Wirtualna Polonia

“-Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i ojczyźnie podnieśliśmy głowy.”

Marysia Pyż ze Lwowi: Wywiad z ukaińskim dziennikarzem Ostapem Drozdow.

Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2016-04-30

Dlaczego ludzie nie chcą pamiętać o historii – opowiada ukraiński dziennikarz Ostap Drozdow. Rozmowa o artykule p.t. Przywłaszczone miasto.

„Nie wybudowaliśmy tego miasta, przyszliśmy na gotowe. W jakimś sensie odebraliśmy go, przywłaszczyliśmy. Nie jesteśmy niczemu winni. To dzięki totalnej amnezji, która się stała czymś na kształt powietrza lwowskiego. … Nie można nas nazwać nowymi właścicielami Lwowa. Jesteśmy tymi, którzy Lwów przywłaszczyli… Obdarcie z historii – to codzienny rytuał rzeczywistości ukraińskiej, wydziobującej resztki innej pamięci, kłującej w oczy. Nie boimy się na to patrzeć, ponieważ nie mamy, czym. Nasze oczy historyczne nie widzą, nie jesteśmy w stanie ujrzeć w naszym mieście nie-naszych korzeni…” 

Napisał Pan artykuł p.t. Przywłaszczone miasto. Czy to są Pana odczucia czy pisał Pan na zamówienie?

Jakie może być zamówienie? Pragnę przypomnieć samemu sobie, swoim współobywatelom, mieszkańcóm Galicji, swoim Ukraińcom, wszystkim nam o tym, że my także w pewnym momencie przyszliśmy na wszystko gotowe. To nie jest wyrzut i nie pretensja, nie jest to wymóg wrócić spowrotem. To jest po prostu normalna ludzka reflekscja w temacie przeszłości, która była dramatyczna, gdzie kogoś nie stało, a my znaleźliśmy się na miejscu tego kogoś. Jak widzi Pani, reakcja na taki tekst jest zróżnicowana. Zobaczyłem bardzo urażone ambicje ludzi, którzy do tej pory są przywłaszczającymi, którzy do tej pory nie mogą przejść z pozycji tego kto przyszedł do pozycji tego, kto już jest prawowitym gospodarzem. I ta jakaś wrażliwość i ambicja przeszkadza zauważyć bardzo proste rzeczy.

Moje rodzinne miasto Lwów jest dla mnie maleńskim Babilonem, taką częściową mozaiką, kołdrą uszytą z różnych łatek, gdzie każda łatka ma swoje miejsce i bez każdej łatki to już będzie nie ta kołdra. To jest przepiękny Babilon który jest mieszaniną różnych identyczności i różności. Te różności gdzieś współżyły między sobą, gdzieś nie bardzo, ale jest czar mego miasta. Są teraz turyści którzy robią Lwów turystycznym miastem, oni przyjeżdżają za tym czymś. Za zapachem różności. Turyści przyjeżdżają oglądać austriacki Lwów, polski Lwów, przedwojenny Lwów, ukraiński Lwów, galicyjski Lwów. Przyjeżdżają patrzeć na różne Lwowy, które nie mogą dominować jeden nad drugim. O tym właśnie był mój artykuł, który był podyktowany bólem tych ścian, które pamiętają rzeczy, co nie poddają się mojemu zrozumieniu, jak coś takiego mogło się wydarzyć. Dla mnie to jest bardzo otwarty tekst, do pewnej miary próba przejścia przez barierkę którą postawiono dość wysoko.

Jakoś byłem w gościach u kolegi. Mieszka on w pięknym austriackim domu. Są tam piękne krztałty secesyjne, sufity mają 3 (trzy) i pół metra. Kiedyś tam mieszkali Żydzi, którzy byli właścicelami sklepu spożywczego. Zginęli w getcie na Zamarstynowie. To nie był Kraków, Oświęcim czy Birkenau. To był Lwów. Mój kolega tam mieszka i zna historię tego mieszkania. Byłem poruszony sytuacją. Są tam piękne stare białe drzwi. W dolnym rogu tych drzwi trzeba było wyciąć dziurkę aby przeprowadzić kable do Internetu, ale mój kolega nie pozwolił sobie tego zrobić. Nie mógł dotknąć i tym samym zniszczyć drzwi, które pamiętają właściciela tego mieszkania. Nie chciał dotykać tej pamiątki choć miał do tego pełne prawo, ponieważ to jest teraz jego mieszkanie i to są jego drzwi. Może sobie przebudowywać i urządzać mieszkanie tak jak chce. Ale on chroni nie swoją pamięć.

Mnie to po prostu inspiruje. Jestem gotów to chwalić. Po to jest mój tekst, który nie jest wyrzutem, ale jest apelem by chronić pamięć. Wszyscy nosimy nie swoją pamięć. Osobliwie mieszkańcy miast które przeżyły fatalne demograficzne sytuacje, kiedy nie było płynnej zmiany ludności czy ewolucji. Te zmiany odbywały się w granicach roku czy nawet pół roku. Była to zmiana ludności jednej na inną. To drugie przyszło i teraz udaje, że nic się nie stało. Właśnie w tym jest cały sęk.

Rozumiem Pana.  Lwów to dla mnie też miasto rodzinne. Myślę, że nasze miasto jest wyjątkowe. Jak Pan myśli, dlaczego takie wyrzuty zjawiły się pod Pana artykułem? Czytając komentarze można złapać się za głowę. Dlaczego ludzie właśnie tak reagują gdy chodzi wyłącznie o pamięć i poszanowanie tego co otrzymaliśmy daleko nie od naszych przodków, a tak po prostu?

To jest obrażony egoizm. Ja go rozumiem. To bardzo przypomina infantylną dziecięcą reakcję na swoją winę, nie przyznaną winę przez samego siebie. Mnie to nie obraża. Nie powiem, że jest mi wszystko jedno, ale takie komentarze nie ranią mnie. Powiedziałbym, że nie boli mnie to. Raczej je obserwuję i spostrzegam dynamikę zachłannej regresji. Bardzo dużo ludzi okazało się niecierpliwymi do swoich własnych ścian, do swojej własnej historii, do historii swego rodzinnego Lwowa który oni też uwielbiają. W tym jest cząstka jakiejś hipokryzji, ale jest to normalne. Przeżyliśmy najstraszniejszą historię. Lata radzieckiej obłudy, które zmuszały do tej samej obłudy wszystkich w Galicji. Nie darmo okręg lwowski był liderem w ilości członków partii w proporcji do ludności okręgu. Mieliśmy jednocześnie najwięcej ludzi wierzących i ludzi partyjnych. Wyobażacie sobie co to za potwór? Wierzący partyjny człowiek! To znaczy, że w pracy bardzo dobrze się czuli wśród portretów Lenina, Engelsa i Marksa, a w domu mogli pięknie śpiewać kolędy i wcale ich to nie ruszało. Ich dusza była podzielona na pół.

Ten kto wyrósł w latach 60-70ch, w latach takiego rozdwojenia, wolą czy nie wolą ciągnie za sobą tą wstęgę podwójnej moralności. To siedzi w nas, w naszych rodzicach, którzy bądźmy szczerzy, całkiem nieźle się czuli w czasy radzieckie. I całkiem możliwe, że niektórzy z nich są teraz nie szczęśliwi, chociaż głośna rozmowa o tym nie jest modna. Ale to jest nasz ciężar. Ciężar na duszy który musimy na coś przerabiać. Ja ten ciężar przerabiam w swoich tekstach, aby człowiek wyszedł z pola swego komfortu. Bardzo mi to przypomina antyczną statuę małpy, która zasłania uszy, oczy i usta. Ta małpa mówi: „Nic nie widzę, nic nie słyszę, nic nie powię.” Nie chcę aby moje pokolenie, pokolenie już niepodległych Ukraińców upodabniało się do tej małpy, która mówi, że nic nie powie, nic nie słyszy i nic nie widzi. Powinniśmy wszystko widzieć, słyszeć i zawsze o wszystkim rozmawiać. Na tym polega zdrowe społeczeństwo.

Ludzie dlaczegoś przyjęli słowa „zawłaszczony Lwów” jak zaprzeczenie ukraińskiej historii. To absolutna głupota. Jestem dotknięty tymi bzdurami. Ludzie nie umieją czytać czarne litery nadrukowane na białej kartce. Jest tam napisane czarnym po białemu. Nie ma nic trzeciego. Nie ma jakiegoś podtekstu który trzeba wydłubywać i przerabiać w swojej urażonej podświadomości, a jeszcze nie wiadomo co z tym robić. Po co? Czasem śmieję się z tego, bo w tym obrażonym egoiźmie jest coś bardzo dziecięcego, infantylnego, typu – a czemu nie mówić jakim ładnym Lwów zrobił się w czasach niepodległej Ukrainy? To inny tekst. Też kiedys o tym powiem, też się tym zachwycam. Podoba mi się, że ukraińskie dni nałożyły swój odcień na miasto Lwów. To też jest wielka historia. To przedłużenie nowego dramatu.

Moim zadaniem było raczej wysłanie czytelnika w czas przed wybuchem. W lata 40 – ste, 39 – te. Ja te daty traktuję jak wybuch. To były nasze Hiroszima i Nagasaki, gdzie wymarło miasto i posiedlili się w nim całkiem inni ludzie. Miałem tylko jedno pytanie do czytelników – czy będziecie nieść pamięć tych których stąd wypędzono? Pytanie tylko – tak czy nie? Trzeciego wariantu nie istnieje.  Czy będziecie pamiętać, że przed Wami w tym mieście mieszkali nie podobni do Was? Mieszkały inne narodowości. Czy będziecie o tym pamiętać? Nigdy nie miałem problemu z odpowiedzią na to pytanie. Oczywiście, że tak. Dlatego, że na tyle kocham swoje miasto. Kocham go żydowskim, polskim, austriackim, ormiańskim, niemieckim, galicyjskim, ukaińskim. Starym i nowoczesnym. Nigdy nie miałem antagonizmów między starym miastem i teraźniejszym. Naodwrót, ono wszystko jakby się dopełnia. Jestem oburzony tym, dlaczego ludzie nie chcą odpowiadać „tak” na postawione przeze mnie pytanie.

Rozmawiała Maria Pyż (część I)

Reklamy

Komentarzy 5 to “Marysia Pyż ze Lwowi: Wywiad z ukaińskim dziennikarzem Ostapem Drozdow.”

  1. Valdi said

    Byłem we Lwowie w zeszłym tygodniu. Piękne miasto, dużo zabytków. Widać bogactwo ówczesnych jego mieszkańców.

  2. viking said

    O czym właściwie jest ten wywiad?

  3. prawo said

    Viking – ano o tym ze wystarczy zmienić Lwow na Breslau albo Stettin i wszystko pasuje. Bynajmniej nie dążę do zmiany granic tylko do przypomnienia najważniejszych zasad prawa międzynarodowego: prawa do samostanowienia i decydowania o swojej przynależności państwowej. Dzis tego prawa odmawia się Rosjanom na Krymie (ze niby referendum było nie zgodne z czymś tam i dlatego nie uznane przez państwa zachodnie), jutro mogą odmówić nam prawa zamieszkiwania we Wrocławiu i Szczecinie bo ktoś przypomniał sobie ze przesuwanie granic i masowe deportacje w 1945 były nie zgodne z prawem międzynarodowym. Rzeczywiście były bo Teheran, Jałta i Poczdam to nie obrady ONZu zgodne z międzynarodowym prawem. Ale trzeba wyraźnie podkreślić ze nie ma powrotu do granic z 1938 bo nasze (rowniez Rosjan, Ukraińców, Białorusinów, Litwinów…) prawo do zamieszkiwania w obecnych granicach stoi ponad nielegalnością wydarzeń z 1945 roku. To oczywiście nie oznacza ze mamy się zgadzać na wynaradawianie i prześladowanie Polaków zamieszkałych w granicach z 1938 roku.

  4. Moher49 said

    Zostaliśmy wykiszkowani przez tzw sojuszników. Teraz znów pchamy się do tego zachodniego syfu, zamiast uzbroić się po zęby jak Kim Dzong Un.

  5. Viking said

    Nie przesadzajmy, Polacy nie są narodem pechowców. Były takie czasy, gdy poszczęściło nam się bardziej niż komukolwiek w okolicy 1000 km.

    Na przykład Chrzest Polski za czasów Mieszka – temat niby oklepany na wszystkie strony, a jednak chyba nie.
    Mówi się, że chrzest Polanie przyjęli z obawy przed potęgą Germanów – co jest dość oczywistą bzdurą. Germanie drżeli przez pogańskimi Wieletami jeszcze przez dziesiątki lat. Ale to nieważne….
    Ważne jest to, do kogo tak NAPRAWDĘ przyjęliśmy chrzest? Niby wszyscy wiedzą, że od Czechów – kolejna bzdura. Ilu to czeskich misjonarzy było na dworze Mieszka? Może dwóch, albo trzech…. a kim byli pozostali?
    Mało kto zapytany na ulicy wie, że Polskę Mieszka i Bolesława ochrzcili irlandzcy mnisi. A czym była Irlandia w IX/X w.? Była europejskim centrum kultury dawnego Rzymu. W klasztorach Irlandii pielęgnowano rzymską kulturę. Pomimo najazdów Wikingów Irlandia ciągle kwitła i wysyłała misjonarzy. Zresztą w 1014 r. król Irlandii rozgromił Wikingów.
    I właśnie na dwór Mieszka przybywają głosić Ewangelię nie jacyś krwiożerczy Germanie, małoduszni Czesi, ale właśnie otrzymaliśmy z łaski Boga misjonarzy „z najwyższej półki” ówczesnej Europy. Tak, byliśmy szczęściarzami jak mało kto.
    Mieszko i jego dzieci (Bolesław i Świętosława) nie mieli żadnych kompleksów wobec niemieckich cesarzy, bo czuli się spadkobiercami wielkiego Rzymu, bo swoje intelektualne horyzonty zawdzięczali irlandzkim mnichom, którzy wraz z wiarą przynieśli kulturowe dziedzictwo Imperium Romanum. Dla Bolesława Chrobrego panowanie nad ziemiami od Łaby do Kijowa nie było niczym nadzwyczajnym. Skąd czerpał wzorce? No przecież nie od Czechów 😉
    Śwętosława została rodzoną matką trzech królów Skandynawii: szwedzkiego Eryka, duńskiego (..) i angielskiego Kanutha. http://przypominamy.blogspot.com/2011/12/sygryda-storrada.html

    Polacy byli zawsze zakochani w Republice Rzymskiej, w przeciwieństwie do Niemców, którzy z Rzymem walczyli, rywalizowali, a zawsze mieli kompleksy leśnych dzikusów.
    Polacy Rzym kochali, do Rzymu jechali jak siebie. Był czas, że łacina była polskim językiem narodowym. Budowaliśmy renesansowe włoskie pałace, itd. itd.

    Byliśmy szczęściarzami, bo Chrzest przyjęliśmy z Rzymu, za pośrednictwem Irlandczyków.

    Ukraińcy dostali od Boga w prezencie polski Lwów. I niech mają. Na zdrowie. 🙂
    Gdyby byli mądrzejsi, to dziś Kijów, Tarnopol, Żytomierz, Winnica i Odessa a może i Donbas wyglądały by podobnie. Ale o tym opowiemy innym razem…

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: