się przed nieprzyjemnym uczuciem wywołanym przez ujawniane w mojej obecności różnice religijne. Wówczas zagadnienie to widziałem wyłącznie w tym aspekcie.

WLinz u mieszkało bardzo mało Żydów. W ciągu stuleci upodobnili się do Europejczyków i nie różnili się wyglądem od innych ludzi: wówczas rzeczywiście patrzyłem na nich jak na Niemców. Nie była dla mnie jasna błędność tej koncepcji, ponieważ jedynym wyróżniającym ich szczegółem, który dostrzegałem, była odrębność religijna. Wówczas myślałem, że to była przyczyn a ich prześladowania, a niechęć, jaką do nich czułem, przeradzała się w odrazę do siebie. O istnieniu żydowskiej wrogości nie miałem wówczas pojęcia.

Następnie pojechałem do Wiednia.

Początkowo znajdowałem się pod wrażeniem architektonicznych doznań i byłem zbyt przybity trudną sytuacją, by uświadomić sobie rozwarstwienie ludzi w tym ogromnym h1ieścle.

Chociaż Wiedeń liczył wówczas około dwóch tysięcy Żydów j nie widziałem ich wśród dwu milionów mieszkańców. W czasie pierwszych tygodni moje oczy i umysł nie były zdolne zauważyć tylu wartości i idei. Stopniowo uspokajałem się i różne wrażenia zaczęły się stawać wyraźne i oczywiste, przez co zyskiwałem więcej doświadczenia w tym nowym świecie. Powracałem także do kwestii żydowskiej .

Nie twierdzę, że sposób, w jaki miałem ich poznać, był dla mnie szczególnie miły. Ciągle jeszcze traktowałem Żydów jako przedstawicieli innej religii i nie zgadzałem się na atakowanie ich z powodu zwykłej tolerancji religijnej. Uważałem, że ton, używany szczególnie przez wiedeńską antysemicką prasę, niegodny był kulturalnych tradycji wielkiego narodu.

Dręczyło mnie wspomnienie pewnych zdarzeń ze Średniowiecza, których wolę nie wspominać. Ponieważ prasa nie cieszyła się dobrą reputacją – nigdy nie wiedziałem dokładnie, skąd to się wzięło – uważałem to bardziej za efekt zazdrości niż rezultat przewrotności poglądów.

Moje przekonania umocniło to – wydawało mi się to bardziej godne w formie – gdy naprawdę wielka prasa odpowiadała na ataki albo reagowała milczeniem. Pilnie czytałem tak zwaną światową prasę („Neue Freie Presse”,. ” Wiener Tageblatt”, etc.). Stale jednak budził we mnie odrazę sposób, w jaki ta prasa nadskakiwała dworowi. Zaledwie jakieś wydarzenie miało miejsce w Hofburgu, a już uderzano w tony pełne; zachwytu bądź krzykliwej reklamy, stosując idiotyczną’ praktykę zwracania się do „najmądrzejszego monarchy” wszystkich czasów. Uważałem to za skazę na liberalnej demokracji.

Mieszkając w Wiedniu z wielkim zainteresowaniem śledziłem, podobnie jak wcześniej, wszelkie wypadki w Niemczech, związane z politycznymi lub kulturalnymi zagadnieniami. Z dumą i podziwem porównywałem wzrost znaczenia Rzeszy z upadkiem państwa austriackiego. Gdy polityka zagraniczna w całości mnie satysfakcjonowała, martwiła mnie często polityka wewnętrzna. Kampania przeciwko Wilhelmowi II nie wzbudziła mojej aprobaty. Uważałem go nie tylko za cesarza niemieckiego, . ale przede wszystkim za twórcę niemieckiej floty. Fakt, że Reichstag zakazał cesarzowi przemówień, rozgniewał mnie, ponieważ zakaz nie miał mocy prawnej.

Byłem wściekły, że w tym państwie każdemu głupcowi wolno krytykować i występować w Reichstagu jako prawodawcy, że osoba nosząca koronę imperium może być strofowana przez najgłupszą i najbardziej absurdalną instytucję w każdym czasie .Jeszcze bardziej byłem oburzony tym, że wiedeńska prasa, która kłaniała się z szacunkiem najniższemu z niskich, jeżeli zaliczał się do dworu, teraz z udawanym niepokojem, ale także – jak zauważyłem – z ukrytą wrogością dawała wyraz swym zastrzeżeniom do cesarza Niemiec. Muszę przyznać, że jedna z antysemickich gazet, ” Wentsche Volksblatt”, zachowywała większą przyzwoitość pisząc na ten temat.

Działał mi też na nerwy sposób, w jaki prasa odnosiła się do Francji. Wstyd było się przyznać, że jest się Niemcem, słysząc słodki hymn na cześć tego ” wielkiego, kulturalnego narodu”. To powodowało, że częściej odrzucałem tę „światową prasę”. Sięgałem wtedy po „Volksblatt”, który był mniejszy, ale uczciwiej przedstawiał poglądy na te sprawy. Nie zgadzałem się z ich napastliwym antysemickim tonem, ale znalazłem w nim argumenty, które wywołały u mnie refleksje.

W każdym razie dowiedziałem się z niego o człowieku i ruchu, którzy później zadecydowali o losie Wiednia: doktorze Karlu Luegerze i Partii Chrześcijańsko-Socjalistycznej .

Po przybyciu do Wiednia byłem ich wrogiem .W moich oczach ten człowiek i ta organizacja były wówczas „reakcyjne”.

Kiedy pewnego razu spacerowałem po mieście, napotkałem jakąś istotę z czarnymi pejsami, w długim kaftanie. Moją pierwszą myślą było, czy jest to Żyd. W Li n z u wyglądali oni zupełnie inaczej. Ostrożnie obserwowałem tego mężczyznę, ale im dłużej wpatrywałem się w niego i badałem jego rysy, tym bardziej nasuwało mi się pytanie: czy to jest Niemiec?

Jak zwykłe przy takich okazjach próbowałem rozwiać moje wątpliwości przy pomocy książek. Pierwszy raz w życiu kupiłem za kilka halerzy antysemickie broszury. Niestety wszystkie one zdawały się być napisane dla czytelnika, który ma przynajmniej częściową wiedzę na temat zagadnień żydowskich. W końcu ton większości z nich był taki, że znowu ogarnęły mnie wątpliwości, ponadto twierdzenia w nich zawarte nie były poparte naukowymi argumentami.

Sprawa ta wydawała się tak bardzo rozległa, a jej badanie zbyt długotrwałe, że nękała mnie obawa, abym nie wyrządził komuś krzywdy. Znowu ogarnęła mnie niepewność i niepokój .

Nie mogłem dłużej wątpić, ten problem nie dotyczył ludzi innej wiary, ale odrębnego narodu. Jak tylko zacząłem studiować to zagadnienie i zwróciłem uwagę na Żydów, ujrzałem Wiedeń w innym świetle. Teraz gdziekolwiek nie poszedłem widziałem Żydów, a im częściej ich spotykałem, tym wyraźniej zauważałem, że, różnili się od innych ludzi. Szczególnie śródmieście i rejony znajdujące się na północ od kanału Dunaju; roiły się od ludzi niepodobnych do Niemców.

Mimo to wciąż miałem wątpliwości, a moje wahania rozwiali sami Żydzi.

Wielki ruch, który rozszerzał się wśród nich, był szeroko reprezentowany zwłaszcza w Wiedniu. Był to syjonizm.

Oczywiście wyglądało to tak, jakby tylko część Żydów zajmowała taką postawę, większość natomiast rzeczywiście szczerze odrzucała takie zasady. Jednak przy baczniejszej obserwacji, zjawisko to rozwiało się we mgle teorii, faktycznie ze względów praktycznych, ponieważ tak zwani liberalni Żydzi nie uznawali syjonistów, ale nie jako nie-Żydzi, ale po prostu jako Żydzi, którzy uważali syjonizm za niepraktyczny, mało tego, może nawet za niebezpieczny dla judaizmu.

Ale ich wewnętrzna solidarność jest trwała.

Pozorny rozdźwięk pomiędzy syjonistami i liberalnymi Żydami w krótkim czasie przyprawił mnie o mdłości. Wydawał się być nieszczery od początku do końca, cały był kłamstwem, a co więcej, niegodny był stale wychwalanej wzniosłości i czystości moralnej tego narodu.

Judaizm wiele stracił w moich oczach, kiedy poznałem przejawy jego działalności w prasie, literaturze i dramatopisarstwie. Na nic nie zdadzą się już obłudne zapewnienia. Wystarczy tylko popatrzeć na ich plakaty i przestudiować nazwiska tych natchnionych twórców obrzydliwych wymysłów na potrzeby kina czy teatru, które są im przypisywane, żeby się na nie na zawsze uodpornić. Ta zaraza, która została wszczepiona naszemu narodowi, była gorsza niż czarna śmierć.

Zacząłem uważnie studiować nazwiska wszystkich twórców tych plugawych produktów życia artystycznego. Efektem była coraz bardziej nieprzychylna postawa, jaką kiedykolwiek zajmowałem w stosunku do Żydów. Chociaż moje uczucia mogły się sprzeciwiać temu tysiąc razy, rozum musiał jednak wyciągać właściwe wnioski.

Pod tym samym kątem zacząłem badać moją ulubioną „prasę światową”.

Liberalne tendencje w tej prasie postrzegałem teraz w innym świetle: jej uszlachetniony ton w odpowiedzi na ataki lub zupełne ich ignorowanie był dla mnie chytrym, nędznym trikiem. Ich genialnie napisane recenzje teatralne zawsze faworyzowały żydowskich autorów, a krytyka dotyczyła wyłącznie Niemców. Ich uszczypliwe docinki przeciwko Wilhelmowi II, podobnie jak ich podziw dla francuskiej kultury i cywilizacji wykazywały zgodność ich metod. To nie mógł być przypadek.

Teraz, kiedy poznałem Żydów jako przywódców socjaldemokracji, otworzyły mi się oczy. Moja długotrwała walka wewnętrzna do biegała końca.

Stopniowo zdawałem sobie sprawę, że socjaldemokratyczna prasa była w większości kontrolowana przez Żydów. Nie przywiązywałem do tego większej wagi, ale dokładnie taka sama sytuacja była w innych gazetach. Należy jednak zauważyć, że nie istniało ani jedno czasopismo kierowane przez Żydów, które miałoby charakter narodowy.

Próbowałem odrzucić niechęć i czytać tę prasę, ale moja odraza rosła w miarę lektury. Dlatego byłem ciekawy autorów tego narodowego draństwa; poczynając od wydawców wszyscy byli Żydami.

Zauważyłem, że autorami wszelkich ukazujących się socjaldemokratycznych broszur byli, bez wyjątku, Żydzi. Stwierdziłem, że nazwiska prawie wszystkich przywódców, a na pewno ogromnej większości, należały do „narodu wybranego”, obojętnie czy byli to członkowie parlamentu austriackiego, czy sekretarze związków zawodowych, przewodniczący organizacji lub uliczni agitatorzy. Wszędzie widoczny by l ten sam ponury obraz. Na zawsze pozostały w mej pamięci nazwiska: Austerlik, Dariel, Adler, Ellenbogen itd.

Jedna rzecz stała się teraz dla mnie zupełnie jasna, przywództwo partii, z którym od miesięcy prowadziłem zażartą walkę, było prawie zupełnie w rękach obcego narodu. Dowiedziałem się w końcu, ku mojej wewnętrznej satysfakcji, że Żyd nie był Niemcem.

Dopiero teraz nabrałem całkowitej pewności, że działali oni na szkodę naszego narodu.

Im dłużej walczyłem z nimi, tym lepiej poznawałem ich dialektyczne metody. Bazowali na głupocie swoich przeciwników, a gdy to nie przynosiło rezultatów, udawali, że nie wiedzą, o co chodzi. Jeżeli sytuacja nie była dla nich korzystna, szybko zmieniali temat i te same banały stosowali do zupełnie innego zagadnienia. Dopasowywali je w sposób dowolny i ogólnikowy, chcąc sprawić wrażenie, że posiadają rzetelną wiedzę. Gdy jednak przystawiało się takiego osobnika do muru, tak że nie miał innego wyjścia i musiał przytaknąć, wydawało nam się, że posunęliśmy się do przodu. Jakież ogromne było nasze zdziwienie, gdy nazajutrz Żyd nic nie pamiętał i dalej opowiadał swoje skandaliczne bzdury, jakby nic się nie stało. Nie mógł sobie nic przypomnieć, oprócz udowodnionych już raz prawd swoich twierdzeń.

Ze zdumienia stawałem jak wryty. Nikt nie wiedział czemu bardziej się dziwić -błyskotliwości ich odpowiedzi czy umiejętności kłamania. Stopniowo zaczynałem to nienawidzić.

Wszystko to miało jednak dobrą stronę. Moja miłość do narodu niemieckiego wzrastała wszędzie tam, gdzie miałem do czynienia z propagatorami socjaldemokracji.

Na podstawie codziennych doświadczeń zaczynałem szukać źródeł marksistowskiej doktryny. Jej przejawy były jeszcze dla mnie widoczne w indywidualnych przypadkach. Bez odpowiedzi pozostawało ciągle pytanie, czy twórcom znany był rezultat osiągnięty w praktyce, czy też stali się ofiarami błędu.

Zacząłem zapoznawać się z twórcami doktryny, aby poznać zasady tego ruchu.

Dzięki znajomości, chociaż niezbyt rozległej, problemu żydowskiego, osiągnąłem swój cel szybciej, niż się tego spodziewałem. Umożliwiło mi to w praktyce porównanie rzeczywistości z teoretycznymi twierdzeniami orędowników socjaldemokracji. Nauczyłem się rozumieć metody Żydów.

Dokonywały się we mnie wówczas największe zmiany, jakich kiedykolwiek doświadczyłem. Z szarego obywatela stałem się fanatycznym antysemitą. Żydowska doktryna marksistowska odrzuca arystokratyczne prawo natury i w miejsce odwiecznego przywileju siły kładzie masy i znaczenie ilości. W ten sposób zaprzecza indywidualnej wartości człowieka, nie uznaje, aby narodowość i rasa były wartością, pozbawia znaczenia ludzką egzystencję i kulturę.

Jeżeli Żyd z pomocą swego marksistowskiego credo podbije narody świata, jego panowanie będzie końcem ludzkości, a nasza planeta, bezludna jak przed milionami lat, będzie pędzić w eterze.

Odwieczna natura bezwzględnie karze tych, którzy; łamią jej prawa.

To daje mi przekonanie, że działam w imieniu Wszechmogącego Stwórcy.


 

cdn. w nasępny poniedziałek


 

Część I (część I, rozdział Ι)

Komentarzy 5 do “Adolf Hitler: Moja walka (część II)”

  1. Trzeba wrócić do listu rozwodowego,który opisał polski badacz antyku Tadeusz Zieliński w HELLENIZM A JUDAIZM.
    Ma swoją historię żydowski,bandycki rewolucjonizm.

  2. Wiesiek said

    Cudo, proszę o więcej Panie Włodku.

  3. Taka i moja prośba w kontekście judaizacji chrześcijaństwa,a równolegle radykalizacji wczesnych myśli mesjasza Karola Marksa przez NOWĄ LEWICĘ.

  4. Piotrx said

    Jak pisał Feliks Koneczny w „Cywilizacji żydowskiej”:

    „… . W Niemczech tępi się Żydów, a natomiast przyjmuje się ich ideologię. Zręby hitleryzmu zaczerpnięte są z cywilizacji żydowskiej. Pierwszy (o ile wiem) zorientował się w tym K.L.Koniński, piszący w roku 1933 o narodzie wybranym i rasie wybranej: „Jakżeż podobni do znienawidzonych śmiertelnie Żydów są ci antysemici!”. Działalność cywilizacyjna obu społeczeństw, rosyjskiego i niemieckiego, łączy się w walce z chrześcijaństwem….. W państwowości Trzeciej Rzeszy stanęło na tym, że według wyrażenia dra Hompfla ,,kultura, którą posiadamy, nie jest chrześcijańską, a co jest chrześcijańskie, nie jest dla nas kulturą.” Hompfl lubi jednak mówić o Bogu, Opatrzności i o najlepszych stosunkach Niemiec z Bogiem. Lecz z Bogiem niemieckim, a zatem nie jest to Bóg, lecz tylko bóg, bożek. Ich pan i bóg, der deutsche Gott, nie jest bynajmniej bogiem innych także ludów; jest to odrębny, własny bóg plemienny.
    A zatem mamy okaz monolatrii. Stary to wynalazek żydowski. Der deutsche Gott, toć Jehowa, przetłumaczony na niemiecki; można by powiedzieć: Jehowa zgermanizowany.”

    „W 1921 roku Hitler dzięki pieniądzom pożyczonym między innymi od Żydów , odkupił od „mistrza zakonnego” Sebottendorfa „Volkische Beobachter” za 100 000 marek w gotówce, z których 30 000 wniósł jego przyjaciel Moses Pinkeles alias Trebitsch-Lincoln ” – D.Bronder „Zanim przyszedł Hitler”

  5. @Piotrx
    Feliks Koneczny,polski badacz,to autor oryginalnego podziału na CYWILIZACJE.Jako NASTĘPSTWO WYBRAŃSTWA opisał CYWILIZACJĘ ŻYDOWSKĄ,nazywając ją CYWILIZACJĄ PODWÓJNEJ MORALNOŚCI.
    Jako kontynuatora tego opisu można uznać Kevin’a MacDonald’a,który w KULTURA KRYTYKI opisał ŻYDOWSKA EWOLUCYJNĄ STRATEGIĘ GRUPOWĄ.Odnosząc się do współczesności cytat ze str.564 :
    „Ironiczną wymowę będzie miał fakt,że niezależnie od tego,jak bardzo antysemicką retorykę będą stosować przywódcy tych obronnych ruchów,będą zmuszeni przyjmować za swoje kluczowe aspekty żydowskiej ewolucyjnej strategii grupowej.Takie strategiczne naśladownictwo doprowadzi doprowadzi ponownie do „judaizacji” społeczeństw zachodnich…”
    Można powiedzieć,że doświadczamy CYWILIZACYJNEJ MIESZANKI pod znaczącym wpływem CYWILIZACJI PODWÓJNEJ MORALNOŚCI.

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: