Wirtualna Polonia

“-Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i ojczyźnie podnieśliśmy głowy.”

Mirosław Kokoszkiewicz: Szafa Kiszczaka II

Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2016-03-04

5 listopada ubiegłego roku zmarł Czesław Kiszczak – zdrajca, komunistyczny zbrodniarz i depozytariusz najbardziej tajemnej wiedzy o agenturze zwerbowanej przez kierowaną przez niego Służbę Bezpieczeństwa. Kilkanaście miesięcy wcześniej III RP z honorami pożegnała renegata Wojciecha Jaruzelskiego – sowieckiego generała przebranego w polski mundur. Obaj komunistyczni bandyci, – co dla nikogo nie powinno być tajemnicą – swoją bezkarność oraz trwanie zaprojektowanego na Kremlu magdalenkowego układu władzy zawdzięczali hakom, które trafiły do ich prywatnych archiwów. To komfortowa sytuacja trzymać na krótkiej smyczy sztucznie wykreowane przez siebie samych elity władzy wiedząc jednocześnie, że ta smycz jest również doskonałą polisą zapewniającą komunistycznym zbrodniarzom spokojne życie na wolności. Myślę, że już po śmierci Jaruzelskiego wśród okrągłostołowych łże-elit zapanował niepokój, który po odejściu Kiszczaka przerodził się w przerażenie. To bardzo ciekawe, że prokuratorzy z IPN dopiero po śmierci obu zdrajców odważyli się wkroczyć na prywatne terytorium jednego z nich. Przecież Instytut Pamięci Narodowej wraz z pionem śledczym powstał w 1999 roku, czyli już 17 lat temu. Czyżby i ta instytucja została zaprogramowana tak, aby w pewne sprawy nie wchodzić i niewygodnych tematów nie poruszać? Czy pion śledczy IPN to zwykłe francuskie kanapowe pieski, które przez niemal dwie dekady udawały polujące wilki? Może o tym świadczyć ślimaczące się śledztwo w sprawie mordu na ks. Jerzym Popiełuszce oraz ta osobliwa powściągliwość i niemoc, jeżeli chodzi i przeszukania w posiadłościach Jaruzelskiego, Kiszczaka i innych PRL-owskich trepów, o których wiadomo od dawna, że sprywatyzowali na swój własny użytek dokumenty, które od dawna powinny znajdować się w IPN.

 

W styczniu ubiegłego roku na łamach „Warszawskiej Gazety” ukazał się mój tekst zatytułowany, „Szafa Kiszczaka”, w którym przypomniałem wypowiedzi Jaruzelskiego i Kiszczaka, na podstawie których nawet średnio rozgarnięty człowiek wywnioskowałby, że generałowie jednoznacznie przypominają swojej przystrojonej w opozycyjne szatki agenturze skąd wyrastają jej nogi.

 

Przytoczę fragment: Zawsze przy okazji niewygodnych dla obu okrągłostołowych stron procesów sądowych zarówno Jaruzelski, jak i Kiszczak publicznie zdawali się mówić: – Panowie, nie tak się umawialiśmy. I zawsze straszyli swoją tajemną wiedzą, tak jak Jaruzelski grożąc, „niech uważają, bo pospadają aureole”, czy dzisiaj Kiszczak, który w wywiadzie dla SE ujawnia: Wiele zniszczyłem. Kiedy po 1989 roku ktokolwiek zwrócił się do mnie w sprawie niszczenia akt, zawsze je niszczyłem. Każdego. […] To nie były płotki. To byli ludzie poważni. Pisarze, wielcy aktorzy i politycy, ludzie kościoła.[…] Nie powiem, kto. Ale widzę ich w telewizji, często jak na mnie plują.

 

W tamtym tekście zastanawiałem się również nad tą tajemną wiedzą pisząc: Teraz zastanówmy się, jaka jest zawartość tych „wrażliwych danych”? Czy po 25 latach Polakami wstrząsnęłaby wiadomość, że System III RP opiera się na zwerbowanej przez resort Kiszczaka agenturze? Nie sądzę. Przecież w mediach aż roi się od ludzi, o których wiadomo już, że byli płatnymi agentami. Polityczne kariery nawet na europejskich salonach robią dawni TW, tacy jak na przykład Michał Boni czy Dariusz Rosati. Uwikłani we współpracę z SB biskupi pouczają nas nadal w swoich homiliach. Polakom jakoś to nie przeszkadza i zdaje się nie robić to na nich wrażenia. Cóż więc takiego mieli na myśli Jaruzelski i Kiszczak? Jakaż to porażająca wiedza jest dzisiaj w posiadaniu Kiszczaka, że wzbudza ona tak wielki strach salonu? Jedno jest pewne. Upublicznienie tej wiedzy wstrząsnęłoby Polakami i zmiotło ze sceny politycznej oraz życia publicznego całą „elitę” III RP. Jeżeli nie mogą być tym detonatorem inicjującym potężny wybuch teczki TW to, czego dotyczy ta „wrażliwa wiedza”? Na trop naprowadza nas sam Kiszczak, który w 2009 roku w wywiadzie dla „Dziennika Gazeta Prawna” mówił: „Uważamy się za pępek i sumienie świata. A Polska jest potrzebna mocarstwom do prowadzenia gier. Amerykanie i Zachód w latach 80. kupowali Polskę za drobne, a ja te drobne, czyli setki tysięcy dolarów, przepuszczałem przez ręce. Przez związki zawodowe szły do Polski pieniądze. Kanały były opanowane przez polski wywiad. Podwładni mnie namawiali, żeby te pieniądze zbierać na Skarb Państwa. Ale po co? Wiedzieliśmy, ile pieniędzy przychodzi, do kogo idą, na co są rozdzielane. […] Ludzie na dole wydawali po 10, 20 dolarów. To były wtedy duże pieniądze. A część z tej pomocy, jak mi meldowali podwładni, szła do kieszeni. Z tego tytułu podobno niektórzy mają dziś duże majątki.”

 

Do dziś nie zmieniłem zdania. Polacy po latach obróbki przy użyciu zainstalowanego przy Czerskiej propagandowego młota zostali znieczuleni i są w stanie zrozumieć „chwile słabości” różnych TW, którzy jak to się u nas przyjęło „donosili, ale nikomu nie wyrządzili krzywdy”, czyli jak mówi Stanisław Michalkiewicz, „palili, ale się nie zaciągali”. Co innego, jeżeli dowiedzieliby się, że wierchuszka „Solidarności” i tak zwane „autorytety” to zwykli złodzieje, którzy przywłaszczyli sobie płynące z zagranicy miliony dolarów i bez skrupułów wykorzystywali ideowość tysięcy szczerych patriotów, którzy narażali się za przysłowiowe friko inkasując wyroki za drukowanie i kolportaż podziemnych wydawnictw.

 

Czy zawartość szafy Kiszczaka to przełom?  Chciałbym, żeby tak się stało. Może jednak być zupełnie inaczej. Kiszczak zmarł 5 listopada ubiegłego roku wiedząc już, kto wygrał wybory prezydenckie i parlamentarne. Wiedział też, że kończy się kadencja prezesa IPN, Łukasza Kamińskiego, którego jedni zwą „ciepłe kluchy”, a drudzy „miękka d..a”. Dla wdowy, w której domu pozostało nielegalne archiwum rodziło się zagrożenie. A teraz pewna dygresja. Nie wszyscy wiedzą, że prezes Kamiński dobrze się kiedyś zapowiadał. Przypomnę fragment wywiadu, jakiego Agacie Nowakowskiej i Dominice Wielowiejskiej z „Gazety Wyborczej” udzielił w 2011 roku Bogdan Borusewicz:

Nie miał pan żadnych wątpliwości przy wyborze na prezesa IPN Łukasza Kamińskiego? 

– Za każdym razem mam jakieś wątpliwości. Największe miałem przy wyborze Janusza Kurtyki i nimi się dzieliłem, ale one nie zostały zaakceptowane. Nie znam dobrze nowego prezesa – podobnie jak większość parlamentarzystów. Głosowałem za, bo zawierzyłem Radzie Instytutu, która przedstawiła kandydata. Zastosowano demokratyczne procedury i nawet, jeżeli kandydat nie za bardzo mi się podoba, to muszę to uszanować. Mam nadzieję, że Łukasz Kamiński nie będzie kontynuował linii poprzednika. Bo to oznaczałoby upolitycznienie IPN. 

Wojciech Mazowiecki w „Gazecie” skrytykował Kamińskiego za jego prace naukowe poświęcone opozycji demokratycznej w PRL, za niejasne stanowisko wobec Lecha Wałęsy, roli KOR-u czy sugestie, że słynna ucieczka Zbigniewa Bujaka była kontrolowana przez SB. 

– Akurat krytyka Mazowieckiego mnie nie przekonała. Przeczytałem prace Kamińskiego na temat KOR-u i pod względem warsztatu historycznego oceniam je dobrze. 

Kamiński dotarł do dokumentu, z którego niby wynikało, że ucieczka Bujaka była częścią operacji MSW. A potem inny pracownik IPN Sławomir Cenckiewicz nagłośnił ten dokument, jako dowód na to, że SB kontrolowała niemal wszystko, włącznie z przemianami ’89. 

– Jest jednak fundamentalna różnica między Cenckiewiczem a Kamińskim. Wojciech Mazowiecki jest po prostu zwolennikiem likwidacji IPN, z czym się fundamentalnie nie zgadzam.       

 

Jak widzimy Łukasz Kamiński zmieniając punkt siedzenia zmienił też punkt widzenia i nie przypominam sobie, aby wracał później, jako prezes IPN do „słynnej brawurowej ucieczki” Bujaka. Co w takim razie będzie, jeżeli w zarekwirowanych w domu Kiszczaka dokumentach będzie tylko kilka małych rozczarowujących sensacyjek? Wtedy będziemy mogli założyć, że Kiszczak umierając wydał kilka dyspozycji swojej żonie po to, aby ją chronić i jednocześnie udupić Wałęsę, do którego prywatnie czuł wstręt i pogardę. Tak go opisywał na posiedzeniu biura politycznego KC PZPR: „żulik, mały człowiek i chytry lis”. Trudno się dziwić – Kiszczak doskonale wiedział, że Wałęsa był genetycznym donosicielem. Znany był z tego w swojej wiosce, a później w czasie odbywania zasadniczej służby wojskowej. Doskonalił tę swoją haniebną działalność kapusia po grudniu 70 i co bardzo prawdopodobne w czasie solidarnościowego zrywu.

 

Kiszczak za życia wiedział, że nikt go nie tknie, a tym bardziej nie urządzi w jego domu przeszukania. Jego letniskowy domek w miejscowości Wikno nad jeziorem Omulew na Mazurach, o którym mówiło się, jako o miejscu ukrycia prywatnego archiwum spłonął przecież doszczętnie wraz z garażem w 2010 roku, cztery miesiące po smoleńskim zamachu.  Być może już na łożu śmierci Kiszczak postanowił chronić swoją żonę i w tym celu przygotował pakiet wyselekcjonowanych kwitów, które kazał jej ujawnić? Znał przecież poniższy artykuł ustawy o IPN:  

 

Art. 54.

  1. Kto nie będąc do tego uprawnionym, dokumenty lub zapis informacji, podlegające przekazaniu Instytutowi Pamięci na podstawie art. 25 i 28 ust. 1 lub znajdujące się w archiwum Instytutu, niszczy, ukrywa, uszkadza, usuwa lub zmienia ich zapis, w inny sposób udaremnia lub znacznie utrudnia uprawnionej osobie lub instytucji zapoznanie się z nimi albo zakłóca lub uniemożliwia automatyczne gromadzenie lub przekazywanie takich informacji, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.
  2. Tej samej karze podlega ten, kto będąc w posiadaniu dokumentów lub zapisu informacji podlegających przekazaniu Instytutowi Pamięci na podstawie wymienionej w ust. 1, uchyla się od ich przekazania, utrudnia przekazanie lub je udaremnia.

 

Zapewne pamiętał też szef PRL-owskiej bezpieki tragiczny los, jaki spotkał premiera Piotra Jaroszewicza i jego żonę – torturowanych i zamordowanych przez nieznanych sprawców, których kto, jak kto, ale Kiszczak znał doskonale i dowolnie nimi za swego długiego życia dysponował. Czy mógł się obawiać, że po jego śmierci tchórzliwa psiarnia trzymana na smyczy nabierze odwagi?

 

Tym wszystkim, którzy niecierpliwie oczekują prawdy o narodzinach III RP zalecam cierpliwość. Ten lont się pali, a bomba w końcu wybuchnie. Może być i tak, że faktycznie wbrew moim wątpliwościom wdowa po Kiszczaku przekazała kluczowe dokumenty i będziemy mieli do czynienia z wielkim wstrząsem na scenie politycznej oraz chichotem historii? Oto zwalczająca od 89 roku lustrację Czerska w finale sama zostanie zlustrowana, ale nie przez znienawidzonego Antoniego Macierewicza, tylko przez cierpiącą na starczą demencję wdowę po „człowieku honoru”. Czy Michnik to przeżyje? Tyle włożonego wysiłku by na koniec polec z rąk jednej zagubionej staruszki?   

 

Przez lata opisywania tego „pokalanego poczęcia” III RP sam z osoby nadpobudliwej i niecierpliwej przeistoczyłem się w kogoś o naturze wędkarza łowiącego metodą spławikową.  Spokojnie zerkam na ten spławik i wierzę w wielkie branie, które nastąpi wtedy, kiedy nastąpi, bo…     

 

…Nic się nie dzieje przedwcześnie,
i nic się nie dzieje za późno, 
i wszystko się dzieje w swoim czasie, wszystko… 
Wszystkie uczucia, spotkania, 
odejścia, powroty, czyny i zamiary. 
Zawsze właściwą godzinę biją Boże zegary.
(Roman Brandstaetter)

 

Tekst ukazał się w „Warszawskiej Gazecie”

Nowy numer już w kioskach

Mirosław Kokoszkiewicz

 

Reklamy

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: