No i co? No i nic! Miało być, według Schetyny, pół miliona, a drugie pół miały dowieźć autokary. Wszystkiego razem wyszło na ulice coś pomiędzy 10, a 20 tysięcy.

Mniej więcej tyle, ile maszerowało w demonstracji pod hasłem „Wszyscy jesteśmy Bolkiem”. Nawet TVN w wydaniu faktów skrzętnie unikał szerokich planów z góry. Nawet gdyby przyszło 25 tysięcy to i tak dużo, dużo mniej niż w pierwszej, warszawskiej demonstracji KOD-u. Używając kolokwializmu – więcej opozycja „nie wyda”. Jaki Majdan? Jaka wojna domowa? Śmiech na sali, a może bardziej na ulicach. Szczególnie po wysłuchaniu zagrzewających do walki piskliwym głosem dziewczyn od Petru – Kamili Gasiuk-Pichowicz wraz z wtórującą jej Joanną Scheuring-Wielgus. I co dalej opozycjo? Udało wam się doprowadzić do przesilenia. Ludziom udziela się wasza sztucznie kreowana histeria, ale nic więcej. Więcej na wasze kodowskie spędy już nie przyjdzie. Jak na miasto, w którym żyje 70 tys. urzędników, nie licząc lemingów, inteligentów etc. to i tak niewiele udało się wam zebrać na warszawskim bruku. Rzekłbym porażka.

Jak nie wiecie, co teraz robić, to wam podpowiem. Dalej macie już tylko ścianę. Owszem, możecie w starym, dobrym targowickim stylu skomleć o wsparcie, wieszając się u klamek obcych dworów. Może się nad wami zlitują i zarządzą głosowanie nad sankcjami dla Polski. Ale na tym się skończy. Węgierskie weto przekreśli ostatecznie wasze rachuby. Jakbyście myśleli, że będzie inaczej, to przypominam tylko o tym, że jedynie przedstawiciel Węgier Andras Varga nie zawahał się zagłosować wbrew całej Komisji Weneckiej, uważając opinię tego gremium za jednostronną. O byłej premier Hannie Suchockiej szkoda nawet wspominać, bo chyba tylko naiwni bądź niespełna rozumu myśleli, że może zagłosuje inaczej – za stanowiskiem rządu Rzeczpospolitej Polskiej. Może pani Suchocka pofatygowałaby się teraz do kraju, by wesprzeć powstający w głowach opozycji PO – .N pomysł Majdanu. Przepraszam miasteczka namiotowego w centrum miasta, które będzie tylko denerwować Warszawiaków zablokowaniem Śródmieścia, bo na interwencję policji przeciwko wam liczyć nie możecie.

Jestem ciekaw tych tysięcy emerytów, którzy będą koczować np. na Placu Trzech Krzyży. Choć wielu zwolenników rządu miałoby dobrą zabawę, to raczej nie sądzę, żeby pomysł ten wypalił. Tak czy inaczej nikt waszych gróźb o przywróceniu status quo ante w Trybunale Konstytucyjnym słuchać nie będzie, choćbyście chodzili w kilkutysięcznych demonstracjach, aż do grudnia, kiedy kończy się kadencja Największego Ajatollacha – prof. Andrzeja Rzeplińskiego.

Nie muszę dodawać, że przez najbliższe tygodnie ze strony rządzącej i Kukiz’15 będą padały głównie ciepłe słowa zachęcające do kompromisu. A w miarę trwania tej sytuacji, słupki w sondażach będą wam powoli, acz konsekwentnie spadać. W polityce zawsze jest tak – jeśli się ostro gra i dochodzi do przesilenia, to albo będzie jeszcze ostrzej i się wygrywa, albo klapa. Dziś zamiast milionów na ulicach był pisk dziewczyn od Petru i 15 tysięcy (wg. Policji, 20 tys. wg mnie) i … nic więcej. W tej sytuacji nie liczcie na to, że PiS ulegnie waszym żądaniom, bo po pierwsze gdyby uległ, wasz Trybunał cofnął by kluczowe nowe ustawy, tak jak miał to zrobić, gdyby PiS go nie zatrzymał. Dlatego nie rozumiem komentatorów, którzy uważają, że można to było zrobić inaczej. Jeśli tak, to pytam się – jak? Do tej pory poza krytyką „że za szybko”, „że za ostro”, „że, że, że …” nie usłyszałem żadnej alternatywnej propozycji załatwienia sprawy Trybunału. Bo gdyby PiS tego nie zrobił można by było zapomnieć o ustawie medialnej, 500 + na dziecko, o ustawie o służbie cywilnej itd. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, to śmiem twierdzić, że inaczej postrzega rzeczywistość niż ona wygląda. Dlaczego Platforma z Nowoczesną z uporem maniaka domaga się zaprzysiężenia tych trzech sędziów? By w konsekwencji powrotu TK w starej formie uznać kluczowe ustawy za niekonstytucyjne. Dokładnie tak samo, jak robił to Trybunał za czasów „Pierwszego PiS-u”. Dlatego nie chcą na razie iść na kompromis i próbują eskalować napięcie. Poza tym zdają sobie sprawę, że to dziś to ich jedyne paliwo, które mobilizuje opozycję. Muszą trwać przy swoim, choć na dłuższą metę postawa ta jest zgubna.

Oczywiście można podkręcać jeszcze atmosferę histerii, aż do Szczytu NATOw Warszawie, wykorzystując po drodze ewentualną dyskusję o sankcjach wymierzonych we własny kraj podczas obrad Komisji Europejskiej Szczyt też niewiele zmieni. Odbędzie się jak planowano. Jeśli myślicie, że Amerykanie zmniejszą przez konflikt wokół TK pomoc militarną dla naszego regionu, to też się mylicie, o czy sami dobrze wiecie, a jak nie, to się spytajcie poufnie Radka Sikorskiego i jego małżonki Anne Applebaum.

Po lipcowej konferencji NATO w Warszawie nastąpi dla opozycji zjazd równią pochyłą o dużo większym kącie nachylenia niż dziś i będzie trwał, aż do końca „pożal się Boże” kadencji prof. Rzeplińskiego. Skłaniam się do tezy wygłoszonej przez Andrzeja Urbańskiego w rozmowie z Krzysztofem Ziemcem i prof. Kazimierzem Kikiem. Plan Jarosława Kaczyńskiego do zapędzenia opozycji w kozi róg wszedł teraz w kolejną fazę realizacji. Gdybym był Schetyną, dziś w nocy, po porażce projektu „miliony na ulicach”, zacząłbym już myśleć o kompromisie. Zresztą w zgodzie z konkluzjami Komisji Weneckiej, która stwierdziła, że jest to już spór polityczny nie prawny i jego rozwiązanie polega na dojściu do porozumienia zwaśnionych stron. Nie chcę wspominać już górnolotnie o szeroko pojętym dobru kraju, wystarczy, że pomyślisz chłopie o własnym. Ratowanie Polski zostaw mądrzejszym politykom.