Wirtualna Polonia

“-Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i ojczyźnie podnieśliśmy głowy.”

Małgorzata Zwiercan – Kobieta walcząca. Kukiz nie będzie miał z nią łatwego życia.

Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2016-04-15

Przyjaciele mówią, że Małgorzata Zwiercan powinna nosić przydomek „nie ma zmiłuj”. Bolesne doświadczenia, zamiast ją złamać, tylko dodawały sił do walki. Czy bezkompromisowa posłanka poradzi sobie w Sejmie?

Małgorzata Zwiercan

Małgorzata Zwiercan chce w Sejmie zająć się m.in. przywróceniem szybkiego dostępu do leczenia i godnego traktowania chorych ©Tomasz Bołt

Z KATEGORII REJSY

Życie Małgorzaty Zwiercan dzieli się na kolejne etapy walki. Pod koniec lat 80. była łączniczką podziemnych struktur Solidarności Walczącej, przechowywała w domu materiały wybuchowe i broń.

Trzynaście lat później podjęła dramatyczną walkę o życie najmłodszej córki. Potem walczyła o obce, chore na białaczkę dzieci i równocześnie o ratowanie męża, którego śmierć dziecka wpędziła w chorobę.

Jako wolontariuszka Fundacji Pomorska Inicjatywa Historyczna walczy o przywracanie godności i pamięci zapomnianym bohaterom opozycji niepodległościowej, a jako terapeutka prowadzi ośrodek terapii uzależnień.

Pod koniec lata ruszyła do walki o mandat poselski z listy Kukiz’15. Dostała się do Sejmu z okręgu gdyńsko-słupskiego, zdobywając 11 822 głosy.

– Kukiz nie będzie miał z nią lekko – mówi Zygmunt Pałasz, artysta i fotoreporter, znajomy Małgorzaty jeszcze z lat 80. – To kobieta ze stali. Konsekwentna aż do bólu, gotowa na ryzyko, by osiągnąć cel. Czasami myślę, że powinna być facetem.

Korzenie

Małgorzata Zwiercan nie wygląda na „kobietę ze stali”. Bardzo kobieca, bezpośrednia, nie unika w rozmowie trudnych tematów.

– Pyta pani, jak to jest, że matka Polka i kobieta pracująca postanowiła wrócić do polityki? – patrzy z uwagą. Siedzimy w gdyńskiej siedzibie Fundacji Pomorska Inicjatywa Historyczna. Na półkach eksponaty z czasów nielegalnej Solidarności. Maszyny do pisania, broń, urządzenia do nasłuchu, stara drukarka, plakaty, ulotki.

Żeby wyjaśnić powrót, trzeba się cofnąć do korzeni. Jej przygoda z Solidarnością Walczącą zaczęła się, gdy miała 30 lat, dwoje małych dzieci, pracowała jako dyżurna ruchu PKP. Pewnego dnia przyjaciele z Brodwina zaprosili dwoje znajomych: Małgorzatę i Piotra, by poznali człowieka legendę, więźnia politycznego, który w lutym 1987 roku podłożył bombę pod budynkiem komitetu miejskiego partii w Gdyni – Romana Zwiercana.

Roman Zwiercan spędził w areszcie prawie dwa lata, ale esbekom nie udało się znaleźć dowodów jego winy. Po wyjściu miał się meldować w komisariacie. Zaczął się ukrywać, rozesłano za nim list gończy. Tamtego lutowego dnia 1987 roku do mieszkania na Brodwinie przyszedł wysoki, szczupły mężczyzna z brodą. – Od razu wiedziałam, że to człowiek z charyzmą – mówi Małgorzata.

Dwa lata później Roman Zwiercan został jej mężem.

Od momentu spotkania w Sopocie Małgorzata intensywnie zaangażowała się w działalność Solidarności Walczącej. Brała udział w nadawaniu audycji radiowych. Kolportowała gazety i książki. Roman zostawiał w domu broń i materiały wybuchowe, a ona nie pytała, skąd je przynosi i po co. Takie są reguły konspiracji.

– Poznałem ją po powrocie z Włoch, w 1990 roku – wspomina Andrzej Kołodziej, sygnatariusz Porozumień Sierpniowych, współzałożyciel Solidarności Walczącej Trójmiasto. – Zobaczyłem sympatyczną, młodą, pełna energii dziewczynę. Współpracowała z Romanem Zwiercanem, w jej domu zorganizowano nielegalną drukarnię. Była bardzo zaangażowana. Małgosia zresztą taka już jest, gdy coś robi, to do końca.

Jeszcze w 1990 roku wzięła udział w kampanii prezydenckiej Kornela Morawieckiego, założyciela Solidarności Walczącej. Potem, zniechęcona Okrągłym Stołem i jego skutkami, odeszła od polityki. Zajmowała się wychowywaniem trójki dzieci, prowadziła z mężem wydawnictwo, hurtownię książek, zakład poligraficzny, kawiarenkę internetową.

Co robić? Zbierać pieniądze

Maj 2003 roku. Córka Zwiercanów, Asia, uczennica gimnazjum w Kościerzynie, ma 14 lat. Jest bardzo zdolna, ładna, angażuje się w pomoc dla dzieci z Afryki i ratowanie bezdomnych zwierząt. Jednak tamtej wiosny Asia czuje się źle. Lekarz zleca badania krwi. A potem dzwoni we wtorkowe przedpołudnie do Zwiercanów, każąc im natychmiast odebrać Asię ze szkoły i zawieźć do Akademii Medycznej w Gdańsku. Tam lekarze pobierają Asi szpik.

W piątek rodzice słyszą, że córka cierpi na zespół mielodysplastyczny, wyjątkowo rzadką chorobę nowotworową krwi. I że ma przed sobą od czterech do sześciu tygodni życia.

– Co robić? – pytają.

– Zbierać pieniądze – pada odpowiedź.

Chemia nie przynosi rezultatów. Jedyną szansą uratowania dziecka jest natychmiastowy przeszczep szpiku kostnego. Ani rodzice, ani przyrodnie rodzeństwo nie mogą zostać dawcami. Liczy się każdy dzień, a z Poltransplantu, który dostaje pieniądze z ministerstwa na poszukiwania dawców, nie ma odpowiedzi.

Stan Asi się pogarsza, lekarze sugerują, by zastosować melotarg, lek jeszcze niedopuszczony do sprzedaży w Polsce i niepodawany dotąd dzieciom. Jedna ampułka kosztuje 8 tys. zł. Kupują trzy, zostawiają w kasie szpitala 24 tys. zł. Potem dokupują jeszcze dwie.

Badaniem dawców, na zlecenie Poltransplantu, zajmowały się wówczas cztery ośrodki w Polsce. Zwiercanowie zwracają się bezpośrednio do najbardziej skutecznego z nich – Medigenu. Muszą jednak zagwarantować, że sami zapłacą za dobór dawcy dla córki.

Żyją jak na huśtawce – od nadziei do zwątpienia. Dobra wiadomość – w Niemczech natrafiono na kobietę, której szpik może uratować Asię. Zła wiadomość – dawczyni jest nosicielką wirusa cytomegalii, który może zabić dziewczynkę. Nie ma jednak wyjścia – doktor (dziś już profesor) Krzysztof Kałwak z Kliniki Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej we Wrocławiu przeprowadza zabieg. Szpik się przyjmuje – nadzieja. Potem przychodzi strach – organizm Asi atakuje cytomegalia, dochodzą grzybica płuc i choroba Grafta, czyli agresja szpiku dawcy wobec organizmu biorcy.

– Tylko na leczenie grzybicy trzeba było wydać 270 tysięcy złotych – wspomina Małgorzata. – Sami nie dalibyśmy rady. Pomogła telewizja TVN. Po nadanym w święta programie „Pod napięciem” udało się zebrać 200 tysięcy złotych na lekarstwa.

Zwiercanowie już wcześniej założyli Kaszubską Fundację „Podaruj Dzieciom Nowe Życie”. Fundacja zbiera pieniądze nie tylko na Asię, pomaga też innym chorym dzieciom.

– Jakiś czas później rozmawiałam z profesorem Stefanem Angielskim, byłym rektorem Akademii Medycznej w Gdańsku – mówi Małgorzata Zwiercan. – Powiedział, że to niemożliwe, że płacimy za leki dla dziecka, bo w Polsce leczenie jest przecież bezpłatne. A my, nie tylko przy Asi, ale przy każdym chorym dziecku widzieliśmy strach i bezradność rodziców, ich zagubienie, gdy słyszeli, że będą musieli w aptece zostawić kilka tysięcy złotych.

Zapomnijmy o białaczce

Asia leży na OIOM. Stan jest ciężki, w sobotę dyżurna lekarka wypisuje w karcie wskazanie, by przy kolejnym kryzysie nie reanimować dziecka, nie przedłużając agonii. Dzwonią w nocy do profesor Alicji Chybickiej, ta zmienia decyzję lekarki.

W poniedziałek Asia siedzi na łóżku i dzierga coś na szydełku.

Potem znów jest gorzej. Badają grzyba Asi, to mucor. W Polsce nie ma na niego leku. Doktor Kałwak dociera do informacji o skutecznym specyfiku, który znajduje się w fazie rejestracji. Na to, by dołączyć umierającą dziewczynkę do zakończonych już badań klinicznych, trzeba zgody komisji etyki, w której zasiada 40 profesorów. Rodzicom udaje się uzyskać podpisy wszystkich członków komisji. – To, że wydano zgodę, graniczyło z cudem – mówi Małgorzata. – Lek zaczął działać.

Jednak Asia jest nadal w ciężkim stanie. Zaintubowana, pod wpływem podawanych przez cały czas środków nasennych i przeciwbólowych, leży na oddziale intensywnej terapii we wrocławskiej klinice. Po dwóch latach od pojawienia się choroby Zwiercanowie decydują się na przewiezienie córki do szpitala specjalistycznego w Kościerzynie. Karetka pędzi przez puste miasta, na ulicach i szosach nie ma prawie samochodów. Tego dnia niemalże cała Polska patrzy w ekrany telewizorów, w których relacjonowany jest pogrzeb Jana Pawła II.

W Kościerzynie rodzice zgadzają się na wytworzenie u Asi przetoki. Dzięki temu można wreszcie wyjąć dziewczynce rurkę intubacyjną. Asia się budzi, szybko wraca do zdrowia.

– Zapomnijmy, że dziecko było chore na białaczkę – mówi lekarz wypisujący ją do domu.

Umiera Jagódka. Możesz przyjechać?

W domu matka, ojciec i starsze rodzeństwo na zmianę siedzą przy Asi 24 godziny na dobę. Pewnego letniego ranka dziewczynka kaszle, dzieje się z nią coś złego. Ojciec wsadza ją w samochód, jak wariat pędzi przez Kościerzynę. Na rękach wnosi do szpitala.

26 lipca 2005 roku Asia umiera. Zabił ją gronkowiec.

Dwa lata na krawędzi i śmierć dziecka mogą pokonać najsilniejszego. Nawet bohatera.- Roman chorował przez dwa lata – mówi przyjaciel rodziny. – Ani godziny nie był trzeźwy, nie wychodził z domu, cierpiał. Małgorzata też cierpiała, ale potrafiła przekuć swoją tragedię w siłę. Żaden facet nie dałby rady, a ona wytrzymała.

Cały czas utrzymywali kontakt z rodzicami innych chorych dzieci. Rodzice dzwonili, gdy było lepiej i gdy było gorzej. Zwłaszcza wtedy gdy było bardzo źle.

– Kiedy dzieci odchodziły, odbierałam telefon: umiera Jagódka, czy możesz przyjechać? – wspomina Małgorzata. – Nie było łatwo, cały czas widziałam Asię. Ale jechałam.

Na ponad 20 dzieci, podopiecznych fundacji, przeżyło tylko jedno.

Zygmunt Pałasz mówi, że Roman Zwiercan życie zawdzięcza żonie.

– Robiła cuda, by go uratować – opowiada. – Namówiła go na terapię. Roman od lat nie pije.

Małgorzata: Mąż sam podjął walkę i sam ją wygrał.

Małgorzata skończyła Studium Terapii Uzależnień, przy Szkole Specjalistów Psychoterapii i Instruktorów Terapii Uzależnień akredytowany przy Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Pracuje jako terapeuta, prowadząc NZOZ w Kościerzynie i Jastrzębiej Górze zajmujące się leczeniem uzależnień. Jej mąż jest tam instruktorem terapii uzależnień. Wspiera szukających wyjścia z nałogu.

– Pomogliśmy już wielu pacjentom – mówi Małgorzata. – Niestety, od czterech lat NFZ nie ogłasza konkursu na leczenie uzależnień. Stare kontrakty są zwyczajnie aneksowane, nie dopuszcza się żadnych nowych podmiotów. Dlaczego? Można się tylko domyślać.

Strach się bać?

Andrzej Kołodziej mówi, że Małgorzata nic nie robi powierzchownie. Zorganizowała i prowadzi jedyny w Polsce – bezpłatny – ośrodek dla weteranów ruchu niepodległościowego. Działa jako wolontariuszka w Fundacji Pomorska Inicjatywa Historyczna, organizuje wystawy, konkursy, koncerty. – Kiedy coś już robi, to do końca – twierdzi Kołodziej. – Angażuje się w sprawy czysto ludzkie, widać, że każda z tych spraw dotyczy jej osobiście.

Decyzję o udziale w wyborach podjęła tuż przed wakacjami.

– Trzeba było trochę nad nią popracować – uśmiecha się Kołodziej. – Namawiałem ją, bo się po prostu do tego nadaje.

Znajomi mówią, że Małgorzata nie zdecydowałaby się na kandydowanie gdyby nie Kornel Morawiecki, twórca Solidarności Walczącej, człowiek, któremu ufa bez ograniczeń. – Kornel powiedział, że w ruchu Pawła Kukiza potrzebne są osoby etyczne i na tyle silne, by dokonać zmian – mówi Małgorzata Zwiercan.

Na początku września Paweł Kukiz przedstawił ostateczny skład list wyborczych. Miejsce na liście stracił Artur Dziambor z Kongresu Nowej Prawicy. Zastąpiła go Małgorzata Zwiercan, która m.in. obiecała, że zajmie się zmianami w służbie zdrowia – w tym przywróceniem pacjentom szybkiego dostępu do leczenia i godnego traktowania chorych.

Czy nakłanianie do wejścia do Sejmu osoby, która do tej pory z niesmakiem patrzyła na politykę i polityków, nie będzie dla niej krzywdą? W końcu w polityce trzeba się dogadywać, zbliżać stanowiska, iść na układy…

– Małgorzata traktuje wypełnianie mandatu jak misję – odpowiada Andrzej Kołodziej. – Jestem pewien, że polityka jej nie zepsuje. Nie działają na nią te różne podchody, zabiegi, próby nacisków i tajnych kompromisów. Jeśli będą próbować, trafią na ścianę.

– Kukiz nie będzie miał z nią lekko – dodaje Zygmunt Pałasz. – Aż strach się bać …

dorota.abramowicz@polskapress.pl

Dziennik Bałtycki

Odpowiedzi: 7 to “Małgorzata Zwiercan – Kobieta walcząca. Kukiz nie będzie miał z nią łatwego życia.”

  1. Magdalena said

    Małgorzata traktuje wypełnianie mandatu jak misję – odpowiada Andrzej Kołodziej. – Jestem pewien, że polityka jej nie zepsuje. Nie działają na nią te różne podchody, zabiegi, próby nacisków i tajnych kompromisów. Jeśli będą próbować, trafią na ścianę.”

    Jezeli polityka panią poseł nie zepsuje, to dlaczego głosowała na dwie ręce???
    To jest uczciwe i moralnie do wytłumaczenia?
    Proszę nie robić z siebie pośmiewiska, pani poseł.

  2. Jerzy said

    Kard. Wyszyński podczas soboru też głosował za siebie i za kard. Suenesa.
    Bez przesadyzmu.

  3. Rozalia said

    Nie chciała podstępnych układów z PO i Petru. Widocznie ma prosty kręgosłup moralny.
    A głosowanie za kolegę, co z tego, skoro prosił, jest uczynna.

  4. Alina said

    Afera z glosowaniem na „cztery ręce” wydaje się mocno dęta w tych okolicznościach.
    Popatrzmy na to głosowanie jak na czynność, którą wykonuje setki tysięcy ludzi dziennie: działa z UPOWAŻNIENIA. Np. dziecko wybiera z karty pieniądze rodzica, albo płaci kartą rodziców, zna PIN, bo rodzic mu przekazał. Moi przyjaciele mają klucze do mojego domu i mogą w każdej chwili tam wejść nawet, jeśli ja jestem daleko. Lekarz ma zgodę pacjenta na operację, czyli upoważnienie do uśpienia i pokrojenia, Przekazując kluczyki i dowód rejestracyjny pozwalamy innej osobie jeździć naszym samochodem. Wszystko to się dziej za wiedzą właściciela. Każda z tych czynności byłaby nielegalna, jeśli działaby się bez wiedzy właściciela.

    Posłanka nie wzięła karty Kornela Morawieckiego bez jego zgody, lecz została przez niego zobowiązania do zagłosowania w jego imieniu, bo pomimo, że był w sejmie, z jakiegoś powodu nie mógł być w sali obrad. Regulamin głosowania sejmowego nie uwzględnia instytucji upoważnienia traktując tę podstawową w prawie rzecz jak przestępstwo. Byłoby to przestępstwo, gdyby K. Morawiecki oświadczył, że ktoś oddał głos w jego imieniu bez jego zgody. Sądzę, że prawo posła do głosowania jest ważniejsze niż zapis regulaminowy, który to uniemożliwia, Przy obecnych warunkach technicznych posłowie mogliby głosować nawet przez internet, obradując za pomocą komunikatora takiego jak Skype. Przecież to było głosowanie jawne i wszyscy wiedzą jaką wolę miał K. Morawiecki w sprawie wyboru sędziego TK.
    I nie ma tu ani oszustwa, ani przekroczenia uprawnień, bo czyich uprawnień?

    Afera z tym głosowaniem jest komuś potrzebna, być może była przygotowana przez samych bohaterów, bo przecież musieli być świadomi, że to wyjdzie na jaw. Afera obnaża najbardziej samego Pawła Kukiza, który z miną kota s.. na puszczy usiłuje przetrwać kompromitację nie tyle swoich posłów, co porozumienie z Petru i jego nowoczesna.pl, najgłośniejszym i najgłupszym lewactwem w sejmie.
    Toczy się jakaś ostra gra, gracze znowu bawią się z nami w ciuciubabkę

  5. Minus said

    Nic nie wiedziałem o tej Pani, dzielna kobieta- na to wygląda. Cóż, głosowanie za kogoś- to nie powinno się zdarzyć, żona cezara powinna być poza podejrzeniem, woda na młyn, szkoda. Bardziej jednak cień pada na Morawieckiego, gdzie on wtedy był? Prawdopodobnie takie hece się zdarzają, są gorsze błędy- ale nie powinniśmy posiłkować się łatwymi usprawiedliwieniami, podwójnymi standardami. Spuścić głowę, przeprosić. Taka postawa tak rzadko się zdarza u osób publicznych- może ktoś spróbuje?, przekona się, że to może działać, zwłaszcza przy tego kalibru złamaniu przepisów.

  6. Stary Warszawiak said

    Brawo Pani Małgorzato. Pani naprawdę zdaje sobie sprawę po co BÓG przysyła ludzi na ten świat.
    Życie na tym świecie to wielki egzamin przed życiem WIECZNYM.

  7. Kamil Janicki DAMAMI zapisał historię Polski.Może przyjdzie czas na ŻELAZNE DAMY III RP?!

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d bloggers like this: